Edukacja ojca

Najcięższe zadanie syna: wychować ojcaPierwsze przebudzenie nastąpiło podczas gry w squasha.

Zawsze wygrywał z synem, będąc większym, szybszym, silniejszym. Pouczał Jacka o strategii, technice, sprzęcie – o czymkolwiek, co zasłyszał czy przeczytał. Ambicja sportowca zawiała go na przeróżne portale internetowe, gdzie oglądnął masę krótkich filmów szkoleniowych. Ćwiczył potem zażarcie podpatrzone triki. W osobistym mniemaniu, stał na piedestale oponentów nie z tej ziemi.

Pewnego sennego dnia postanowili urozmaicić nudę paroma setami squasha. Grzesio przywdział specjalne trzewiki Nike, przewiewny kostium Adidasa, następnie wyłuskał z futerału wyczynową rakietę Dunlopa i machał nią bojowo w powietrzu dla wprawy. Struny wydawały groźnie świsty, zwiastując niechybne zwycięstwo właściciela.

Jacek ubrał normalne buty treningowe oraz zabrał trochę poturbowaną, przeciętną rakietę Prince.

Dawno ze sobą nie grali – cały rok – ponieważ dziecię studiowało w koledżu z internatem, oddalonym o 2000 kilometrów od Kapsztadu. Tata szarmancko zaproponował wymianę sprzętu, aby nie dysponować krzywdzącą (miażdżącą!) przewagą, zwłaszcza po serii intensywnych praktyk w klubie, wspartych dodatkowo instruktażem sieciowym.

Dobre wychowanie Jacka obligowało do grzecznej odmowy. Ojciec zrozumiał dumną postawę przeciwnika! Poklepał – na pokrzepienie – po łopatkach: polska krew! Buńczyczne chłopaczysko zamierza walczyć w gorszym rynsztunku z dominującym konkurentem! Wspaniała, cnotliwa postawa!

Po krótkiej rozgrzewce zaczęli pojedynek. Grzesio przegrał dwie pierwsze piłki, lecz wciąż dreptał po parkiecie z nonszalanckim wrazem twarzy. Pochwalił latorośl za postęp, cedząc przez zęby: „No-no!”.

Stracił trzeci punkt… Potem kolejne… Minka troszkę mu zrzedła. Zauważył, że kiepskie światło stwarzało kłopoty z obserwacją trajeketorii lotu piłki. Oczy w mig przywykną!

Narząd wzroku nie zaadoptował źrenic do rzekomej mroczności, bowiem Grzesio uległ we wstępnym secie do dwóch. Niemniej jednak z werwą przystąpił do sukcesywanej rundy: stał w agresywnej postawie na szeroko rozstawionych nogach tudzież kręcił energicznie Dunlopem w dłoniach, niczym Roger Federer oczekujący na serwis.

Przerzynał piłkę za piłką, seta za setem…

Spozierał z pogardą na swoją rakietę – głośno komentował fatalną sprężystość siatki. Nowiutkie (szalenie drogie) obuwie również nie umknęło krytyki: nadmierny poślizg podeszw, ocieranie pięt, zjeżdżanie ze stóp. Parokrotnie rozwiązywał i związywał sznurowadła, aż do blokady przepływu krwi w kostkach. Nike wyszła na wyjątkowo podrzędną markę w sektorze squasha. Po prostu gówniane trepy – ot co!

Jadowicie interpretował styl odbić Jacka. Suponował oszukaństwo. Wszczynał awantury o zasady gry. Na koniec ostentacyjnie utykał – doznał paraliżujących boleści w łydce.

W drodze do domu narzekał słabym głosikiem: był w zaiste złej formie, szalenie wycieńczony, niemożliwie wręcz chory, a mimo wszystko polazł pograć z jedynakiem, targany wyrzutami sumienia. Powinien pozostać w chałupie w celach kuracyjnych, jednak nieodpowiedzialnie podjął aktywność fizyczną.

Głośno zalecał: nigdy – ale to nigdy – nie należy ignorować symptomów niemocy! Przestrzegał, żeby syn nie brał przykładu z niefrasobliwego zachowania taty, gardzącego kwestiami zdrowia.

Syn milczał.

Przeszedł pełną rehabilitację w dwie doby. Ochoczo wyraził gotowość do ponownego wyzwania squashowego.

Jacek spacerował po korcie od niechcenia, zaś poirytowany, zlany potem Grzesio ganiał bezładnie z kąta w kąt, robiąc okazjonalne szpagaty lub wywijając spektakularne orły. Oberwał znowuż niemiłosiernie w tyłek.

Honorowe rozwiązanie

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Obrót spraw wymagał świeżej analizy rzeczywistości.

Posmutniał, zgasł, kontemplował… Chciał dalej udzielać lekcji synowi: wypełnił folderek szkoleniowymi plikami video, nabił czerep wskazówkami od zawodowców w dziedzinie, praktykował wieczorami, nabył wyborny ekwipunek… Zmarnowana fatyga… Kto kogo powinien trenować?

Nadciągnęła zmora kochających ojców: zbędność.

Zaraz, zaraz! Właśnie: poczucie bezużyteczności stanowiło główną przyczynę przygnębienia, wsysało w depresyjne czeluści. Zranione ego nie umiało odpuścić porażki (chłopska rzecz), tymczasem chandrę wywoływał strach o utratę rodzicielskiego prestiżu. Bez dwóch zdań, uczeń przerósł mistrza, niemniej jednak autorytet nie zależał od wyniku rozgrywki, tylko od dojrzałej postawy.

Pragnął wielopłaszczyznowego rozwoju Jacka: intelektualnego, psychicznego, duchowego plus, nomen omen, fizycznego. Ewidentnie, osiągał wymarzony cel. Pozostało zaakceptować klęskę, dać wzór męskiego honoru.

W galimatiasie edukacyjnym zapomniał o powszechnie znanym, nieuchronnym procesie: starzenia się.

Rozpogodzony, bez słowa uściskał syna.

– Wszystko w porządku, tata? – zapytał osłupiały Jacek.

– Tak! Chodź, pójdziemy na ciacho!

Legendarny mecz poniekąd zilustrował relatywność pryncypialnej pozycji ojca, aczkolwiek Grzesio nie raz ponawiał batalię o dominację.

Na przykład, po czterdziestce stawił czoła korpulencji: codziennie uczęszczał na siłownię; podporządkował się obrzydliwej diecie wysokobiałkowej; pił raptem wodę, ewentualnie zieloną herbatkę; wcinał surowe warzywa; zażywał witaminy, antyoksydanty, olej rybny w kapsułkach; bojkotował (w męczarniach) słodycze.

Asceza zaowocowała przednimi efektami: po paru miesiącach tortur zbił zawartość tłuszczu w organiźmie z 24% do 18%, dostępując powolutku strefy lekkości baletmistrzów. Wyczyn na miarę Gagarina, zatem Grzesio, naturalnie, tryskał arogancją wobec otyłych rówieśników.

Podochocony tryumfem, zaciągnął syna do pakerni. Przed sesją gimnastyczną podszepnął pomiar kompozycji tłuszczowej.

Licznik pokazał Jackowi 14% – odsetek nie do przełknięcia przez ojca, udokumentowanego 18-procentowca. Wszakże ważył mniej, ćwiczył częściej, w konsekwencji z pewnością odkładał mniej łoju w tkankach.

Z grymasem fachury zarekomendował zmianę urządzenia, albowiem użyta przez nich maszyna słynęła wśród starych bywalców z rozkalibrowania, tragicznych pomyłek, napawania złudną otuchą.

Przemaszerowali tedy do innego stanowiska, gdzie Grzesio profesjonalnie przyłożył czujnik – co do milimetra – do odpowiedniego miejsca na bicepsie syna. Czekał cierpliwie na, tym razem, bezbłędny wynik. Ze skamieniałym obliczem obserwował bacznie stopień zrelaksowania i stacjonarności ramienia Jacka, gotowy przerwać procedurę w ułamku sekundy, gdyby drgnąło nawet pojedyncze włókno mięśniowe.

Wskaźnik wyświetlił 13,8%.

Eksplodował histerycznym rechotem: rzekomo zaawansowana technologia, panie, a tutaj takie knoty! Co za strata cennego czasu!

Zaintonował dywagacje na temat wpływu przeróżnych czynników na rezultaty testu: wilgotność powietrza, ostatni posiłek, temperatura ciała, zanieczyszczenia na skórze, stan psychiczny itd. – litania zmiennych środowiskowych i biologicznych, biofizycznych i biochemicznych, psychologicznych i emocjonalnych, które potencjalnie powodują rozziewy pomiarowe. Był bliski dodania religijności do listy determinantów.

Wskazał na imponujący przyrząd, wyjęty żywcem z opowieści science fiction, utylizujący impuls elektryczny przepływający przez wnętrzności ustrojowe do określenia – super akuratnie – ilości ludzkiego sadła. Zaaranżował członki syna według instukcji na stopniach skanera; polecił wytrzeć dłonie do sucha (by kropelka potu na nich nie została) i adekwatnie ująć gałki z sensorami (zademonstrował specificzną technikę chwytu); nakazał oddalić ramiona na kilka centymetrów od tułowia; poinformował o imperatywie absolutnej inercji. Omalże nie zażądał zatrzymania akcji serca.

Jacek zamarł w fikuśnej konfiguracji jak posąg – posłuszny dokumentnie, ufny bez granic. Wdusili przycisk… Czuwali w napięciu: Grzesio ze wzrokiem wbitym w ekran, Jacek z przymkniętymi powiekami, wypiętymi pośladkami oraz głową zadartą do góry.

Rozległ się delikatny dźwięk: 13,7%.

Zapadła cisza. Grzesio zawyrokował, że czegoś nie biorą pod uwagę. „Coś” rujnuje badanie. Tajemniczy generator odchyleń od standardów… Co to może być? Kombinował…

– Tata… – zagaił nieśmiało Jacek.

– Co?

– Ja mam dwadzieścia jeden lat…

Spojrzeli na siebie, po czym ryknęli śmiechem. Chichotali do łez, wyksztuszając półsłówkami, co Grzesio przed chwilą wyczyniał i jak Jacek się temu obowiązkowo poddawał.

Nikt w siłowni nie rozumiał dwóch facetów, przewieszonych przez pałąki skomplikowanej aparatury, rżących w niebogłosy. Forma rozładowania po wyczerpującej zaprawie? Nie, to ojciec i syn, którzy nagle pojęli głupotę ojca.

Grzesio wiele wyniósł z książek, filmów, samego życia; wysłuchał morza mądrych słów, wypowiedzianych na wykładach przez światowej klasy profesorów; doszedł do setek konkluzji na podstawie setek popełnionych potknięć. Prawdziwą roztropność nabył jednak od syna, gdyż miłość wymaga bezwarunkowego wsparcia, przyznania się do niewiedzy albo uchybień, zarzucenia wątpliwości, zaakceptowania sugestii, pożądania najwspanialszych osiągnięć dla drugiej osoby (bez cienia zazdrości). Jest to apogeum synergizmu, zenit ufności.

Uściskał Jacka, wciąż dyndającego na przyrządzie pomiarowym. Młodzieniec spontanicznie objęł ojca w krzepkie ramiona. Półstali, półleżeli, poplątani z kablami skanera.

– Kocham cię synu…

– Kocham cię tata…

Publikacja umieszczona w kategorii OJCOSTWO | Format PDF (0.5 MB) – pobierz Pobierz publikację Edukacja ojca w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: