Jesteś to!

Jesteś to!, czyli wpływ marketingu na wolną wolęNa ogromnym afiszu agitacyjnym, mierzącym z 6 metrów długości i około 3 metrów wysokości, umieszczonym na poziomie 2 piętra domu towarowego, widniał facet o posturze atlety, zrywający się do szaleńczego biegu z bloków startowych. Twarz odzwierciedlała chęć zwycięstwa za wszelką cenę. Wysportowane ciało było zaiste wyrzeźbione – każdy mięsień wyraźnie widoczny, napięty, lśniący. Efekt nieostrości tylnych konturów sprintera, najprawdopodobniej uzyskany poprzez użycie filtru rozmycia Photoshopa, czynił całą kompozycję bezdyskusyjnie dramatyczniejszą.

Ponad galopującym osobnikiem pokrzykiwała nazwa firmy, wypisana dużą, pochyłą, agresywną czcionką, pomykająca chyżo za sprinterem. U dołu tego artystycznego konglomeratu wył slogan: „You Are It!”.

Grzesio wlepiał wzrok w zniewalającą reklamę z rozdziawionymi ustami. Co gorsza, nie pojmował za bardzo znaczenia hasła „You Are It!”. Brzmiało imponująco: nawet nie rozumiejąc sensu, pewność siebie rosła w piorunującym tempie poprzez zwykłą lustrację ochoczej maksymy. Jakby to było po naszemu? „Ty jesteś to!”. „Jesteś to!”. „Ty to to!”. „Jesteś tym!”. „Jesteś właśnie tym!”. Każdy wariant brzmiał kretyńsko po polsku. Jest co? Jest właśnie czym? Gdyby zagadał w ten sposób w kraju, to pierwszy z brzegu rodak uznałby go za imbecyla.

Krzywe zwierciadło rzeczywistości

Idiom? Z angielskim nigdy nic nie wiadomo: „You Are It!” może się tłumaczyć na „Jesteś najlepszy!”, albo „Gnaj do przodu szybko!”, albo „Cięgiem kochaj matkę swoją z całych sił!”. Sprawdzi w słowniku natychmiast po dotarciu do domu.

Miewał analogiczne problemy z miriadami angielskich zwrotów. Na przykład, kiedyś zobaczył wyrytą na małej tabliczce mądrość: „First things first”. „Pierwsze rzeczy pierwsze”. Nie, nie: „Pierwsze sprawy pierwsze”. Może „Ważne sprawy ważne”? Zgłupieć można… Z samego początku odczytał „First: think fast”, co miało więcej sensu. Niestety, uwiecznione sformułowanie nie chciało się za żadne skarby świata przeliterować według upodobań Grzesia. Przecież pierwsze rzeczy (sprawy) są, logicznie, pierwsze, to po kiego diabła to powtarzać? Równie idiotycznie brzmiały frazy: „Długie nogi długie”; „Smukłe żurawie smukłe” itd.

– Tata, opowiedz mi bajkę!

– Dobrze synku. „Za wieloma górami wieloma, za wieloma lasami wieloma, żył sobie ze swoją babcią swoją żył, w zacisznym domku zacisznym, Czerwony Kapturek Czerwony. Byli razem bardzo szczęśliwi byli razem szczęśliwi byli…”

– Mama! Z tatą coś nie tak!

– Stachu, tamty wścikłe psy wścikłe, no ni?

– Cygo?!

– W tamtem obyjściu tamtem, tam gdzi żeśma poszedli gdzi żeśma, tamty wścikłe psy wścikłe, co ni?

– Ocipiło cie cy co?! Co ty godosz?! Co mni wkurwiosz?! Jak ci widłomi zara spiorem dupe to ci sie odwyknie!

Ktoś mu potem jasno wytłumaczył: „First things first” oznacza, iż zawsze należy pamiętać o priorytetach w życiu. Dlaczego więc od razu tak nie napisali, tylko męczą go łamigłówkami?!

Wciąż patrzał na porywający szyld. Nie mógł rozwikłać, co oni właściwie sprzedają? Buty sportowe? Witaminy? Stadiony? Materiał na bieżnie? Zegarki? Lakier do włosów? Cokolwiek by to nie było, Grzesio pragnął natychmiast zakupić pokaźne ilości lansowanego towaru, aby nabrać charakteru tego mężnego, nieposkromionego, czmychającego pana.

You Are It!”… Szukał w pamięci definicji zjawiska. Markowanie? Identyfikacja z marką czy produktem?

Kiedyś należało się utożsamiać z alternatywnymi rzeczami. pamiętał piękne plakaty z lat 60. i 70., kiedy królował kolor czerwony. Afisze z reguły przedstawiały twardych typów o ociosanych rysach. Wzrok wbity gdzieś w dal… Fizjonomie wyrażające bojowość…. W rękach zazwyczaj dzierżyli przygodne narzędzie: świder, kielnię, kilof. Często operowali monstrualną maszyną, powiedzmy kombajnem, lokomotywą bądź dźwigiem. Okazyjnie tonęli w morzu iskier hutniczych. Rozmaite motta sugerowały, że chłopiska pracowały ciężko, tryskając z tego powodu niezmierną dumą. Robili nieliche wrażenie, podobnie do sprintera z baneru „You Are It!”, aczkolwiek na sportowców nie wyglądali.

Niekiedy przedstawiano maszerujące dziarsko ciżby ludzkie, machające radośnie rękami. Postawne, zdecydowane panie też bywały uwidaczniane na plakatach w najróżniejszych sytuacjach: za ladą sklepu, na siodełku traktora, na budowie.

Od czasu do czasu, przywódcy narodowi ulegali namowom, pozując skwapliwie do malowideł: obrazowali spokój, napawali zaufaniem, kipieli optymizmem. Napisy nieustannie zachęcały do zdywersyfikowanych akcji: „Naprzód do walki o plan 6-letni!”; „Uprzejmie i szybko obsługujemy ludzi pracy.”; „Wspólna droga, wspólny cel.”. Funkcjonowały setki innych, fantastycznych podniet.

Pomyślał, że w zasadzie niewiele uległo zmianie: pracowników fizycznych zastąpili atleci, krzepkie kobiety na traktorach zostały wyparte przez chudsze dziewczyny w wannach, pochody wymieniono na szczerzące zęby rodziny skaczące wysoko z rozpostartymi ramionami nad brzegiem morza, a liderów komunistycznych wyręczają na plakatach przywódcy partii nastawionych na komercję. Nawet dyrektorzy koncernów brylują w prospektach, zapewniając o rzetelności, wyrażając troskę, zachęcając do nabycia czegoś. Musiał jednak przyznać bez dwóch zdań: kolory uległy definitywnej zmianie.

W tamtych latach, slogany namawiające do patriotycznych odruchów przestały być modne. Wszyscy zmienili – znienacka – preferencje, prychając z pogardą na te, jak to określali, utopijne frazesy. Orientację polityczną zaczęto wyrażać przyoblekaniem garderoby z nadrukowanymi nazwami firm szyjących ciuchy (wówczas produkowane we własnym kraju, obecnie w Chinach). Bardzo ciekawe zjawisko: klienci byli gotowi zapłacić zgoła niesamowitą sumę pieniędzy za wdzianie koszulki, czapki względnie kurtki udekorowanej insygniami fabrykanta. Potem chodzili po okolicy, reklamując korporację za darmo. Zamiast eksponować metalowe odznaki natury socjalistycznej, zaczęto paradować z imperialistycznymi napisami.

Grzesio nie chciał pozostać w tyle, też pragnął być „to!” oraz pożądał stosownego stroju do promocji zachodnich spółek, osiągalnego jedynie w sklepie Pewexu za dolary lub na hali targowej za fortunę w polskich złotówkach. Jego zasoby finansowe pozwalały jedynie na zakup plastikowej reklamówki (siatki z kowbojem na koniu – z fenomenalnym napisem „Marlboro” – cieszyły się największym wzięciem). Niebagatelną barierę stanowił jego ojciec, który jako członek partii nie mógł posiadać waluty obcej, zaś nawet jeśliby – po kryjomu – skombinował parę dolarów, po czym poszedł cichcem do Pewexu, to zostałby zbesztany, wywalony z organizacji, potencjalnie rozstrzelany. Przynajmniej tak mówił.

Bardzo dziwne były to czasy…

Pomimo komplikacji, Grzesio nie dał za wygraną: spryciarsko wykoncypował plan okrężny, aby osiągnąć stan „tego!”. Jego babcia pięknie haftowała, toteż dysponowała arsenałem specjalistycznego sprzętu: igieł, mulin, tamborków. Włamał się do jej pokoju, gdzie znalazł papier pergaminowy, używany do szkicowania wzorów. Z niewymowną starannością, stosując wymyślną linijkę z wyciętymi kształtami znaków alfabetycznych, odrysował na pergaminie trzy literki. Język miał wysunięty w szalonym skupieniu – wszakże detale miały kardynalne znaczenie dla wiernego odtworzenia „tego!”: skala symboli, skalkulowane co do milimetra odstępy pomiędzy nimi, nieskazitelna równość ich brzegów.

Z gotową matrycą podreptał na negocjacje do babuni. Razem fachowo naznaczyli miejsce na białej koszulce z krótkim rękawem, gdzie miały widnieć trzy literki („to!” powinno być umieszczone około 5 centymetrów ponad poziomem lewego sutka!). Tymczasem gdy doszło do realizacji zlecenia, wykonawczyni od razu zaczęła stawiać kolosalne przeszkody. Zaproponowała mianowicie użycie plejady kolorów, natomiast specjalnie dla ukochanego wnuczusia zaoferowała zastosowanie szczególnej techniki w celu uzyskania efektu zlewania się odcieni. Dorysowała także do szablonu parę ptaszków i zawijasków, dodając dziełu werwy kaszubskiej.

Szczebiotała z oczami pełnymi życzliwości, tymczasem serce młodzieńca przestało bić. Wszczęły sie zaciekłe pertraktacje, w czasie których usiłował nauczyć niebogę różnic pomiędzy modą a folklorem. Literki musiały być monochromatyczne, bez ozdóbek – dokładnie takie, jak na schemacie! Starowinka nie kapitulowała – stanowczo odmawiała profanacji sztuki hafciarskiej poprzez oddanie się tak ordynarnej robocie.

Grzesio tkwił dokumentnie w rękach babci, ponieważ sam nie umiał dziergać. Dostał zatem spazmów rozpaczy. Szlochając, oskarżył ją o odbieranie mu prawa do fasonu, radości, szpanu. Zaczął pramatkę błagać, przywołując argument ostateczny: miłość do wnuka. Oto sam Pan Bóg spoziera z nieba na doprowadzanie go do rozpaczy jej bezlitosnym zachowaniem!

Sponiewierana światopoglądowo, emocjonalnie i religijnie, zastrachana o odkupienie, kobita w końcu uległa. Pod bacznym dozorem niedorostka zaczęła pracę, bezczeszcząc kodeks swojego rzemiosła.

Poszedł spać wyczerpany, ale zwycięski. Następnego dnia, pomimo niskich temperatur, postanowił ubrać swoją białą koszulkę. Czuł w sercu ogień człowieka nietuzinkowego. Już w windzie ćwiczył w lustrze impertynencki uśmieszek pod noskiem: toć należał do odrębnej kasty ludzkiej!

Na ulicy obdarzał przeciętnych, wymiętolonych śmiertelników pogardliwym spojrzeniem. Od czasu do czasu zerkał dyskretnie na wyhaftowane przez prawie ślepą babcię trzy literki. Emanował dumę, siłę, nadzwyczajność!

Trzy literki: JVC.

Był „to!”.

Publikacja umieszczona w kategorii FILOZOFIA | Format PDF (0.6 MB) – pobierz Pobierz publikację Jesteś to! w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

3 Responses to Jesteś to!

  1. ladegis says:

    Już dawno tak się nie uśmiałam!

  2. ladegis says:

    Jestem pełna podziwu ponieważ wiem z doświadczenia, że traci się na lotności (ha ha..) językowej w oderwaniu od macierzy.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: