Kwestia dobrobytu

Kwestia dobrobytu jest prosta...Grzesio-farciarz odwiedził Berno. Po pierwsze, fajnie miasto zobaczyć; po drugie, wyskoczył tam za drobnym biznesem.

Zaczęło się tak…

Parę lat temu mama uroczyście oświadczyła, iże chciałaby coś pierworodnemu wręczyć. Dzień podobny do pozostałych: ani urodziny, ani Wigilia, ani zaliczenie egzaminu, ani złamanie nogi. Zwyczajnie, siedzieli przy stoliku gaworząc, gdy ni z gruchy, ni z pietruchy, grzmotnął podniosły anons.

Grzesio spoważniał, przybrał minę uroczystą, czekał. Mama zniknęła w sypialni. Dały się słyszeć odgłosy otwieranych drzwiczek szafki, potem szelesty, następnie ciche łkanie. Po chwili położono przed nim rytualnie niewielki, brudnawy kartonik. Oznajmiono: oto największy rodzinny skarb!

Pudełko? Tekturowy pojemniczek upamiętniający niezwykłe wydarzenie familijne?

Mama, dusząc łzy, poprosiła puzderko otworzyć, co pierworodny z namaszczeniem uczynił. W środku tkwił nawiększy zegarek ręczny, jaki kiedykolwiek widział w życiu. Miał średnicę około 6 centymetrów, grubość około 1,5 centymetra. Był bardzo ciężki. Mógłby służyć świetnie w charakterze zegara ściennego, choć wytarty, porwany, skórzany pasek sugerował ewidentnie utylizację przegubową. Posiadał czarną tarczę, jasnoszarawe cyferki, gigantyczne wskazówki.

Nie cykał.

Pomyślał: taki ogromny i nieczynny przyrząd z pewnością wyprodukowano w Związku Radzieckim. Niestety, nigdzie nie widniała nazwa fabryki, ewentualnie kraju, w którym ustrojstwo złożono. Patrzał na olbrzymi obiekt w ciszy, przerwanej przez mamę – wciąż chlipiąc, wydusiła przez ściśnięte gardło: „To dziadziunia…”, następnie wybuchnęła bekiem na dobre.

Po ocuceniu mamy, syn poprzysiągł na groby przodków strzec drogocennej pamiątki wzorem Cerbera na wachcie przy Styksie, po czym pogalopował do swojego pokoju z zamiarem szybkiego demontażu zdobyczy. Nie potrafił otworzyć monstrualnej, stalowej koperty, pomimo użycia solidnego śrubokręta w duecie z młotkiem. Domniemywał, że informacje o producencie wygrawerowano gdzieś wewnątrz.

Dziwne: nie przypominał sobie dziadka afiszującego busolę o gabarytach talerza – nie sposób przegapić agregatu doczepionego do kończyny górnej.

Dawanie chronometru osobnikowi płci męskiej w okresie PRL-u uchodziło za moment doniosły. Na przykład, z okazji pierwszej komunii dostał wschodnioniemiecką Ruhlę, wyglądającą prawie dziecinnie: kolorowe, duże cyferki (jakby posrebrzane); zielone, grube kreseczki; szerokie wskazówki. W zamierzchłym okresie odwrotu od komunistycznych idei kpiono z Ruhli, dlatego nie nosił jej na ręku. Wychodząc z domu zakładał NRD-owski bubel celem wprowadzenia rodziców w stan wniebowzięcia, by potem szybko upchnąć niewypał w kieszeni. Pragnął uniknąć oszczerstw przechodniów.

Potem, w latach 80., wypłynął na rynki produkt marki Swatch, wyglądający analogicznie do Ruhli, mający z niewiadomych powodów nieliche wzięcie. Czyżby Szwajcarzy wykupili licencję?

Obwiany enigmą dziadziuniowy czasomierz wylądował w szafie obok Ruhli na długie lata.

Któregoś wieczoru wiało nudą, więc Grzesio tropić markę tajemniczego zegarka z pomocą internetu. Wygmerał z czeluści sieci zdjęcie-dowód: dane producenta rzeczywiście umieszczono na wewnętrznej stronie pokrywy.

Czytał z wypiekami na policzkach… Ogromność akcesorium wynikała z faktu zakładania go na rękaw kurtki – nie bezpośrednio na nadgarstek. Wskazówki iluminnowały w mrokach barwą zieloną, a to dzięki powleczeniu ich radem. Zrozumiał natychmiast źródło częstych słabości plus złego samopoczucia: przechowywał w chałupie radioaktywny przedmiot!

Zegarek musiał być zainstalowany na rękawie oraz musiał świecić na groszkowo, aby godzina była widoczna o każdej porze dnia i nocy – bez katuszy podnoszenia graby w górę w celu odsłonięcia nadgarstka.

Każdy powyższy element odgrywał niezmiernie ważną rolę, albowiem właściciel-pilot koordynował swoje akcje z innymi awiatorami w formacji plus kontrolą naziemną. W przebiegu drugiej wojny światowej Luftwaffe nie władała zaawansowanymi urządzeniami radarowymi lub radiolokacyjnymi, w lepszy sposób synchronizującymi…

Pilot… Luftwaffe… Druga wojna światowa… Zaraz, zaraz: dziadziunio Szwab?! Kadrowicz Luftwaffe?! Hitlerowiec?! Matko Boska Przenajświętsza!!!

Dzwonił do mamy w sekundę później. Żądał wyjaśnień: kto jest ojcem jego matki?! Bezdyskusyjnie wróg narodu polskiego!

Matuś uspokajała: otóż dziadziunio zegarek dostał od… No, od jakiegoś oblatywacza niemieckiego. Aha… Po prostu: losowy faszysta podarował mu zegarek. Ot, tak sobie, podczas blitzkriegu, na ulicy. „Witam! Reflektujesz na zegarek? Przecież nie masz!” Wtedy rozdawali zegarki dla jaj. Wróg, nie wróg: zegarki przechodziły z ręki do ręki – absolutna norma w trakcie wrzących działań zbrojnych. Słowem: codzienność.

Przebłagany poniekąd Grzesio spojrzał na faszystowski chronometr. Nagle nienawiść do narodu zza Odry zwiędła, strach przed radioaktywnością poszedł w siną dal: toż on siedzi na niewyobrażalnej fortunie! Ile bulą za zabytek o nazistowskim rodowodzie? Może instrument należał do Göringa? Wszakże Göring dowodził tą cholerną Luftwaffe! Ale byłaby gratka: Göring kopsnął dziadziuniowi zegarek!

Göring puka do drzwi. Dziadziunio grzecznie otwiera.

– Aaa… Witam, witam…

– Czeeeść! Wiesz, spacerowałem po okolicy, kontemplując… Na pewno przydałby się tobie zegarek, nieprawdaż? Proszę bardzo: trzymaj!

– Dziękuję serdecznie! Rzeczywiście, o niczym innym nie marzyłem! Co słychać, Göring?

– Nic nowego: bombardujemy, bombardujemy… A co tam u was – dajecie radę?

– Koczujemy w ukryciu… Unikamy pocisków… Mało jedzenia…

– Straszne! Potworne! Wiesz, chciałbym ten koszmar zmienić, tymczasem mam ręce związane! Rozumiesz: regulaminy, zobowiązania, doktryny… Eh! Administracyjny bałagan!

Ani chybi siedzi na milionach! Szczęść Boże wielkodusznym Niemcom!

Jego misja w Bernie polegała na poszukaniu majstra, skłonnego wycenić rehabilitację rodzinnego reliktu. Szwajcaria szczyciła się wybitnymi usługami zegarmistrzowskimi, sprawiając wrażenie mekki prawd o szkopskich rarytasach. Na dobitkę słynęła z bogactwa.

Spadek po dziadziuniu

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Grzesio tłumaczył helwecki przepych paroma faktami.

  1. Budowali banki konspirujące z różnymi mafiami, koncernami, rządami.
  2. Wojna ich ominęła.
  3. Sklecili kupę firm farmaceutycznych, uzależniających niewinnych ludzi.
  4. Produkowali zegarki, pralinki, sery – nawet scyzoryki.

Wydedukował wachlarz przyczyn, dla których tamtejszy naród opływał w kasę. Fuksiarze!

Na głównej ulicy wszedł do pierwszego sklepu jubilerskiego z witryną zapchaną chronometrami. Zaprezentował agentce za ladą szwabski czasomierz. Zapytał grzecznie, po angielsku, czy zakład sprostałby zadaniu wyceny tudzież naprawy egzotyku?

Stary przyrząd przekraczał ich możliwości usługowe, lecz pani grzecznie napoknęła alternatywnego specjalistę, definitywnie zdolnego podjąć zlecenie. Wytłumaczyła namiary na warsztat fachowca: 200 metrów dalej, po lewej stronie ulicy. Napisała na kartce nazwę biznesu. Następnie zarzuciła palto na siebie, wyszła na zewnątrz, zamknęła przybytek, nakazała podążyć za nią.

Grzesio zdębiał. Zaprotestował, prosząc o poniechanie fatygi. Toć jest samodzielnym mężczyną – sam trafi do drugiego punktu! Ona jednak nalegała z uśmiechem: cóż za problem? Zaprowadziła go pod same drzwi, wepchnęła do środka, przedstawiła ekspertowi, elegancko pożegnała, powędrowała z powrotem.

Nic nie wyszło ze zrobienia kokosów – koszta restauracji rupiecia równały się jego cenie po naprawie. Na domiar złego, antyk nie należał do Göringa: zegarmistrz doniósł o aukcji w sieci, reklamującej jedyny egzemplarz tego typu, w dodatku z metryką potwierdzającą właściciela. Jakkolwiek wiadomości nie pocieszały, takkolwiek Grzesia nie opuszczał obraz ekspedientki zamkającej swój geszeft, gwoli zaprowadzienia klienta do konkurencji. Tym samym sprawy renowacyjne zostały wywiane poza mentalny horyzont.

Z pamięci wyłuskał pokrewne zdarzenia, do tej pory nie zwracające jego uwagi. Na przykład, dotarli z Jackiem do wioski narciarskiej przed samym końcem roku. Po dobie pobytu zagaił pierwszą z brzegu sklepikarkę o poradę: gdzie najfajniej spędzić noc sylwestrową? Dopiero co przyjechali, tłumaczył, tedy są zdezorientowani. Dziewczyna odpowiedziała bez namysłu: „Daj mi numer komórki – tyrknę do Ciebie w Sylwestra. Poimprezujcie z moją rodziną i przyjaciółmi”.

Kopara opadła mu do podłogi: oto młoda koza zaprasza z mety nieznajomego faceta na hulankę. Poza tym skąd wiedziała, że jej otoczenie zakipi akceptacją? Wyjdzie na podeszłego wiekiem, niewychowanego, wsiowego pryka, wyrywającego w wakacyjnym podrajcowaniu nastolatki.

To znaczy, nie miał nic przeciwko świeżutkiej pannie zza lady… Chętnie podyskutowałby z nią na przeróżne tematy… W gruncie rzeczy fajna babka… Interesująca… Szalenie inteligentna…

No już dobrze! Chorował na pójście z nią do łóżka, woląc jednak to ukryć i raczej fantazjować o jej pokusie intymnego kontaktu z obywatelem wschodnioeuropejskim. Nie władał dostateczną odwagą wszczęcia podrywu, zatem śnił o konwersji ról: kobieta powinna podjąć inicjatywę zrealizowania stosunku płciowego – pomóc mu – biorąc ordynarne tchórzostwo za seksowną skromność!

Niewykluczone, iż gościnność szwajcarska sięga zdecydowanie dalej… Może siksy z krainy serem i czekoladą płynącej nagminnie oddają ciała starszym mężczyznom, zwłaszcza Polakom? Bo pałają życzliwością, serdecznością, otwartością, tolerancyjnością?

Może oczekują hardej, bezpośredniej propozycji?

– Posłuchaj, masz ochotę na małe bara bara? Bardzo mnie podniecasz…

– Ależ oczywiście! Jesteś tutaj zupełnie nowy, dokumentnie zagubiony! Zaraz pobzykamy, ino skasuję klienta!

– Nie ma sprawy! Poczekam!

Dotrzymała słowa: rzeczywiście zadzwoniła w Sylwestra, zapoznała go i Jacka z lokalną ferajną, umiliła przełom roku wyskokową zabawą: pląsy, winko, śmierdzący twaróg, rubaszne żarciki, fajerwerki. Choćby przez moment nie czuł wyobcowania bądź zakłopotania – okoliczności zaiste niewiarygodne dla nieśmiałego Grzesia. Przed synem zabłysnął drygiem starego podrywacza. Oczywiście nie miałknął, że to ona go zaprosiła – nie on ją. Podobne wynurzenia zrujnowałyby skrupulatnie zbudowany na łgarstwach obraz taty-bawidamka.

Wspominał zdarzenie z pociągu. Nic nie rozumieli z wydruków na bilecie oprócz informacji o 2 przesiadkach. Zapytał gościa siedzącego nieopodal, ile ma właściwie czasu na pierwszą przesiadkę? Kolejowy kwit suponuje zaledwie 3 minuty! Pan w średnim wieku rozluźniał go niemal z kurtuazją: mają 15 minut. Wyjaśniał namiętnie szlak marszruty z głównej stacji na przystanek pociągu podmiejskiego. Grzesio powtórzył instrukcje, acz pozostał wewnętrznie napięty: a nuż nie zdążą!

Dobry pasażer predysponował telepatią i wyniuchał niepokój Grzesia na odległość, ponieważ po kwadransie ponownie do niego podszedł – tym razem z iPhonem. Na ekranie widniało satelitarne zdjęcie Google ich terminalu tranzytowego. Pan pokazał koniuszkiem długopisu, gdzie wagon nr 7 zaparkuje, gdzie zlokalizować właz do przejścia podziemnego na zewnątrz dworca, gdzie odnaleźć peron podmiejski. Grzesio musiałby być kompletnym debilem, żeby nie pojąć dyrektyw wymalowanych na monitorze smartfona.

Innego dnia obserwował zakopany w śniegu samochód. Kierowca wyczyniał sztuczki wygrzebcze, zaś Grzesio spozierał z zadowoleniem na jego mordęgi, zajadając batonika czekoladowego. Wykopie brykę z zaspy, czy nie? Ciekawe, kiedy się wygramoli?

Satysfakcja z cudzego nieszczęścia nie trwała długo, gdyż po dosłownie 2 minutach przystanął przypadkowy automobilista, potem drugi. Nie padło praktycznie żadne słowo. Skądś wychynęła lina. Jeden z facetów stanął pośrodku drogi, podnosząc rękę w górę: przejeżdżający posłusznie stanęli, aczkolwiek to nie policjant kierował ruchem. Ugrzęźnięty wóz został migiem wyciągnięty. Dziękuję, proszę, do widzenia – życie wróciło do normy. Grzesio wytrzeszczał ślepia z niedowierzaniem. Wyreżyserowali scenę do filmu? Działali w zmowie?

Często doświadczał pomocy sprzężonej z zaangażowaniem. Otrzymywał więcej, niż oczekiwał, zauważając w fenomenie podobieństwo do osobistej strategii: zawsze pragnie wykonać zadanie fachowo, aby współpracownicy nie latali go poprawiać. Słowem, non stop prewencja: notoryczne główkowanie za kolegów, anycypowanie potencjalnych komplikacji, zaradzanie przeszkodom zawczasu. Prawdopodobnie dlatego jest raczej niewidoczny… Niebiadolący ludzie nie rzucają się w oczy, chociaż ciężko harują. Powszechnie uchodził za dziecinnego głuptasa, niemniej jednak nikt nie doznawał presji kiwnięcia bodajże palcem, gdy on brał odpowiedzialność za robotę.

Uzmysłowił sobie, że postępowanie tego rodzaju w codziennym życiu – nie tylko w pracy – zmienia diametralnie konfigurację rzeczywistości. Społeczeństwo regularnie tyrające z nadwyżką, zaradzające z góry hipotetycznym kryzysom, stanowi ciżbę nie do pokonania. W Szwajcarii, na każdym kroku,odczuwał nieodpartą empatię emitowaną przez wręcz metafizyczny synergizm ludzki. Jeżeli wszyscy postępują zbieżnie, począwszy od najzwyklejszego obywatela do samego prezydenta, w dodatku oczekując niczego w zamian za szlachetną postawę, to kraj rośnie w mocarstwo.

Dodajmy do kotła rozważań uczciwość.

Grzesiowi przyszło zmienić buty przed lekcją zjeżdżania na nartach. Po założeniu dech, gibając korpusem niby pijany, zadał instruktorce pytanie: co ma uczynić ze swoimi zimowymi kaloszami? Nagabywał o wskazanie pobliskich schowków na kluczyk. Posiadał także butelkę wody mineralnej, za którą zapłacił frankami cały majątek. Chciał picie również zakamuflować, w przeciwnym razie ktoś przyjdzie, dmuchnie, wyżłopie.

Trenerka poradziła zostawić bambetle tam, gdzie właśnie stali – majtnąć je w śnieg.

Grzesio eksplodował sarkastycznym rechotem: baba zdurniała do szczętu! Ma prywatne obuwie z cenną wodą sodową ciskać na glebę?! Wszak zaraz rozkradną, chołota jedna! Świsną w try miga, szwajcary jedne! Naiwna kobieta!

Trenerka zaskrzeczała przekleństwem, wyrwała mu z rąk dobytek, porozrzucała precjoza wokoło jak śmieci, zadysponowała marsz w górę. Po dwugodzinnym szkoleniu Grzesio pędził w panice sprawdzić, co pozostało z jego mienia, malując w wyobraźni watahy regionalnych górali, raczących się jego sodówką, paradujących w jego trzewikach, zwycięsko jodłujących. O dziwo, wszystko tkwiło w tym samym miejscu, otulone z lekka białym puchem.

Sklepy wystawiały na ulicę odzież na wyprzedaż. Niektóre kurtki, po masywnej redukcji ceny o 50%, kosztowały raptem 4 000 złotych polskich – ordynarna taniocha! Nic niezwykłego w prezentowaniu towaru – nawet drogiego – na wieszaczkach przed butikiem, natomiast niecodziennością było pozostawianie garderoby na chodniku na noc, celem ułatwienia konsumentom przymiarki w godzinach zamknięcia interesu.

Jeszcze bardziej zniewalało inne zjawisko: następnego poranka ciuchy wisiały w idealnym porządku – nierozgrabione. Grzesio stał do pólnocy na balkonie swojego pokoju hotelowego. Wypatrywał potencjalnych rzezimieszków. Sam walczył z pokusą pokłusowania na dół w celu zwędzenia ze 2 skafanderków. Powstrzymała go wrodzona przezorność: podstępne Szwajcary przypuszczalnie poukrywały kamery w budynku – wpadłby na 100%! Nie z nami te numery, Brunner!

Nie należało do osobliwości zobaczyć torebkę wyeksponowaną w widocznym punkcie, by zapominalski właściciel łatwo namierzył zgubę. Mogła tkwić nienaruszona przez tydzień, aż ktoś ją wieszał na znaku drogowym ku dobitniejszej demonstracji. Masa osobistych szpargałów, pozostawionych w dowolnych miejscach publicznych, budowała nijako standardowy pejzaż. Trzeba dysponować niebagatelną dozą zaufania w celu generacji takiej nonszalancji.

Szwajcarska uczciwość

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Szwajcarska uczciwość znajdowała również odbicie w rzetelności: co powiedziano, egzekwowano z punktualnością do sekundy, albo trochę wcześniej. Jeżeli populacja emanuje lojalnością niczym słońce ciepłem, uwzględniając kasty rządzące, finansjerę oraz biznes, to jaką zsumowaną potęgą rozporządza państwo?

Nie tylko potęgą, ale i kapitałem…

Każdy ma prawo do własnej opinii: można twierdzić, że właśnie dobrobyt stwarza warunki komfortowe ku uzewnętrznieniu dobroczynności, orędownictwa, zacności. Ciężko Grzesiowi poprzeć współrzędne stanowisko po doświadczeniach w Szwajcarii. Przecież nie przeżywał halucynacji – niczego nie zmyślił. Na pewno gnieżdżą się tam grupki cwaniaków, leniów lub kryminalistów, jednakże miażdżąca część społeczeństwa niweluje ich wpływ praktycznie do zera.

Stąd dysponują bezlikiem materialnych dóbr. Gdyby im nagle chudobę rozdrapać, Helweci zaczęliby od nowa, z identycznym zapałem, dochodząc migiem do porównywalnego dobrobytu.

Uczciwość w duecie ze wsparciem bliźniego połaca. Realizacja czegokolwiek zawsze o krztynę ekstra, niż wymaga otoczenie, owocuje gremialnym szczęściem. Kumulacja tych krztyn doprowadza do luksusu.

Spojrzał na potężny czasomierz. Zegarmistrz chwalił Grzesia za jego dbałość o pamiątkę po dziadku, za daleką eskapadę w celu remontu urządzenia. Nie podejrzewał autentycznych – mniej wzniosłych – zamiarach wnuka: opylenia dynastyjnego suweniru za parę euro.

Dostał pierwszorzędną lekcję na temat dróg do bogactwa. Na szczęście umiał ją zinternalizować.

Przeto zegarek zatrzymał.

I nigdy nie odda…

Publikacja umieszczona w kategorii FILOZOFIA | Format PDF (0.6 MB) – pobierz Pobierz publikację Kwestia dobrobytu w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: