Pranie

Niech żyje polskie pranie!Grzesio wstał już o 7 rano, porwał kosz nabity brudnymi ciuchami, po czym pogalopował do drewnianej altanki, służącej zarówno jako narzędziownia, jak i pralnia. Nie zapomniał zabrać specjalnego odstraszacza psów w spreju, bo bał się Dzikuski. Co prawda, dystans do pokonania wynosił zaledwie 20 metrów, ale Dzikuska często czatowała w krzakach, atakując znienacka, więc w trakcie marszruty czujnie penetrował otoczenie wzrokiem komandosa na misji w Wietnamie.

Jego wynajęte mieszkanie zajmowało połowę parteru dość pokaźnego, piętrowego domu, należącego do Ann i Johna.

Ann, energiczna pani po 60, prowadziła własny biznes. Jej firma, zatrudniająca Ann w charakterze dyrektora, administratora plus wyrobnika, miała wyborne logo. Przedstawiało ono strzelające w górę, w różnych kierunkach, wysmukłe liście tulipanów. Korony kwiatów zastąpiono małymi kółeczkami. Pragnący rozumieć artyzm Grzesio, uważał kompozycję za nowoczesną koncepcję graficzną kwiatów. Myślał z początku, że Ann tyrała w ogrodnictwie, ewentualnie zarządzała kwiaciarnią, aż zobaczył motto: „Ciała w ruchu”.

Poukładanie w głowie ogromu metaforycznych ekspresji zajęło mu trochę czasu. Tulipany portretowały ludzi. Innymi słowy, osobnicy z godła odzwierciedlali smukłe łodygi na wietrze: w ruchu. Tylko dlaczego? Dlaczego majestatycznie kolebali korpusami, wyciągając ręce do nieba? Podziemna sekta religijna?

Dylematy rozwiązały nowiny o prawdziwej profesji Ann – fizjoterapii – utwierdzające Grzesia w smutnym przekonaniu, że za diabła nie pojmie wysublimowanych wątków twórczych, bowiem myli hortologię czy wiarę w boga z gimnastyką.

John był tyczkowatym, emerytowanym inżynierem po 70. Potykał się co drugi krok, wywołując u obserwatorów obawy, iż runie na twarz, połamie członki na drobne kawałki, wyląduje w gipsie na resztę jestestwa. John jednak zawsze odzyskiwał równowagę, brnąc żwawo dalej, niby nic nie zaszło. Ann wykorzystywała go do pielenia w ogródku, czyszczenia basenu, zbierania kupek Dzikuski, innych stymulujących zajęć.

Dysponował pracownią – 4 razy mniejszą, niż gabinet Ann – gdzie, kiedykolwiek otrzymał na to pozwolenie żony, malował . Kopiował fotografie pejzaży, wieszając je później w chałupie na wszystkich ścianach.

Mieszkali na pierwszym piętrze willi z Dzikuską – psem enigmatycznego podtypu. Nieokreślone rasy notorycznie stwarzają problem dla otoczenia: są spragnione dowodów posiadania szlachetnej krwi. Dzikusce dodawano szyku poprzez następujący opis: „Ona ma w sobie coś z owczarka niemieckiego”. Możnaby równie dobrze powiedzieć kobiecie: „Wiesz, patrząc na ciebie, na myśl przychodzi Jessica Alba! Macie szalenie podobne górne części małżowin usznych – masz w sobie coś z niej!”.

Grzesio i Dzikuska byli zaciekłymi wrogami. Onegdaj chciał się z nią zwąchać: począł ją systematycznie karmić smakowitą pizzą, kiełbaskami, zupką jarzynową. Sukcesywnie wybredność suki sięgnęła absurdalnych granic – poczęła preferować kabanoski lub wędzoną szyneczkę, odmawiając kartofelków, parówek, kurczaczka na zimno, także mięska z puszki. Przychodziła do jego kwatery niczym do sklepu delikatesowego.

Z pojednawczych schadzek wyniknął niespodziewany efekt uboczny. Otóż Ann zatargała czworonoga do weterynarza, podejrzewając chorobę, jako że Dzikuska przestała wcinać chrupki. Tymczasem awersja do standardowej paszy była rezultatem wykwintnej diety oferowanej przez Grzesia.

Pomimo zachodów, inspirowanych pokojowymi intencjami, niewdzięczna zdrajczyni wciąż darła mordę na jego widok. Oszwabiony, zastosował środki drastyczne – zakupił pojemnik o obiecującej nazwie „Korektor zwierząt domowych”, zawierający sprężone powietrze. Po naciśnięciu spustu urządzenie wydawało syk gośniejszy niż para strzykająca z parowozu, co powodowało skomlenie połączone z paniczną ucieczką sobaki, która potem ujadała z daleka.

Ann oskarżała Grzesia o katowanie zwierząt, lecz on nie ustąpił: albo ona wytresuje u kundla szacunek do ludzi, albo on będzie kontynuował psykanie w samoobronie. W końcu należał do kasty twardych mężczyzn – niech mu baba nie mówi co i jak! Poza tym bulił gotówką za wynajem – wystarczający argument, sugerujący nienarażanie go na niebezpieczeństwo tudzież stresy! Przecież Dzikuska mogła mu odgryźć cokolwiek – wtedy co?! Wtedy musztarda po obiedzie! On, odpowiedzialny dżentelmen – ojciec poświęcający życie dla syna – podejmował kroki zapobiegawcze sycząc! Toż imprezy z wyżerką nie utemperowały bestii!

Wracając do przepierki… Ukontentowany rozwieszał odwirowaną bieliznę na obrotowej suszarce ogrodowej. Biło od niego dumą z wielu powodów:

Miał dzisiaj dwie pralki prania. Ukontentowany, zaczął rozwieszać drugą partię na obrotowej suszarce ogrodowej. Biło od niego dumą – miał ku temu wiele powodów:

  1. Pomimo soboty, dzwignął gnaty z łóżka z kurami, wierny wcześniejszym postanowieniom. Ergo, wykazał obowiązkowość.
  2. W okresie zimowym suszenie trwało dłużej. Gdyby spał leniwie do 10, ciuchy niechybnie pozostałyby mokre pod wieczór. Nieskazitelna, słowiańska integralność poskramiała sezonowe wachania temperatur.
  3. Nie poszedł, po burżujsku, do pralni, ino sam szorował z werwą szopa pracza. Tym samym zoszczędzał straszne pieniądze, proklamując jednocześnie brak wstrętu do prac gospodarczych.
  4. Wietrzył rzeczy w sposób naturalny, rzetelnie przestrzegając wskazówek producentów. Łebska taktyka przedłużała żywotność garderoby, co na dłuższą metę czyniło go zamożniejszym.
  5. Stosował specjalny płyn, delikatniejszy niż ordynarny proszek, chroniący tkaniny przed znieszczeniem. Wybieg był wynikem internetowych podróży w pralniczy świat. Więcej kasy na przyszłość! Zostanie bogaczem!

Ten perfekcyjny obraz poranka brutalnie przerwała gospodyni. Podeszła go od tyłu oświadczając, że ona też robiła przepierkę, zatem Grzesio ma zabierać swoje łachy z jej ociekacza. Podsumowując, zaordynowała bidakowi wyprowadzkę na małe, przenośne, nieobrotowe stojaki. Przywlokła ze sobą ochronę: Johna z Dzikuską. Trzech przeciwko jednemu!

Zamarł z rozkisłymi bokserkami w rękach. Dlaczego pałała taką okrutnością?! Czy postrzegała jedynie sznury swojej suszarki, mając w nosie długie sznury sukcesów odniesionych przez Grzesia owego poranka?! Krótkowzroczna! Nie potrafiła docenić kompletnego obrazu procesu, czyli ogółu mozołu, owocującego finałowymi efektami! To nie zwykłe pranie, proszę szanownej pani, jeno doniosła chwila w życiu!

Zaproponował przyjaźnie podział na 2 strefy: grzesiową i ichną. Na próżno – Ann trwała w skrystalizowanych decyzjach, perswadując bezkompromisowość większą ilością jej tekstyliów. Zrobiła energiczny zwrot, potruchtała z powrotem do chaty. Kuśtykający John oraz szczekająca Dzikuska podążyli wiernie za nią.

Grzesio ściągał mokrą odzież rozrgoryczony. Przytaszczył kosz do pokoju, siadł z impetem na kanapie, zaczął biadolić nad swoją dolą. Knuł zemstę nad tą kobietą-zmorą. Co za zaraza! Co za cholera! Spokoju człowiekowi nie da!

Anglosaskie matacze! Zero nauk zaczerpnęli z historii! Poprzez wieki identyczna strategia – nożem w plecy! Nie będzie obcy prał nam w twarz!

Suszenie prania psem

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Zaraz pójdzie do góry – rzuci rozwydrzonej bandzie na stół wymówienie! Zwinie manele – niech szukają następnego naiwniaka na wegetowanie w ich zmutowanym towarzystwie! Zaprosi Dzikuskę na pozornie delikatesowy wypas, by po judaszowsku otruć głupie zwierzę! Zapłaczą rzewnymi łzami, żałując do samej śmierci gburowatego traktowania poczciwych obywateli!

Zjadł pralinkę, zakurzył papieroska, zastygł w fotelu. No tak! Przysiągł sobie przestrzegać zdrowego jedzenia, uprawiać gimnastykę, rzucić palenie, a tu masz! Wredne babsko spowodowało skruszenie szlachetnych zamiarów! Sytuacja wymykała się spod kontroli – pękały fundamenty jego egzystencji! Ta jędza z nieustającą menopauzą po prostu go zabija! Jak ziścić zemstę na szantrapie?!

Trzy stojaki sterczały powyginane fikuśnie na werandzie. W tle, przez ogród, sunął triumfalny pochód: na czele, z buńczuczną miną, maszerowała Ann, za którą, tachając balię z odcedzonymi gałganami, brnął John. Warcząca Dzikuska zamykała triumfalną paradę. Psisko celebrowało zwycięstwo, bezczelnie machając ogonem. Konstelacja ta zniknęła za płotem. Tam, w zaciszu, osłonięci od wiatru, oddali się przyjemności rozpinania przyodziewku w wielkim komforcie.

Spozierał z niechęcią na podrzędny sprzęt. Pierwsza z konstrukcji – stalowa, dwupoziomowa – po rozłożeniu przybierała kształt litery A z poziomym daszkiem na czubku. Ilość rdzy zmieszanej z brudem na prętach sugerowała, że wrzucono ją na dno bagna, wyciągając stamtąd do ponownej eksploatacji dopiero po paru latach.

Dwa kolejne urządzenia były podrzędnej klasy, odlanymi ze sztucznego tworzywa gniotami. Każde z nich po rozczapierzeniu wyglądało jak litera X. Prostopadłe pałąki na górnych ramionach połączono sznurkami. Wynalazcy umieścili poprzeczkę ponad rozwidleniem, ulegającą (według założeń inżynieryjnych) wyprostowaniu i usztywnieniu po rozłożeniu sztalugi, co urzymywało napięcie linek.

Stara poprzeczka uległa złamaniu, wobec czego sznurki zwisały smętne, zwiotczałe, niemocne. Grzesio wiedział o tym potwornym mankamencie, co niewątpliwie również kojarzyli podstępni dzierżawcy.

Popsute suszarki na pranie

Na samą myśl o przebiegłości trójcy intrygantów apiać spochmurniał, kartując srogi rewanż. Niestety, spiskowanie nie przynosiło psychicznej ulgi. Wręcz przeciwnie: osłabiało nieboraka jeszcze bardziej.

Hardo odrzucił zamysł nabycia nowych, sprawnych suszarek: nie po to płaci za apartament, by kupować akcesoria gospodarskie! Nie ma mowy! Posunięcie stanowiłoby objaw ostatecznej porażki – na podobieństwo psa, leżącego na plecach z łapami do góry, skomlącego o litość! Nie pozwoli na takie upokożenie! Nie zhańbi się!

Westchnął… Powziął wpierw umyć stalową armaturę. W tym celu rozwinął wąż ogrodowy, otworzył kurek kranu do oporu, ustawił zraszacz na strumień punktowy, bijący z siłą pozwalającą wypiaskować skorodowany most. Woda bryzgała dookoła z impetem iskier hutniczych, podczas gdy on dodatkowo szorował szprychy szczototką na długim kiju, służącą ongiś do mycia pleców.

Po 10 minutach urządzenie błyszczało, natomiast na twarz zasapanego Grzesia wypełzł chytry uśmieszek. Przekąsił czekoladką w nagrodę!

Jednak co zrobić ze sflaczałymi dzyndzlami dwóch plastikowych bubli? Wytargał stare, wielkie słowniki angielsko-polskie – próbował je umieścić pomiędzy nóżkami stelaża. Sprytny fortel miał utrzymać urządzenie w stanie rozczapierzenia. Pechowo, śliska powierzchnia syntetycznych rurek zmniejszała tarcie do minimum – ustrojstwo wystrzeliło w górę niczym kamień z procy.

Z mentalnego tumultu wychynęło natchnienie: nie kombinował po swojemu, tylko małpował drogę koncepcyjną niedoskonałych innowatorów przeklętego instrumentarium, obstawiających na wywieranie siły rozciągającej od wewnątrz, kiedy można od zewnątrz! Po co rozpychać – wszak można naciągnąć poprzez wywarcie nacisku na drążki od góry!

Natychmiast wyciągnął z szafy zakurzone hantle. Pewnego dnia, w przypływie ambicji, zakupił różne gadżety do ćwiczeń fizycznych, marząc o aparycji Jamesa Bonda, ale nawet sztangi nie pomogły. Teraz okazały się niezastąpione! Przywiesił ciężarki sprytnymi węzłami po obu stronach pośrodku górnych tyczek. Sznurki momentalnie przybrały naprężenie strun, zaś serce Grzesia zabiło dumą! Zapalił papieroska w nagrodę.

Naprawa suszarek na pranie

Zauważył, iż stalowy dwunóg ma prętów co niemiara, umożliwiając przewieszenie każdego łaszka przez 2 pręty. Niepozorna zmiana techniki wpłynęła niebagatelne na szybkość parowania, tworząc przestrzeń pomiędzy powierzchniami dyndającej koszulki: była rozpostarta, a nie złamana w pół. Co za korzyść, zwłaszcza w niskich temperaturach!

Analogiczny fortel nie wyszedłby na ogromnym ociekaczu ogrodowym, z którego Grzesia po drakońsku przepędzono wcześniej, ponieważ istniały zbyt wielkie przestrzenie pomiędzy jego drutami. Skarpety i majty rozlokował na mniejszych, naprężonych przez mechanizm hantlowy, stojakach – każdy fatałaszek przerzucony przez 2 powrózki.

Taktyki przewieszania prania

Pod koniec sycił oczy finałowym efektem: równiuteńko, pięknie rozścielone szaty! Zagryzł ciasteczkiem ze szczęścia!

Ann patrzała sfrustrowana na ten rozkoszny obraz. Na pewno rozważała metody zrujnowania radości operatywnego najemcy, ale nic nie wykumała. Przegonienie go z przenośnego sprzętu nie wchodziło w grę, skoro sama go tam wywaliła. Obraz Grzesia-panicha niewątpliwie kłuł w serce: kawa w jednej ręce, książeczka w drugiej, torcik z kremem nieopodal, pranie schnące w piorunującym tempie.

Po godzinie Słońce zmieniło lokalizację na niższą, w efekcie czego rzeczy wiszące w ogrodzie powlókł cień ogrodzenia. Wiatr też nie dmuchał – niefortunny zbieg okoliczności, zwłaszcza dla mokrego prania. Tymczasem majdan Grzesia stał na ganku w pełnym słońcu. Ann bezsilnie monitorowała rozwój wydarzeń, albowiem nie władała wpływem na kąt pochyłu Ziemi.

Dalej, baba-jago! Idź teraz na pogaduszki ze Słońcem! Ty… Ty… Ty kretynko jedna! On zaś dalej w stylu wielmoży: rozprężony, eklerek, internecik, konfekcja w ciepełku.

Suszenie prania w deszczuSzczepan SadurskiPo południu pogoda uległa drastycznej zmianie – nic niezwykłego w Kapsztadzie. Nadciągnęły czarne chmury, walnęły pioruny, zaczęło rzęsiście lać. Jego dobytek tkwił w przedsionku pod dachem, zaś szmaty Ann łopotały pod gołym niebiem. Usłyszał skrzeczenie wiedźmy, rychło łomot spadającego ze schodów Johna, lecącego odpiąć z klamerek przesiąknięte deszczem ubrania. Tym razem ani Ann, ani Dzikuska nie towarzyszyły chłopinie, wysłanemu w pojedynkę na pastwę ulewy.

Grzesio obserwował zmagania faceta z zaciekawieniem przez okno, siorpiąc gorącą herbatkę. Gdzież oni teraz rozwieszą zmoczone stroje? Pogardzili przenośnym sprzętem, będącym we władaniu Grzesia – pozostały raptem krzesła, drzwi względnie inne elementy wyposażenia rezydencji, potencjalnie zdatne do roli wieszaków.

Pod wieczór łaszki wciąż były lekko wilgotne, toteż wniósł obwieszone statywy do mieszkania. Lista wygód rosła.

Od tamtych pamiętnych chwil używa do suszenia wyłącznie turystyczne utensylia: znacznie praktyczniejsze, poza tym niezależne od kaprysów pogody.

Ann nie zażądała zwrócenia suszarek. Nabyła chyłkiem parę nowych dla siebie. Ot, metamorfoza poglądów.

Szukał zemsty, aczkolwiek nie musiał: los automatycznie wyrównywał rachunki. Konkludując, lepiej na tym wyszedł, w dodatku nabywając bezcennej edukacji na przyszłość: po pierwsze odnośnie bezsensu vendetty, po drugie na temat suszenia prania.

Mądrze gadają ludziska: nie czyń drugiemu co tobie niemiłe!

Publikacja umieszczona w kategorii MIGAWKI | Format PDF (0.9 MB) – pobierz Pobierz publikację Pranie w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: