Słownik wyrazów obcych

Słownik wyrazów polskich, a jednak obcychMałego Grzesia nurtowały przyczyny, dla których ludzie nazywają pewne rzeczy tak, a nie inaczej.

Na przykład słowo „trzeszczeć” opisywało pewien dźwięk, wiernie go odzwierciedlając, nie mogąc potencjalnie brzmieć odmiennie. W dawnych czasach, kiedy nasi przodkowie pierwszy raz w życiu usłyszeli trzeszczące drzewo, postanowili zjawisko racjonalnie nazwać. Stali w kupie, próbując naśladować tajemniczy hałas: „szszszsz…”; „szszczcz…”; „tszszczcz…”; „cztszcztszcz…”. Syczeli i rzęzili przez zęby konkurując, kto lepiej zatrzeszczy. Każdy pragnął zdecydowanie zatrzeszczeć innych: „TSZSZ-TCZ-TCZ-CZCZ!!!”; „TCZ-TCZ-TSZTSZ-SZSZ!!!”. Naskakiwali na siebie, wybałuszali oczy, pluli w wysiłkach, trzeszczeli sobie prosto w twarze. W końcu, trzeszcząc przeraźliwie, zaczęli się tłuc dzidami o palmę pierwszeństwa. Kobiety nie miały nic do potrzeszczenia w tamtych czasach, więc spozierały dyskretnie z boku – nie śmiały zatrzeszczeć, mogąc zostać nadzianymi na oszczepy. Spór trwał do momentu wychynięcia z legowiska starszego grupy. Herszt poczłapał do kłębowiska trzeszczaków, wysłuchał uważnie poszczególnych wariantów, podumał, wydał wyrok: „TSZ-SZCZ!”. Po ciężkiej pracy, w stylu rasowego zarządcy, powrócił do biura by co rychlej zasnąć.

Jeżeli ktoś w czasie bijatyki zasugerowałby „buuul-buuul” albo „traaa-laaa”, wtenczas reszta wyśmiałaby go niemiłosiernie. Idiota ma czelność werbalizować trzeszczenie „bul-bulami”! Debil!

Potem powstała szlachetniejsza warstwa społeczna, która dodała dwa „y” tworząc „tszyszczy”. Jeszcze bardziej wyrafinowana kasta wymieniła później pierwsze „y” na „e” – w ten sposób powstało „tszeszczy”. Gdy ktoś mówił „tszyszczy”, automatycznie wyczuwano w typie wieśniaka na kilometr, bo bardziej inteligentni przepięknie deklamowali „tszeszczy”. W końcu poloniści pokomplikowali sprawy dokumentnie, zamieniając „tsz” na „trz”, dla przyczyn nikomu nie znanych.

Grzesio kapował, iż trzeszczenia nie można inaczej ochrzcić. Słowo to jest dokładnie odgłosem, który opisuje. Trzeszczenie to trzeszczenie – nie świergotanie, sapanie czy klapanie.

Nie potrafił jednak tak łatwo zinternalizować masy innych wyrażeń – generalnie konwencji lub nawyków językowych. Nie wykazywał przekory, ale chciał mieć, od czasu do czasu, własną niezależność poprzez posiadanie prywatnych sformułowań. Należał w pewnej mierze do alternatywnej gałęzi homo sapiens.

Na swoje 4 urodziny dostał niewielkiego misia koloru ciemnobrązowego, z łapkami rozczapierzonymi na wzór ukrzyżowanego Jezusa. Był bardziej trocinowy niż pluszowy – miał sztywność zwłok w kostnicy. Ogólnie wyglądał upiornie: ktokolwiek go stworzył, oparł swój produkt na reminiscencjach koszmarnego snu.

Wyciągnął suwenir z ukokardkowanego pudełka, następnie zamarł z nim w ręku. Czerada bliskich czekała natomiast w napięciu na szaloną radość gówniarza, stojącego wszakże w milczeniu. Cisza trwała zaledwie parę sekund, zostając przerwaną ekstatycznymi uniesieniami członków familii.

– Co za przepiękna pacynka!

– To ci dopiero szczęściarz!

– Ojejku! Takiej zabawki koledzy pozazdroszczą!

– Popatrz no: udaje, że nie radosny!

Ferajna rechotała rubasznie.

Marzył o trzykołowym rowereku, atoli dostał laleczkę. Miś zdawał sobie sprawę z własnej brzydoty – pragnął zginąć gdzieś w płomieniach na wysypisku śmieci. Niestety: ktoś go zakupił, opakował, dał Grzesiowi. Tym zbiegiem okoliczności doszło do skrzyżowania się ich dróg egzystencjalnych. Wymienili z niedźwiadkiem smutne, filozoficzne spojrzenia – obydwaj nie ogarniali tego dziwnego świata. Tymczasem otaczał ich chichot rozradowanych dobroczyńców: nie dziecku, lecz sobie zakupili prezent.

Nastąpiło dalsze wywieranie nacisku na solenizanta:

– Musisz dać fajne imię maskotce! – doradzała mama.

– Misiak bez imienia to taki nijaki misiak! – walnął niesamowitym żartem tata.

– No dalej, słoneczko! – dopingowała babcia.

Stał zakłopotany. Patrzał ponuro na misia, a misio posępnie na niego. Należało spryciarsko wybrnąć z żenującej dla nich obydwu sytuacji. „Muszę ci nadać jakąś godność…” – mówił w myślach do trociniaka. „Nie ma wyjścia – wal śmiało!” – zachęcał obiekt zamieszania.

– Kierownik… – powiedział cicho.

– Co?!

– Kierownik… – powtórzył.

– Chodzi o imię, nie o tutuł – zabłysnął erudycją tata. Miał cyniczny uśmieszek na twarzy.

– Nieładnie, be! – pouczała mama, wykrzywiając usta w awersji. – Proszę tutaj zaproponować coś rozsądnego!

– No, słoneczko… Uszatek? Puchatek? Pluszatek? – zachęcała babcia.

– Kierownik… – upierał się brzdąc nieprzejednanie, demonstrując bardzo poważną minkę.

– On zawsze musi na opak! Nawet nie okaże radości, brzydak! Proszę ładnie powiedzieć „dziękuję” i „przepraszam” – byle szybko, bo tak zaraz tyłek spiorę, że popamiętasz na wieczność! – zagroziła mama.

– Dziękuję i przepraszam… – zaripostował monotonnym głosem. Maleńkie szczyle posiadają zero szans. Poza tym nie dysponują gotówką na sprawianie sobie upominków podług uznania.

– Teraz proszę grzecznie przemianować kukiełkę! – terroryzowała mama dalej.

Przestraszonemu chłopcu zwilgotniały oczka. Miś lukał na niego wymownie: posiadali swój własny, mikroskopijny świat w pogrążającej ich niedorzeczności. Selekcja ksywej urosła do rangi honoru, symbolizując absurd sytuacyjny, cichy bunt, wolność decyzyjną. Odczuwał potrzebę dzierżenia prawa chociażby do wyboru tego imienia. Drżąc ze strachu, wyszeptał ponownie:

– Kierownik…

Tak powstał Miś Kierownik – uosobienie magii fraz. Z uwagi na niezwykły alias, wszyscy traktowali kukiełkę z respektem. Ponadto istniała tajemnicza relacja pomiędzy nim a Grzesiem, której nikt nie pojmował, ale która niejako wymuszała szacunek. Został chlubnym, nieodłącznym członkiem rodu, zabieranym wszędzie w charakterze fetysza szczęścia: na spacery, plażę, urlop. Kierownika pamięta każdy – nawet odlegli krewni, słyszącym jedynie o nim z gawęd. W przypadku wabienia go Puchatkiem, z pewnością sława misiaka zaginęłaby bezpowrotnie.

Jechali taksówką na stację kolejową. Cała rodzina waliła do babci na wakacje, na drugi koniec Polski.

– Zapomnieliśmy zabrać Kierownika! – wykrzyknął nagle Grzesio.

W samochodzie zaistniał harmider.

– Jesteś pewien?! – zawodziła mama.

– Tak! Został w pokoju na fotelu!

– Musimy natychmiast wracać! – zdecydował ojciec. – Proszę jechać z powrotem! – zaoordynował kierowcy.

Taksówkarz zdębiał: czy było możliwym, zupełnie od niechcenia, zapomnieć człowieka na menadżerskim stanowisku? Pomimo dorzecznych analiz, posłusznie zawrócił samochód. Wybąkał coś na temat cofania się w podróży, rutyny nie przynoszącej szczęścia, za co został zaatakowany szyderczym rżeniem pasażerów. Zabobonny wsiok! Jak można w ogóle porównywać folklorystyczny przesąd do pozostawienia Kierownika w domu?! Kmiotek taki! Zasuwaj pan nazad bez głupich komentarzy!

– Zapewne spakowany w walizce? – zapytała, z nadzieją w głosie, mama.

– Na bank został w fotelu! – zaręczył Grzesio.

W tym miejscu taksiarz zesztwniał w przerażeniu: przypuszczalnie klan morderców! Zarąbali jegomościa, pozostawiając trupa w chałupie!

Osłupiał jeszcze bardziej, gdy ojciec poleciał na górę, by po chwili przenieść do samochodu – z wymalowanym triumfem na twarzy – pluszowego misia. Wszyscy w gablocie byli roześmiani tudzież rozluźnieni – z wyjątkiem taryfiarza, mknącego do dechy na dworzec w celu odprawienia skretyniałych klientów.

Nieprzebrane zdolności semantyczne Grzesia pączkowały w najmniej oczekiwanych sytuacjach. Zauważył bardzo intrugujące zjawisko: im bardziej dziwaczna konstatacja, tym bardziej pamiętana i, co najciekawsze, używana.

Pewnego dnia wykoncypowali zabawę z kolejką nakręcaną na kluczyk. Gra polegała na zestrzeleniu gumką figurki żołnierza, ustawionej na jednym z wagoników pędzącego pociągu. Dla utrudnienia, zabawkę puszczali bez torów pod kredensem. Pierwsza osoba – strzelec – padała na dywanie, naciągając gumkę do odpalenia; druga nakręcała ciuchcię, iżby puścić cały skład pod meblami; trzecia notowała wyniki.

Snajper musiał się przygotować i skupić na celowaniu, zaistniała tedy potrzeba zaanonsowania wyzwolenia lokomotywy z garści, inaczej zawodnicy oszukiwali: kolejka mknęła niezapowiedziana, zanim strzelec miał sposobność wyciągnąć kulasy na podłodze. Podstępne wybiegi wywoływały rozgoryczenie snajpera, który oskarżał innych o oszustwa oraz brak integralności. Wobec tego zweryfikowano zasady: wyzwalacz powinien dać wyraźny znak w momencie puszczenia pociągu w ruch.

– Co mam zrobić? – zapytała siostra. – Zamachać witkami?

– Krzyknij: „Raz, dwa, trzy – KANGURA!” – odpowiedział bezzwłocznie Grzesio.

Nastąpiła cisza. Po paru sekundach ojciec zapytał, ostrożnie:

– Co ona ma uczynić?

– Niech wrzaśnie: „Raz, dwa, trzy – KANGURA!”.

– Co to jest „kangura”? – objawiła zaciekawienie siostra.

– No, znak do tego… Do puszczenia kolejki.

– Dlaczego „kangura”? – napierała.

– Dlaczego nie? – argumentował.

Wyli przeto ochoczo: „Raz, dwa, trzy – KANGURA!”. Na „KANGURA!” lokomotywa była puszczana, podczas gdy strzelec już w napięciu czekał, rozciągnięty na dywanie, z napiętą, gotową do odparowania, gumką.

Ten niecodzienny rodzaj odliczania przeniknął w inne zakamarki życia. Dla dodania sobie animuszu przed wymyciem naczyń, siedząc w rozleniwieniu po kolacji, skandowali raptem: „Idziemy: Raaaz… Dwaaa… Trzyyy… KANGURA!” – bojowe hasło mobilizowało do podskoku plus sprintu do kuchni. Na plaży aranżowali wyścigi do łódki: „Zobaczymy, kto dobiegnie pierwszy! Raz, dwa, trzy – KANGURA!” – już opętańczo galopowali.

Z czasem potrzeba akcentowania przyczyny odliczania zanikła. Na przykład, kiedy szli na przystanek, rejestrując z daleka nadjeżdżający autobus, wówczas ktokolwiek z nich dawał szybką komendę: „Raz-dwa-trzy-KANGURA!”. Slogan działał telepatycznie – w mig gnali, ażeby środek komunikacji miejskiej im nie uciekł. Przechodnie mniemali, że obserwują grupę pacjentów, zwolnionych na przepustkę ze szpitala wariatów. Opcjonalnie bandę zagranicznych: może „kangura” po szwedzku, względnie hebrajsku, tłumaczy się na „biegnijmy” po polsku?

Raz, dwa, trzy, KANGURA!

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Ludzie znajdują rozrywkę w przeróżnych grach lingwistycznych: krzyżówkach, rebusach, Scrabble itd. Grzesio ulegał irytacji, nie potrafiąc spamiętać wszystkich wyrazów, które już istniały coś znacząc. Czasami brakowało mu jednej literki do hasła w krzyżówce, wobec tego wertował encyklopedię na przemian z leksykonami gwoli wytropienia danego pojęcia, co stanowiło czcze zajęcie, gdyż większość nazw, pomimo wysiłków, zapominał. (W dobie internetu sytuacja jest inna, albowiem wyszukiwarka, oprócz wyniuchania czegokolwiek, zasugeruje także – w czasie wpisywania – terminy lub całe zwroty, wręcz ubliżając mózgowi ludzkiemu.)

Wymyślił więc nową grę, polegającą nie na wygrzebywaniu z zakątków mózgu znanych, lecz na tworzeniu nowych słów. Partycypanci zaczynali od jednej literki, dodając sukcesywnie kolejne. Dowolny gracz, po dodaniu litery, musiał wyjaśnić sens świeżo skonstruowanego sformułowania – albo poprzez przekonywującą współzawodników definicję, albo wysoce usprawiedliwione użycie zlepka alfabetycznych znaków w zdaniu. Dozwalano jakiekolwiek chwyty pod jednym warunkiem: w efekcie końcowym językowy twór nie powinien, ze względu na krańcową nielogiczność, pociągnąć zdecydowanego weta innych graczy.

Grzesio, jego siostra i tata grali w Słowotwora.

W. Na przykład: „Odpoczywam w domu.”

– Dobra, moja kolej: wr. „’Wr! Wr!’, groźnie warczały na niego psy!”. Teraz ty.

Wry.

– Co?!

Wry: „Idź wyłącz gaz, bo woda się zagotowała i wry!”.

– Aha! Nieźle! No to… OK: wryk. „Dostał w twarz, zatem wybuchnął w ryk.”

– Czyli ryczał?

– No, tak…

– Niech będzie. Wryku: „Gdy przyszli, zastali go w ryku. Zapytali: ‘Co jest grane?!’. ‘Zarobiłem w twarz!’, odpowiedział przez łzy.”.

– …

– Coś długo deliberujesz!

– Już, już… Wrykul.

Wrykul?!

– Facet, który zazwyczaj spędza czas w ryku. Płacze bez przerwy. Po prostu wrykul.

– W takim razie wrykula: notorycznie becząca osobniczka.

– Eee… wrykular, mianowicie często łkający chłopiec w okularach. Ryczący okularnik: wrykular taki…

Wrykulary: dwóch nagminnie szlochających okularników.

Grzesio uważa tworzenie nowego za bardziej naturalne, aniżeli powtarzanie starego. Jego zdaniem innowacyjność wymaga odwagi, ponieważ ludzie zwykle nawiązują do swojskich definicji, stroniąc od reform zagrażających wygodnej rutynie. Od czasów legendarnego Misia Kierownika docieka logiki wyświechtanych pojęć i, co gorsza, kontestuje wytyczne, normy, regulacje. Zawsze musi zadać niewygodne, durne pytanie: dlaczego? Dlaczego ma być akurat tak? Nie mogłoby być siak? Tym samym, kompletnie niechcący, bezustannie wpada w tarapataty.

W czasie zajęć z polityki wykładowca prawił na temat wartości sprzętu pracy. Dowodził, że drogocenność danej maszyny czy narzędzia, powiedzmy obcęgów, zależy od niczego więcej jak od długości ich utylizacji w parze z przydatnością. Grzesio podniósł rękę. „A gdyby to były złote obcęgi?” – zapytał uprzejmie.

Reakcja pedagoga zaliczała się do zaiste kontrowersyjnych: stracił panowanie nad sobą, zwyzywał butnego studenta za wszelkie czasy, pogroził komunistycznym palcem. Oto został zamącony standardowy tok dedukcji z podeptaniem umownych kanonów komunikacji: zamiast uzewnętrznić dyplomację odpowiedzialnego interlokutora, Grzesio zaprezentował prymitywizm głąba spod budki z piwem. Mógł wyzwolić odmienne reperkusje poprzez następującą eksplikację problemu: „Bardzo interesująca teza. Laicy zazwyczaj utożsamiają wartość danego przedmiotu bądź urządzenia z jego rynkową ceną. Mam rozumieć, iż koszt finansowy poniesiony na zakup narzędzia pracy nie ma żadnego wpływu na rzeczywisty walor nabytku? Rozpatruję mianowicie sprzęt sfabrykowany z bardziej szlachetnych stopów metalowych. Zapałałbym wdzięcznością za pański punkt widzenia w konfundującej kwestii.”. Pechowo, nie władał podobnie wyuzdanymi zdolnościami konwersacyjnymi. Sprawę pogorszył fakt, że po wybuchu adiunkta próbował dodatkowo poprzeć swoje poglądy, przytaczając przykład wachadłowca kosmicznego Challenger – szalenie drogiego ustrojstwa, nic w zasadzie nie produkującego, jednakże doprowadzającego do niewspółmiernych postępów ludzkości. Prelegent pienił się niczym wściekły pies.

Po paru tygodniach Grzesio przegrał debatę sromotnie, bez konieczności przedkładania posiłkowych argumentów, bowiem statek kosmiczny Challenger uległ dezintegracji na kawałki zaraz po starcie z przylądka Canaveral. Wykładowca, na samym początku ćwiczeń, z sarkastycznym grymasem, patrząc na rebelianta z większą pogardą niż na szmatę, zagadnął: „No, proszę pana! Te wachadłowce nie są aż takie dobre, no nie?”. Wichrzyciel siedział cichutko, nie śmiąć negować empirycznie udokumentowanych oczywistości.

Z kolei w zimie, w czasie wycieczki do lasu, zaproponował rodzinie ulepienie bałwanki zamiast bałwana. Nie byli seksistami, stąd wszyscy z werwą podchwycili ideę, majstrując pierwsze na świecie śnieżne lepiszcze płci żeńskiej: z biustem, szerszymi biodrami, o zaokrąglonych ramionach. Mama nawet wyszminkowała bałwance usta. Nikt nie protestował, zaś koncepcja nie wymagała poparcia filozofią o Challengerach.

Szowinistyczny bałwan

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Misia Kierownika nie ma już między nami, niemniej jednak jego duch wciąż urzęduje w życiu naszego bohatera.

Frazy używane przez Grzesia zostały umieszczone w familijnym słowniku.

Był to „Słownik wyrazów obcych i bliżej nic nie znaczących”.

Publikacja umieszczona w kategorii WTEDY | Format PDF (0,7 MB) – pobierz tutaj Pobierz publikację Słownik wyrazów obcych w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: