Siniak

Seksowny siniakCo bardziej decyduje – genetyka czy doświadczenia egzystencjalne – o ostatecznej rzeźbie charakterologicznej człowieka?

Grzesio czuł się wtłamszony do bezlitosnej maszyny geograficzno-wychowawczo-wydarzeniowo-pokoleniowo-polityczno-kosmiczno-edukacyjno-genetycznej. Wieloaspektowe ustrojstwo rzucało nim na chybił trafił, systematycznie mieliło, by w końcu wypluć nieboraka na pastwę rzeczywistości w formie nieszczególnej. Dobrą stroną tego procesu była możliwość osiągnięcia ukojenia w wachlarzu wymówek, albowiem mógł zrzucić winę za swoją nijakość na cokolwiek lub kogokolwiek: polityków, boga, zanieczyszczenia powietrza, korporacje, pana Staszka, banki itd. Zwłaszcza na głównych podejrzanych – tatusia z mamusią – z dużym prawdopodobieństwem wmieszanych w uszycie jego osobowej szaty. Przynajmniej tak twierdził Freud, sławny jako nie lada głowacz.

Taka Jolka, na przykład, niewątpliwie wpłynęła na wykształcenie pewnych kardynalnych cech Grzesia.

Gdy mama studiowała do egzaminu, Grzesio został wydelegowany na rok na drugi koniec Polski, do dziadków, gdzie poznał sąsiadkę Jolkę, liczącą lat 9, czyli 2 lata starszą od niego.

Ponieważ w tamtej odległej epoce nie istniały ani internet, ani telewizja kablowa, ani kapitalizm, ani komputery, ani PlayStation, ani Facebook, ani Twitter, ani iPody, ani smartfony, stąd szare masy nie miały nic do roboty. Obywatele błąkali się z kąta w kąt, znudzeni do granic możliwości – dlatego też Grzesio wespół z Jolką chodzili na pogrzeby.

Blok dziadków stał naprzeciwko kościoła, do którego codzinnie o godzinie 10 rano podążał korowód funeralny. Rytuał zachodził z dokładnością pozwalającą na nastawianie zegarków.

Na froncie stąpał ministrant, niosący spory krzyż. Nie przerzucał ciężaru wygodnie przez ramię, tylko dzierżył go uroczyście przed sobą niby cenną zdobycz. Sporadycznie spozierał w górę, pełen obaw o rozczapierzonego Jezusa, mogącego nieoczekiwanie spaść z hukiem na dół.

Za ministrantem szedł ksiądz w smolistej czapce z małym pomponem na samym czubku. Duchowny zawsze miętosił w rękach jakąś książeczkę, którą czytał z nudów w toku pochodu.

Za pracownikami klerykalnymi – gwóźdź programu: muzykanci! Przeważały instrumenty dęte: trąbki, waltornie, puzony. Jeden z grajków niósł monstrualny bęben, w który walił monotonnie, podczas gdy inny grzmocił kolosalnymi, złotymi talerzami. Brakowało gitar, ewentualnie organów elektrycznych, co Grzesio uważał za karygodne przeoczenie.

Za kapelą sunęła ostrożnie czarna Nysa, w której wnętrzu widniała wierzchnia część trumny. Zaraz za gablotą, 2 barczystych panów trzymało pod ramiona panią w czerni. Najbardziej charakterystyczny element jej kostiumu stanowiła siatka na głowie. Kobiecina słaniała się na nogach, wleczona przez krzepkich samców. Intrygująco, niewiasta wiotczała w okolicach domu bożego albo cmentarza, natomiast w okresie marszruty – z dala od zabudowań – odzyskiwała wigor, odganiając nawet umyślnych podpieraczy.

Niekiedy za wozem człapał samotny pan, jednakże bez pończochy na łbie i bez żadnych wsporników.

Dalej z tyłu brnęła mniejsza lub większa grupa ludzi. Wszyscy chyba uzgadniali przywdzianie ciemnej garderoby na okazję. Zauważył, że im liczniejszy tłum, tym większa tudzież żwawiej grająca orkiestra, tym okazalszy sarkofag, tym obfitsza gwardia ministrantów, tym wolniejsza defilada. Czasami za Nysą ciągnęło zaledwie 2 do 3 osób: celebracje o podobnie niskiej frekwencji nie posiadały osłody akompaniamentu, a przez miasto wręcz mknęły. Gromadka zasuwała z werwą, zatem duszpasterz nie mógł spokojnie zgłębić lektury.

Trumny produkowano w kolorze zazwyczaj jasnobrązowym. Zdarzały się białe, aczkolwiek te były mniejsze.

Procesję przerywano na półgodzinny przystanek w świątyni. Ta część imprezy nie wyglądała na przesadnie interesującą, bowiem znaczny odłam żałobników pozostawał na zewnątrz. Czekali siedząc na ławeczkach, zażywając słońca, gaworząc.

Grzesio i Jolka dałączali do pochodu po mszy – dreptali w samym ogonie, w towarzystwie bardziej rozluzowanym niż posępnie wyglądający przodownicy. Maruderzy – z reguły młodsi – przywdziewali bardziej kolorowe ciuchy, a niektóre babki wyglądały wręcz seksownie. Plotkowano, palono papieroski, żartowano. Nikt nie zwracał uwagi na dwójkę dzieci które, w celu podkreślenia powagi chwili, kroczyły wyrzucając nogi wysoko w powietrze, majtając równocześnie ramionami niczym żołnierze w marszu.

Procesja pogrzebowa

Orszak przyśpieszał w drodze do nekropolii, doznając transformacji w peleton fanów joggingu. Muzykanci zaprzestawali występu, brali trąby pod pachy, wsadzali ręce w kieszenie; osiatkowana pani odżywała, kłusując bez żadnej pomocy; ksiądz olewał wybraną przez siebie publikację; kierowca karawanu włączał drugi bieg. Na 100 metrów przed bramą cmentarzyska brygada ponownie markotniała, zwalniając kroku: kapela reaktywowała rzępolenie, klechę apiać porywała literatura, wdowa flaczała. Synchronizacja całokształtu ludzkich emocji bądź zachowań z lokalizacją wobec kościoła oraz cmentarza była perfekcyjna.

Malców najbardziej fascynowało manewrowanie trumną: wywlekanie jej z wozu, dźwiganie na ramionach przez 6 chłopa, spuszczanie w czeluści grobowe na paskach. Uczestnicy ceremoni pomagali zakopać denata własnymi rękami, rzucając garści ziemi do dziury. Grzesio z Jolką gorliwie wspierali przedsięwzięcie, przy czym wsypywali niewspółmiernie więcej niż reszta grona.

Rytualną zabawę brutalnie przerywali naburmuszeni faceci – wkraczali nagle na scenę znikąd, niosąc masywne szufle w olbrzymich dłoniach. Kopcąc z wprawą pety bez filtrów, magicznie dyndające w kącikach ust, dokańczali błyskawicznie dzieła pochówku dziarskimi machnięciami rydli. Nad mogiłą usypywali kopczyk, który dynamicznie oklepywali łopatami ze wszystkich stron. Walili w glebę z taką siłą, jakby umarły wyrządził im krzywdę za życia. Dodawali sobie zapału słowami: „No dawaj, kurwa!”. Grzesio nie kumał, co oznaczało słowo „kurwa”. Brał „kurwę” za hasło ponaglające do skruplatniejszej roboty, w rodzaju „Pracujmy uważniej!”, albo „Proszę, róbmy to dobrze!”.

Kiedy pewnego dnia uzupełniali z dziadkiem kompost w ogrodzie, pragnął zaimponować znajomością powyższej, męsko brzmiącej zachęty. Z ferworem wymalowanym na policzkach, wycedził z naciskiem: „No dawaj, kurwa!”. Został potwornie zbesztany, nie mając zielonego pojęcia za co. Ponadto, za karę, zabroniono mu wychodzić na dwór przez okrągłe 3 dni. Czyżby kurewski frazeologizm rezerwowano wyłącznie do użycia w trakcie zakopywania zwłok?

Wracając do pogrzebu, fachowo sporządzony nasyp ozdabiano poźniej kwiatami, gałęziami drzew iglastych, grubymi świecami plus wieńcami, z czego powstawała rzeczywiście imponująca kupa. Na koniec ferajna ochoczo waliła w nieznanym Grzesiowi kierunku, lecz zagadkowe miejsce należało bezsprzecznie do fajnych, skoro mężczyźni wymianiali porozumiewawcze spojrzenia, posyłali łobuzerskie uśmiechy i zacierali energicznie dłonie.

Babcia, zaciągnąwszy języka o pozaszkolnej pasji wnuczka, zaczęła początkowo biadolić o złych duchach. Wywierała naciski w celu zmian elegijnych zainteresowań brzdąca. Koledzy z podwórka też nie szczędzili szyderstw: nazywali go grabarzem, nieboszczykiem, względnie sztywnym. Pomimo intensywnej krytyki, nieugięcie kontunuował partycypację w paradach, wspierany przez Jolkę.

Po niespełna miesiącu otoczenie przywykło do jego pasji. Kiedy brał udział w korowodzie, a ktoś go szukał, babunia odpowiadała: „Grzesio na pogrzebie! Przyjdź za godzinkę!”. Okazjonalnie ponaglała smyka: „Słoneczko! Pośpiesz się, inaczej nie zdążysz! Oni już ładują trumnę do wozu!”.

Grzesio Polak na pogrzebie

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Wstępna niechęć kolegów przeszła metamorfozę – wpierw w obojętność („A niech robi, co chce!”), później w ciekawość („Coś musi w tym być, skoro tak systematycznie uczęszcza!”), na końcu w umiłowanie identycznego hobby. Po paru tygodniach za Nyską wędrowała pokaźna grupa dzieci, przyswajająca od parki regularnych bywalców nauki o szczegółach proceduralnych.

Psychoanalityk zręcznie wytłumaczyłby szczególne zafascynowanie smarkacza uroczystościami żałobnymi: oddziaływania familijne, przejścia z dzieciństwa, choroba psychiczna, młodzieńcza depresja. Eklezjaści dochodziliby przyczyn w siłach boskich, naukowcy w genach, astrolodzy w konstelacjach gwiazdnych, Chińczycy zaś w fakcie poczęcia Grzesia pod znakiem Smoka. Władając erudycją niezgłębioną, specjaliści różnej maści mieliby rację absolutną.

Niezależnie od mrowia determinantów czyniących go dziwnym, zauważył inną fenomenalną prawidłowość: im konsekwentniej praktykował chociażby największy bezsens, tym chętniej inni wyrażali akceptację. Zdumiewająco, zaczynali się bezsensem ciekawić, bezsensowi oddawać, bezsens analizować, do bezsensu namawiać, ostatecznie bezsensu bronić. Innymi słowy, poprzez swoją uporczywość też wywierał wpływ na środowisko, zyskując w rezultacie wyznawców-protektorów. Głupol bezpowrotnie zaprzepaścił tę wiedzę w życiu, bo natura obdarzyła go złośliwie genami uczciwości, nie szczędząc przy tym alleli niesmiałości.

Pomijając dywagacje ekspertów, nic nie dorówna w randze influencji, wywartej na Grzesia przez Jolkę.

Siedzieli na stopniach klatki schodowej, gdy dziewczę nagle wyznało eksperiencję głęboko prywatną: nabiła sobie siniaka. Zasadniczo nie wykazał zbytniego zaintrygowania rewelacjami. Sytuacja uległa diametralnej zmianie po pokazaniu mu urazu. Jolka wysunęła zgrabne nóżki do przodu, ujęła brzeg zwiewnej spódniczki w kwiatki i, rozchylając lekko nogi, podniosła kieckę do góry na tyle, aby mógł zobaczyć wewnętrzną część jej lewego uda, gdzie widniała wybroczyna o gabarytach śliwki. On jednak nie rejestrował prezentowanej patologii, koncentrując uwagę doszczętnie na odsłoniętym fragmencie białych majteczek.

W jednej chwili wszelkie procesy fizjologiczne jego organizmu zamarły: przestało bić serce, ustało krążenie krwi, znieruchomiały mięśnie, wstrzymany został oddech, zwiędła dedukcja. Zniknął. Stracił swoje ego.

Opuściła spódniczkę. Grzesio pozostał w tej samej pozycji. Nie potrafił wykonać ruchu.

Po paru sekundach funkcje cielesne powróciły wielokrotnie spotęgowane: serce waliło siłą młota, krew rwała wodospadami przez naczynia, mięśnie drgały w napięciu do bólu. Kora mózgowa wciąż nie funkcjonowała.

Jolka właśnie spowodowała tajemnicze przeprogramowanie w całym Grzesiu.

Odruchowo zaproponował, żeby po raz kolejny zademonstrowała obrażenie – wszak chciał dokładniej je obejrzeć. Może to poważniejsza historia, obligująca do konsultacji lekarskiej? Wykazywał troskę bez granic. Podfruwajka nie zdradzała tymczasem ochoty do ponownej odsłony. Napierał, a ona obojętnie patrzała przed siebie. Zdenerwował się: oto siedział zafrasowany stanem zdrowia gówniary, a ta w ogóle nie brała do serca jego… No, jego tkliwości! Przekonywał, błagał, żebrał – teatralne wysiłki spełzły na niczym. Po chwili wstała, powiedziała „Cześć”, zakęciła dupeńką, poszła do domu.

Leżał na łóżku, bacznie obserwując sufit. Nie mrugał. Nie myślał. W wyobraźni zastygł obraz filigranowego kolanka, gładkiego uda, śnieżnobiałych majteczek… Niebieskie obrzmienie skórne zostało przepędzone z ryciny fantazji. W uszach słyszał delikatny, szepczący lubieżnie głos: „Nabiłam sobie siniaka…”. Kiedy sięgała po kraj spódniczki, jej ruchy oczarowywały płynnością, subtelnością… Widział każdy drobny paluszek, dotykający miękko lekkiego materiału… Rozwiane, tańczące włosy, muskające mu twarz… Potem siedziała z tym miłym uśmieszkiem, głową odrzuconą niedbale do tyłu, zerkając na niego zawadiacko, mróżąc nieznacznie piękne oczęta – konfiguracja poniekąd odzwierciedlająca wyższość zmieszaną ze spokojem.

Jolka przed i po siniakuSzczepan SadurskiBezdyskusyjnie, jego zdolności postrzegawcze uległy tysiąckrotnemu wyostrzeniu od momentu uniesienia rąbka kiecki Jolki. Istniała Jolka przed siniakiem, oraz Jolka po siniaku. Nie widział już Jolki, ale ją przeżywał. Nie umiał jeszcze opisać tej lawiny wrażeń jako zauroczenia bądź pożądania.

O co tutaj chodzi?! Skąd taki paraliż?! Myślenie wróciło w formie kombinowania: jak zakosztować powtórnie tych magicznych doznań?

Materializacja marzenia mogła nastąpić wyłącznie poprzez ponowną lustrację okaleczenia. W stylu autentycznego mężczyzny-predatora uknuł nieziemski plan. Zaraz przed pierwszą lekcją podejdzie do nauczycielki, opisując krwiaka na kulasie Jolki, ergo kwestii wymagającej niezwłocznej interwencji medycznej! Belferka, oczywiście, natychmiast zaaprobuje inicjatywę, zdając sobie sprawę z krytycznego samopoczucia uczennicy. On, dżentelmen nad wyraz opiekuńczy, będzie musiał towarzyszyć pacjentce do gabinetu lekarskiego. Tam, w czasie badania chorej, znowuż nasyci żądze ekscytującym widokiem.

Zasnął pewien cwaniackiego planu, który zaczął realizować niezwłocznie po przybyciu do szkoły. Podszedł grzecznie do wychowawczyni.

– Słucham?

– Jolka ma ogromnego siniaka po strasznym wypadku. Trzeba ją zabrać do doktora.

– Grzesiu, wracaj do ławki!

– Ale ona ma wielką śliwę! Musi iść do lakarza!

– Mam wziąć kija?!

Wrócił do ławki…

Fiasko operacji nie zmieniło faktu, że siniak znajomej z dzieciństwa odbił się na wieki w grzesiowym mózgu niczym pieczęć w laku. Dziewczyna albo jednoznacznie udowodniła, albo nieodwołalnie wyzwoliła, jego orientację seksualną: na pewno nie miał skłonności homoseksualnych. Pchnęła go tą standardową – nie alternatywną (potencjalnie ciekawszą) – drogą erotyczną, czego wówczas nie zinternalizował.

Jolce ma prawo zarzucić wiele konsekwencji osobistego podejścia do płci żeńskiej: patrzał na kobiety notorycznie poprzez pryzmat nóg; wpadał w panikę wobec idei zerwania związku; łatwo dawał się uwodzić (pod warunkiem, że amantka dysponowała zgrabnymi kończynami dolnymi); często podchodził laski różnorakimi bajerami, zamiast krzewić otwartość. Długie lata zajęło mu dotarcie do wykrycia zasadniczej prawdy: otóż skłonność do oskarżania innych lub okoliczności za swoje własne braki jest podstawowym brakiem. Ten magiczny klucz do wyzwolenia dostał do ręki późno.

Mówią mędrcy: „Lepiej późno niż wcale”.

Eee tam… Zawsze lepiej wcześniej, niż później… Zwodzą nas tymi powiedzeniami… Wszakże za wczesną orientację seksualną pała do Jolki niewymowną wdzięcznością!

Publikacja umieszczona w kategorii WTEDY | Format PDF (0,7 MB) – pobierz tutaj Pobierz publikację Siniak w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

One Response to Siniak

  1. goldenbrown says:

    Bardzo interesujące spostrzeżenia! Ileż byłoby mniej problemów w dorosłym życiu, gdyby dzieci rozpoczynały swą edukację w podobny sposób do Grzesia? ;)

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: