Motywy

Motywy, czyli historia o porwaniuDzwonek! Grzesio w szalonym tempie rwał otworzyć drzwi. Zawsze chciał być pierwszy!

Na klatce stała ciocia Gosia. W zasadzie pani Gosia, niespokrewniona z którymkolwiek członkiem rodziny. Grzesiowi powinowactwa genetyczne nie przeszkadzały, zatem dowolny znajomy był wujkiem, znajoma zaś ciocią.

Złożyła niezapowiedzianą wizytę w celach plotkarskich. Źle trafiła: mamę przydybały popołudniowe obowiązki w szpitalu, natomiast tata nie słynął smykałkami gawędziarskimi. Niemniej jednak wykazał szczyt gościnnego kunsztu i towarzyskich ciągot: zaprosił kobietę do środka oraz zaproponował herbatkę.

Ciocia nie mogła mieć pojęcia o absencji mamy, ponieważ w tamtej odległej erze nie znano telefonów komórkowych. Ludzie komunikowali się albo pytlując, albo wrzeszcząc z okien (np. do berbeci w piaskownicy na podwórku), albo korespondencyjnie. Bogatsi szpanowali telefonami stacjonarnymi, aczkolwiek losy osobnika w przelocie pomiędzy dwiema rozmowami sieciowymi znikały w mgle tajemnicy. Rzeczywistość wypełniały nieoczekiwane wizyty, nieprzewidziane listy w skrzynce pocztowej, zaległe wiadomości transmitowane w telewizji. Informacje niezmiernie ważne przesyłano telegramami, pochłaniającymi od paru godzin do doby.

Obecnie wiemy wszystko o wszystkich dzięki magii SMS-ów, Facebooka ewentualnie Twittera. Nie ma wręcz mowy o znalezieniu bezpiecznej kryjówki, bowiem uzbrojone w smartfony ciżby namierzą człowieka błyskawicznie: „Widzę go na Marszałkowskiej przy budunku LOT-u. Jest smutny.”; „Piła kawę w kawiarni na bulwarze 15 minut temu ze starszym jegomościem. Głaskał jej ręce.”; „Jedzie piątką ku stacji. Ma walizkę.”.

Odwiedziny są zapowiadane co do sekundy: „Przybijemy za 20 minut. Wstawcie kartofle.”; „Sterczę na zewnątrz. Otwórz drzwi.”. Można też pstryknąć zdjęcie, przesyłając fotkę w charakterze dowodu rzeczowego. Nie ma zaskoczeń, osłupień, zaniepokojenia. Prywatność wyparowała.

Dorośli zasiedli na wersalce przy stoliku. Siorpali herbatkę, grzecznie gaworząc o dyrdymałach.

Grzesio pragnął zwrócić na siebie uwagę, więc odstawiał nieziemskie popisy. Skakał na nich z impetem, piszcząc: „Bijemy się! Bijemy się!”. Oni reagowali radosnym śmiechem, wtórując: „No dalej! Bijemy się!”. Brzdąc tarzał swe ciałko na ich kolanach, rechocząc w niebogłosy. Wrzeszczeli razem z nim jak kretyni: „Wojna! Bijemy się! Wojna!”.

Po kwadransie ciocia błyskawicznie dopiła zaserwowany wywar, następnie umknęła z szybkością zająca, za co stary pałał dozgonną wdzięcznością do synka. Dynamika gniazda familijnego wróciła do normalności, aż przyszła mama.

Grzesio wtulał się w matczyną kiecę z całych sił. W nagrodę zalały go same słodkości.

– Słoneczko moje!

– Mama! Mama!

– Powiedz skarbie, co nabroiłeś w domku?

– Nic! Ciocia Gosia przyszła!

– Ojejku! Faktycznie? Wojtek, nic nie wspomniałeś! – krzyknęła mama w kierunku dużego pokoju.

Z głębi mieszkania dobiegł poirytowany głos ojca:

– Dopiero co przyszłaś! Kiedy miałem tobie donieść?!

– Kiedy Gosia wyszła? – dopytywała z ciekawością.

– Ze dwie godziny temu – odparował.

– A czego chciała? – napierała.

– Szukała ciebie…

– A po co?

– Skąd mam wiedzieć?!

Grzesio palił się się do obwieszczenia nowin na temat dyskutowanej wizyty, toteż trajkotał szybciutko:

– Tata zrobił herbatkę!

– Aha! Proszę, proszę! Co dalej, słoneczko?

– Potem poszli na kanapę…

Matka spoważniała. Po chwili kontynuowała przesłuchanie grobowym głosem:

– A co robili na kanapie?

Dlaczego – ni stąd, ni zowąd – spochmurniała? Z niewinnym zamiarem rozładowania napięcia jakąś dobrą wiadomością, walnął radośnie:

– Bili się!

Rodzice rozpętali sodomę i gomorę. On huczał „Dochodzisz do absurdalnych wniosków! Wierzysz w bzdury! Przecież to dziecko!”, na co ona odpalała „W istocie! Dlatego nie kłamie!”. Czyżby zapomniał o bójce? Dlaczego zaprzecza? Wszakże była wojna…

Matuś chlipała, kręciła głową w rozpaczy, szeptała przeraźliwie: „I to przy dziecku…”. Przerażony nie na żarty Grzesio zapewniał, iż wojny nie należało zaliczać do kategorii przesadnie niebezpiecznych potyczek – on sam w niej uczestniczył! „Ja też się biłem…”, liberalizował rodzicielkę, lecz jej lament uległ, o dziwo, wzmożeniu. Z rozdzierającą goryczą w głosie, wskazując na męża oskarżycielskim palcem, wykrztusiła: „I to z dzieckiem…”.

Do świadomości malca docierała szybko kardynalna prawda: altruistyczne inicjatywy niekoniecznie wychodzą na dobre. Lepiej zamknąć mordkę na kłódkę.

I nic nie wyczyniać, co razu pewnego dosadnie zinternalizował.

Jego tata ciężko pracował, pisząc namiętnie referaty, skrypty akademickie, rozdziały książek. Używał tylko wiecznego pióra plus brulionu w kratkę. Wykończone dokumenty przypominały tabliczki gliniane z pismem klinowym: literki o ostrych kątach, linijki biegnące prościutko niczym strzały.

Imponująco pedantyczny, nie mógł zaakceptować żadnej pomyłki w tekście. Jeżeli popełnił bodajby jeden błąd, lipny świstek lądował w śmietniku, zaś on przystępował do gryzmolenia od nowa. Istna katorga! Grzesio ufał, że tak właśnie musi być: nie ma miejsca na najmniejsze uchybienie w życiu! Perfekcja, lub nic!

Rękopisy, które stanowiły nic nie wartą marnotę z bykami, nie uniknęły precyzyjności ojca – darł je systematycznie najpierw na 2, później na 4, w końcu na 8 równiutkich części. Po podarciu, każdy skrawek odwzorowywał idealny kwadrat. Z kwadracików układał stosiki o proporcjach geometrycznych prostopadłościanów.

Od czasu do czasu, wyrzucał uformowane kupki do kosza, w czym Grzesio uwielbiał go wyręczać: z nabożeństwem ujmował pliczek w rączki i niósł do śmietnika. Najbardziej ubóstwiał moment wrzucania stosików do kosza, gdy piękne sześciany rozsypywały się na pojedyncze strzępki, tworząc bezładną stertę na dnie wiadra. Smarkacz patrzał na ten chaotyczny rozpad z satysfakcją.

Rytuał darcia fascynował go bezgranicznie: niby banalne zajęcie, jednakże procentujące wspaniałym porządkiem! Niekiedy dopuszczano go do udziału w uroczystej ceremonii – rozpruwał wtedy kartkę samodzielnie. Naśladował seniora co do joty: przybierał identycznie skupioną minkę, skrupulatnie spiętrzał powstałe kawałki, z namaszczeniem lokował kopczyki na blacie biurka. Stary z aprobatą studiował poczynania potomka.

Grzesio kochał ojca – jego idola, wzór doskonałości, tyrającego z poświęceniem dla całej rodziny. Pożądał jakoś pomóc, toteż zaplanował wielką niespodziankę!

Zakasał rękawy zaraz po wyjściu rodziców do pracy. Zaczął drzeć: systematycznie, dokładnie, z zapałem, dopóki papierowe kolumny wypełniły po brzegi duże pudło. Postawił karton tuż koło biurka, zapewniając kreacji zasłużoną ekspozycję. Drżał wobec wizji ojcowskiego wzruszenia, wyzwolonego widokiem cudownie poćwiartowanych zasobów biblioteki! Rozpromienieje dumą! Poklepie zamaszyście po łopatkach! Wychwali pod niebiosa!

Siedział cichutko na krzesełku: cierpliwy, potulny, ze skromniutkim uśmieszkiem na ustach. Obserwował bacznie chlebodawcę, kursującego z kąta w kąt po ciężkim dniu harówki. Czekał na moment, kiedy jego dzieło zostanie odkryte.

Ostatecznie tata dostrzegł prezent…

Z początku nie umiał wymamrotać wyrazów podzięki, jeno stał sparaliżowany, przypuszczalnie z zachwytu. Zbladł, wybałuszył oczęta, rozdziawił buźkę, przestał oddychać – objawy krańcowego rozczulenia!

Spojrzał na półkę przy biurku – kiedyś zapełnioną, teraz ziejącą pustkami. Nic na niej nie stało, albowiem komplet niepotrzebnych tekstów z tejże półki – manuskryptów, książek względnie czasopism naukowych – spoczywał w pudle, fantastycznie ułożony. We fragmentach. Każda strona podarta na 8 kawałków, każdy kawałeczek równiuteńko kwadratowy, wszystkie kwadraciki nawarstwione w kostki.

Nieopodal stał architekt nieksazitelnej kompozycji, spozierający na papcię pokornie, z oddaniem…

Biadoleniom przeplatanym złorzeczeniami nie było końca tamtego wieczoru. Grzesio ryczał, stary rwał włosy z głowy. Matka stała na uboczu przestraszona – rokowała, że małżonek nie wyładuje złości wyłącznie na niesfornym gówniarzu. Sprawione zostało lanie w tyłek skórzanym pasem, wyzwalające jeszcze intensywniejszy bek tudzież więcej wrzasków.

Tatko tkwił na krześle do godzin porannych: czerep zwieszony w dół, wzrok wbity w podłogę, papieros za papierosem w drżących dłoniach… Milczał złowieszczo. Potencjalnie knuł potworną zemstę na latorośli.

Szlachetne zapędy Grzesia doprowadziły do niepojętego kataklizmu. Tak świetnie darł, a tu masz… Najboleśniej odbierał brak ochoty wysłuchania go, bądź przynajmniej dojrzałego wydedukowania jego cnotliwych – płynących z małego serduszka – zamierzeń… On raptem z miłości…

Porwanie

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Z wiekiem dotarła do niego nauka mędrców: pomyśl tysiąc razy, zanim wykrztusisz słówko. Ponadto uczciwie przeanalizuj swoje intencje, zanim użyjesz pseudo-dobrotliwej argumentacji. Przed krokami wspierającymi, podumaj: dogadzasz innym, czy sobie? Autentycznie pałasz ambicją zadowolenia bliźniego, czy jedynie odnosisz przyjemność produkując makulaturę? Co jest obiektywnym motywem?

Grzesio marzy wychować swego syna Jacka w roztropności, pozwalającej na odróżnianie szlachetności od samolubstwa (głupol ojciec zrazu nie wychwycił oczywistego dysonansu). Gwoli przekazania nabytych przez lata mądrości, wpierw wysłuchuje pierworodnego (chociażby chłopak wprowadzał go w stan pasji) bez wykładania osobistych racji – najefektywniejsza metoda aranżacji konstruktywnego dialogu.

Przed pouczeniem przystoi poznać punkt widzenia rozmówcy: zrozumieć, zanim zapragnie się być zrozumianym.

Trudne…

Publikacja umieszczona w kategorii WTEDY | Format PDF (0.6 MB) – pobierz Pobierz publikację Motywy w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: