Klocki

KlockiGrzesio tryskał dumą – syn uzyskiwał dobre wyniki w nauce, poświęcał wolne chwile dla społeczności uniwersyteckiej, jadł zdrowo, słuchał ojca.

To znaczy, na ogół słuchał ojca…

W głowie dudniło pytanie: dlaczego Jacek dostosowywał się do wybranych zaleceń, zaś inne ignorował kompletnie (subordynacja wymagała wtedy nacisku)? Grzeczne dziecię powinno (teoretycznie) respektować dowolną wskazówkę opiekuńczego rodzica – ten logiczny koncept nie znajdował odbicia w praktyce.

Babcia co roku wyglądała od Jacka wyrazów pamięci z okazji urodzin lub świąt, zaś dostawała figę z makiem. Sporadyczna korespondencja w jej w skrzynce pocztowej, wprawdzie napawająca szczęściem, była wyłącznie rezultatem biczowania syna przez ojca.

Wnuk olewał wszelkie uroczyste dni – nie ulegał rytuałom składania życzeń zdrowia, millionów na koncie, stu lat życia bądź wszystkiego najlepszego. Babunia płakała, histeryzowała, cierpiała, na co on reagował chłodem głazu.

Przeróżne zabiegi agitujące spełzały na niczym: wieczne nagabywanie; zachęcanie poprzez gorliwe przygotowywanie własnych karteczek; obietnice nagrody za okazanie litości człowiekowi, oczekającemu w napięciu na jakiekolwiek pozdrowienia; straszenie zemstą niebios.

Z tajemniczych powodów ponosił klęskę dydaktyczną w punkcie zaiste trywialnym! Przecież nie prosił ani o skok w ogień, ani o poślubienie bogatej poczwary, lecz nie potrafił nauczyć młokosa szacunku do zabobonnych pragnień starszej kobiety. Potem musiał wysłuchiwać telefonicznych zawodzeń matki: „Nikt o mnie nie pamięta… Kto tam by się przejmował jakąś niepotrzebną nikomu zgredówką… Na pewno chcecie, abym już sobie do grobu poszła – o tym właśnie marzycie! Po prostu plujecie na mnie!”.

Z innej beczki… Bez dwóch zdań, Jacek umiał oszczędzać, aczkolwiek tylko swoje pieniądze. Grzesio dawał wzór ograniczania wydatków tudzież zdrowego rozsądku poprzez szanowanie rzeczy materialnych. Nie rozumiał sensu wymiany sprzętu albo garderoby na „nowe” (ponoć „lepsze”) po miesiącu używania – nurt podsycany agresywną promocją. Jednakże entuzjazm syna, po otrzymaniu czegokolwiek, trwał raptem do konsekutywnej reklamy, po czym królowała rozpacz, nie mniejsza niż w przypadku amputacji obu nóg.

Współczesny marketing polega na popularyzowaniu potrzeby zmian, a nie lansowaniu wynalazków. Lilipucie korekty kosmetyczne i bzdetne dodatki zastępują innowacyjność – produkt nowy przedstawia w rzeczywistości udekorowany antyk.

Propaganda korporacyjna w parze z przyklaskiem otoczenia wywołują wrażenie odstawania od panujących trendów, będących wyłącznie trendami nieustannej wymiany jednych bambetli na drugie. Wściekłą rotację wyrobów katalizuje bezmyślność, bowiem klienci rzadko zgłębiają autentyczną użyteczność nabytków. Doświadczamy przeto manii wydawania – stylu narzucanego przez żądnych szybkiego zarobku, zinstytucjonalizowanych geszefciarzy.

Powyższy obrót spraw uderzał w Grzesia, którego syn chorował na cogodzinny upgrade. Rodzicielskie protesty pociągały szantaże o charakterze emocjonalnym: milczenie, smutne spojrzenia, westchnienia, brak zapału do wypadu na ciacho z tatą itd. Metamorfoza następowała w momencie zafundowania kolejnego gadżetu: latorośl roziskrzała oczy, buchała wesołością, manifestowała posłuszność, kochała bezgranicznie.

Na marne tłumaczył, że półroczny laptop nie należał do kategorii rupieci, herbatka w domu oferowała równorzędny smak do dziesięciokrotnie droższego naparu w kawiarni, miesięczne levisy niekoniecznie spełniały kryteria odzieży przeznaczonej na śmietnik. (Grzesio nosił swoje dżinsy przez lata, aż się wytarty, postrzępiły oraz podziurawiły w kilku miejscach. Niespodziewanie, zobaczył identycznie wyglądające portki – w potwornej cenie – sprzedawane w wytwornym butiku pod szyldem ostatniego krzyku mody. Dysponował zatem szałowym ciuchem za darmochę!)

Analogiczne fiasko przynosiły nawet wywody socjologiczno-polityczno-ekonomiczne, podczas których uświadamiał potomkowi odgórną manipulację, prowadzącą do kompulsywnego trwonienia grosza – gołowąs przezywał go wówczas komuchem. Samopoczucie smarkacza było wprost proporcjonalne do ilości zainwestowanej w niego gotówki – gorytm nie do alternacji filozoficznymi wykładami.

Przejdźmy do kwestii przyziemnych… Jacek nie przepadał za pracami natury gospodarczej. Wybaczalne nastawienie, poniekąd typowe dla przeciętnego samca. Irytowały jednak taktyki unikania obowiązków, utylizowane bezczelnie przez syna.

Dla ilustracji, przez cały okres wakacji Grzesio robił pranie w pojedynkę. Upłynęło wiele księżyców, zanim doznał olśnienia: otóż dźwigał krzyż samotnych walk z pralką ze względu na swoje zorganizowanie plus uczciwość! Oprócz kompilowania detalicznego harmonogramu tygodnia z wyprzedzeniem, anonsował zaplanowane ruchy wszem i wobec. Przewidywanie jego kroków stanowiło dziecinną igraszkę. Chłopak wykorzystywał naiwność papy, koczując w chałupie swojej dziewczyny zawsze w dniach przepierek – regularność nie do wytłumaczenia czystym przypadkiem.

Często stosował fortel niekompetencji. Celem wywinięcia się od przygotowywania posiłków, anonsował niewinnym głosikiem: „Tata! Jak usmażyć te steki? Ja jeszcze nie umiem…”. Oczywiście tata, podjudzany męskim ego, stawał na wysokości zadania: zasuwał do kuchni, przywdziewał fartuszek, wtajemniczał juniora w prawidłową obróbkę mięsa. W ciągu demonstracji uczeń z uznaniem kiwał główką, podziwiając kucharski kunszt mistrza. Nie na długo: w końcu chyłkiem porzucał starego nad garami, preferując gry komputerowe.

Symulował nieudaczność nałogowo niczym wrodzona niedorajda. Skuteczność wybiegu gwarantowały ojcowska miłość i wyrozumiałość. W konsekwencji Jacek trenował pieczenie steków latami.

Rozporządzał wachlarzem manewrów, wystawiających tatę do wiatru: Grzesio zwykle sam ścielił łóżka, prasował, łaził na zakupy itd. Próbował podkreślać istotę współpracy na froncie domowym, nawiązywać do zobowiązań dziecka wobec rodzica, grozić palcem, eksponować naburmuszaną minę – próżne wygibasy moralizatorskie, nie umniejszające wymijających strategii jedynaka.

Ciekawe: pewne aspekty zachowania młodzieńca obrazowały wysoki standard godny naśladowania, pozostałe kompromitowały imię klanu… Miał stracha przesadnie narzekać, aby nie zachwiać ogólnie fantastycznej równowagi rozwojowej Jacka poprzez, na przykład, zakuwanie go w kajdany przed wypierką (iżby nie czmychnął do sympatii), kopaniem go w tyłek za niepościelone łóżko itp.

Aha: nie zachwiać równowagi rozwojowej Jacka…

Natchniony tokiem przemyśleń, przypomniał sobie historię klocków LEGO.

Na piąte urodziny Jacek dostał pierwszy zestaw: pirata, stojącego na małej podstawce-wyspie, przy kufrze z czterema złotymi monetkami. Tata pokazał, jak figurkę złożyć do kupy, co dziecko z trudnością powtórzyło.

Rozkładali i składali morskiego rozbójnika przez cały wieczór. Pod koniec zabawy Jacek mógł zmontować plastikowego ludzika śpiąc.

W Grzesiu wrzała chełpliwość! Ewidentnie, syn uwielbiał klocki! Przystało zaspokoić niepohamowany entuzjazm brzdąca, zatem nazajutrz zakupił trzykrotnie większy komplet. Nauka budowy trwała dłużej (aż dwa dni!) zanim smyk osiągnął sukces, co zmobilizowało podekscytowanego ojca do nabycia czterech następnych pudełek LEGO.

Z przyczyn bliżej nieznanych, niewdzięczny berbeć stracił animusz do kreacyjnych igraszek. Płakał rzewnymi łzami, gdy ojciec eksplikował pożytki psychomotoryczne, płynące z przyswajania zasad wznoszenia syntetycznych obiektów. Z zapałem prezentował, motywował rubasznym śmiechem, obiecywał nagrody, tymczasem maluch wolał pojeździć na rowerku z kolegami.

Wkrótce na półkach sterczało ponad dwadzieścia makietek LEGO – każda sklecona przez Grzesia.

Minęło pięć lat… Pewnego dnia Jacek, spontanicznie, zrobił porządek w klockach. Zbudował własnoręcznie wszystkie modele według załączonych instrukcji. Bardziej skomplikowane egzemplarze z serii Technic również nie sprawiły mu kłopotu.

Po roku część mieszkania zastawiły imponujące struktury, niektóre zmajstrowane z paru tysięcy elementów.

Niebezpieczna zabawa klockami

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Jacek został pasjonatem LEGO, do czego musiał dojrzeć. Chodzi nie tylko o ewolucję fizycznej sprawności, ale także o wkształcenie poczucia odpowiedzialności za efekty (gotowa konstrukcja), dbałość (o klocki), postęp (hobby). Grzesio łaknął wyegzekwować biegłość, zaangażowanie i dalekowzroczność od pięcioletniego szkraba.

Początkowo wymuszał na dziecku osobistą pasję (sam kochał LEGO). Rodzaj samolubności…

Poczuł się winny…

Słowem, dojrzewanie dotyczyło ich obu: Jacek dorósł do LEGO, zaś Grzesio do świadomości potknięć wychowawczych.

Na stateczne postawy potrzeba czasu. Kluczem jest cierpliwość w krzewieniu roztropności: zmiany zachodzą automatycznie, co potwierdziły klocki.

Atoli sam nienawidził ścielenia łóżka, prasowania, prania, pisania karteczek… Do dziś nie przepada…

Więc co się rzuca…

Publikacja umieszczona w kategorii OJCOSTWO | Format PDF (0.5 MB) – pobierz Pobierz publikację Klocki w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: