Wprowadzenie

Brutalne wprowadzenieW domu przeprowadzano kolejny remont. Rodzice zatrudnili umyślnego pana Czesia, potrafiącego zrobić cokolwiek: pomalować sufity czy okna, położyć nowe tapety bądź kafelki, wycyklinować i polakierować podłogi, wymienić gniazdka, naprawić sracz, a nawet zmajstrować meblościankę w przedpokoju. Bez przerwy palił papierosy, popijając mlekiem: na każdy litr przypadała paczka Sportów. Zachwalał białko jako bardzo zdrowe, co Grzesio zapamiętał na całe życie. Nie mówił nic o korzyściach płynących z palenia, aczkolwiek sprawiało ono wrażenie szalenie potrzebnego starszym facetom, bowiem i pan Czesio, i tata, nie mogli wręcz funkcjonować bez tytoniu.

Ciasne, trzypokojowe mieszkanie było zakurzone, zadymione, z meblami spiętrzonymi to tu, to tam, w zależności od lokalizacji prac renowacyjnych. Cała rodzina brała udział w przenoszeniu szpargałów z pokoju do pokoju, po czym wszyscy siedzieli skłębieni w jednym miejscu, gdy fachowiec wywoływał straszny hałas w drugiej części chałupy.

Grzesio angażował się z wielkim entuzjazmem nie pojmując, dlaczego papcio tkwi w fotelu naburmuszony, jakby napięty. Przecież remont posiada wyłącznie cechy czystej frajdy: układanie klamotów w wymyślnych piramidach, koczowanie kupą w kątach pomiędzy kredensami, jedzenie w fikuśnych pozycjach, przenikanie ze strefy A do strefy B na podobieństwo wojaków w okopach. Cieszyła go bliskość rodzinna tudzież brak standardowych formalności: nie musiał myśleć o zabieraniu łokci ze stołu w czasie posiłku, nikt na niego nie krzyczał za siedzenie na półce, nie padały gromy za rzucanie rzeczy gdziekolwiek. Starzy przypominali kumpli z obozu harcerskiego.

Dobiegł ich rumor – przez uchylone drzwi wychynęła upapierosiona głowa majstra. Padła komenda do przemarszu na inną pozycję. Rozpoczęli niezorganizowaną krzątaninę: kiedy mężczyźni taszczyli meble, reszta domowników przenosiła co popadnie w małych stosikach do drugiego pokoju. Tam też, pokrótce, usypana została na podłodze bezładna sterta książek, zabawek, naczyń plus pozostałych rupieci. Pracowali wzorem mrówek w gęstej mgle papierosowego dymu, obijając się o mury, meble oraz samych siebie.

Został wkrótce poproszony o zrobienie prowizorycznego porządku na nowym przyczółku, za co przyjął odpowiedzialność z ochotą. Uwielbiał sortować bambetle, jako że absolutny cel stanowiło stworzenie przestrzeni życiowej, przy czym nie okazywano troski o sposób zrealizowania misji. Mógł zatem sam podejmować decyzje co gdzie włożyć – radocha co niemiara! Nawarstwiał drobiazgi pod ścianami, budował kolumny z książek na parapecie, wpychał ciuchy pod kaloryfer, aż w końcu podjął decyzję skorzystania z półek, aby tam umieścić resztę majdanu.

Otworzył pierwszą z brzegu szafkę. Panował w niej idealny porządek: dokumenty i kartoniki leżały poukładane w idealnie równych kupkach. Od razu pomyślał, iż musi to być regał ojcowski. Bowiem dnia tamtego tolerowano więcej niż zazwyczaj, niezwłocznie począł przewalać rzeczy według własnego upodobania. Daleko w tyle, w mrocznym kącie półki, coś zawadzało, nie pozwalając mu na wciśnięcie papierów głębiej. Przytaszczył wyższe krzesło gwoli dokładniejszego zlustrowania, co tam przeszkadza. W samym rogu stało jakiś pojemnik, który w mig wyciągnął. Bez żadnej szczególnej przyczyny zapragnął skontrolować zawartość schowka, także uniósł pokrywkę.

W środku ujrzał płaskie, kwadratowe, bajecznie kolorowe kartoniki, ułożone perfekcyjnie w stosiki przypominające geometryczne heksaedry. Miały rzeczywiście super atrakcyjne barwy – dowolne dziecko na świecie chciałoby się prędziutko nimi pobawić. Ponieważ Grzesio dzieckiem był, więc momentalnie wysupłał palcami na światło dzienne wierzchnie pudełeczko.

Na okładce zobaczył piękne zdjęcie w ostrych, soczystych tonacjach. Obracał nim na różne strony dochodząc do wniosku, że fotografia przedstawiała usta otoczone brodą. Owłosiony osobnik, chyba dla zabawy, pokazywał język, natomiast buzię miał nietypową – zapadł prawdopodobnie na tajemnicze schorzenie warg. Spozierał na ilustrację z wybałuszonymi oczami: ale dziwaczny obrazek! Co ten pan właściwie czyni? Oblizuje się z apetytem? Odstawia kawały? No nic…

Odwrócił kasetkę, by zobaczyć drugą stronę – natychmiast ekspolodował rechotem! Chichrał opętańczo, gdyż na odwrocie widniała jeszcze bardziej komiczna scena z gołym panem w roli głównej! Osobnik ów leżał na tapczanie z głową wysoko na poduszkach, obserwując bacznie swojego pisiaka – Grzesio w życiu podobnie ogromnego nie widział! Po obu stronach spoczywały dwie panie – poza butami z wielgachnymi obcasami, też występowały roznegliżowane i też eksponowały dumnie sisiaki! Miały długie blond włosy, zaś zerkały na nagiego chłopa wydymając wargi. On miał półotwarte usta, zamknięte powieki, wysuniętą nieznacznie żuchwę – całość sprawiała wrażenie twarzy w cierpieniu. Co było już zupełnie niemożliwym, dama po lewej trzymała w ręku fiuta spoczywającego gościa!

Z głową odchyloną do tyłu, pękał ze śmiechu – omalże nie spadł z krzesła! Po co ci ludzie obnażyli członki? Po co strzelali sobie takie zabawne zdjęcia? Zakrztuszony wesołością włożył kartonik z powrotem, ażeby wyciągnąć następny. Tym razem zamurowało go na amen, albowiem zobaczył gołą panią półstojącą, półleżącą na stole. Miała szeroko otwartą paszczę – chyba krzyczała. Za nią stał rozebrany jegomość, który… O Boże! Co on wyprawiał?! Dlaczego on to robił tej biednej kobiecie?! Zwariował?!

Serduszko waliło mu niczym młot kowalski, lecz ciekawość zwyciężyła. Z wypiekami na twarzy zaczął oglądać inne pudełeczka. Na niektórych zdjęciach widniały całe gimnastyczne konstelacje obnażonych panów i pań. Widział identyczne wyczyny w cyrku, kiedy akrobaci stają jeden na drugim budując piramidę. W tym przypadku tymczasem nikt nie męczył się wdrapywaniem na barki innej osoby, tylko każdy leżał, klęczał lub stał w ukłonie. Charakterystycznie, nagusy wyglądały na ciżbę w kieratach: naprężone mięśnie, wykrzywione fizjonomie, zwieszone głowy. Najbardziej przerażały go ujęcia w zbliżeniach – tych dziecko nie mogło w żaden sposób pojąć. Dlaczego, ktokolwiek, wyprawiałby analogiczne wygibasy?

Zapoznanie dziecka z seksem

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Spietrany nie na żarty, szybko schował co znalazł, z grubsza uporządkował pokój, kucnął skromniutko w kącie. Jego myśli galopowały niepowstrzymanie – obrazy golizny nie chciały opuścić pamięci. Przyszła mama z następnym ładunkiem rupieci. Z mety zauważyła występek wymalowany na licu brzdąca: siedział milczący, patrzył spode łba – wina biła od niego piorunami. Z rękami na biodrach spojrzała na niego groźnie, następnie zapytała, co napsocił. „Nic…” – cichutko odpowiedział. Nie wyprowadził rodzicielki w pole prymitywnymi numerami! Naciskała, żeby szparko zeznał prawdę, zanim spotka go lanie stulecia!

Wybuchnął w bek. Szlochając, dawał słowo honoru: on nie chciał! Stara dalej napierała. Połykając łzy wykrztusił: oto znalazł – przez zupełny przypadek – te kartoniki ze zdjęciami gołych pań i panów. On bardzo przeprasza! Błaga o litość! Prosi nie bić!

Mama zamarła niby słup soli. Po chwili kontunuowała przesłuchanie – sykiem zażądała pokazania jej tych rzekomych fotek. Anemicznie wskazał paluszkiem na szafkę. Wskoczyła na krzesło stylem antylopy. Przerzucając zawartość półki do góry nogami, krzyczała: „Gdzie?! Gdzie?!”. Łkającym głosikiem doniósł, który skrzyneczka zawiera kontrowersyjny towar. Dorwała ją w ułamku sekundy, odemknąła…

Oczy zaszły jej łzami… Miał rację: gehenna obdartych z odzienia obywateli doprowadziła matuchnę do rozpaczy. Ona wszakże, ściskając dowody rzeczowe pod pachą, pomaszerowała dziarsko w głąb mieszkania. Zaaferowany synek potruptał za nią.

Stała przed mężem, podnosząc kolorowe kartoniki bardzo blisko jego twarzy, co zmuszało bidaka do przechyłu mocno w tył. Wzburzona, przesłuchiwała go podniesionym głosem: co to ma znaczyć?! Czyżby nie rozumiała, podobnie jak Grzesio? Ojciec wyglądał na wylęknionego. Niewinnie bąknął, że materiały konstytuowały mienie kolegi: on zaledwie je przechowuje. Został obrzucony paszkwilami żony: „Tere-fere!”. Przysięgał na baterię świętych (aczkolwiek należał do grona niewierzących), jednakże ona wygrażała palcem w jego kierunku. Może podejrzewała go o spowodowanie męczarni nudystów?

W czasie kłótni pojawił się – ni stąd, ni zowąd – pan Czesio. Zaczął przeglądać kasetki z nieprzeciętnym zaciekawieniem, popijając mlekiem z butelki. Z łobuzerskim uśmieszkiem pod nosem zniknął gdzieś w czeluściach domostwa (razem z kartonikami).

O malcu walcząca ferajna zapomniała – nikt nie podjął wysiłku wyjaśnienia mu czegokolwiek. Spał źle. Śnił o gołych, cierpiących osobnikach obu płci, zmuszanych przez niewidzialne siły do katorżniczych ćwiczeń fizycznych, jak również niehigienicznego trybu życia.

Następnego ranka poleciał na dziesiąte piętro do Maćka, kompana z klasy. Maciuś, z niewiadomego powodu, zawsze wszystko wiedział. Bezzwłocznie opowiedział mu o makabrycznych zdjęciach, które wpadły mu w ręce dnia poprzedniego, poza tym o potwornym przerażeniu matuli na ich widok. Fotki przedstawiały przeżywających ból – kompletnie rozebranych – panów, w towarzystwie pań prezentujących owłosione sisiaki, oddających się tym a tym czynnościom.

Maciek prównał głupotę kolegi do cepa, bowiem indywidua na obrazkach byli zajęci robieniem dzieci, co należy do operacji niezwykle przyjemnych.

Osłupiał: w taki cudaczny sposób dorośli tworzą przychówek? Nago?! W nad podziw wyszukanych pozycjach?! Skoro kreacja potomstwa stanowiła mieszankę niewinności z błogością, dlaczego mama krzyczała w furii na tatę, podczas gdy on tonął w głupich wymówkach?

Ożywiony Maciuś zatarł ręce: toć siedzą na istnych złożach złota! Muszą koniecznie wyniuchać, gdzie materiały prokreacyjne są przechowywane – wówczas zrobią z nich użytek!

Rewelacje przerosły wątłe siły nieskorumpowanego Grzesia.

Dodatkowo oberwał za grzebanie w rzeczach starego i za kablowanie mamie o sprawach przez niego nie ogarniętych. Słuchał w milczeniu: rzeczywistość była niepojęta, zagmatwana, mętna…

Po latach, wyłożył istoty współżycia seksualnego swojemu synowi jak kawę na ławę, iżby dziecko nie doznało podobnego szoku w swoim życiu. Tak jest lepiej.

Publikacja umieszczona w kategorii WTEDY | Format PDF (0,4 MB) – pobierz tutaj Pobierz publikację Wprowadzenie w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: