Maciuś (Część I)

Maciuś, czyli przyjaźń człowieka z robotemMaciuś z dziesiątego był niewątpliwie człowiekiem, mającym zasadniczy wpływ na światopoglądy Grzesia.

Maciuś emitował inność. Zacznijmy od zasadniczego ekscesu: jedyny w okolicy hodował długie włosy. Groźby czy szyderstwa nie zmusiły go do wizyty u fryzjera – w odwecie zapuszczał kędziory żwawiej. Nie wkładał też koszuli w spodnie, tylko nosił ją luźno rozpiętą w stylu gwiazdy hollywoodzkiej. Gdyby Grzesio nie ściął czupryny, albo zapałał odwagą wyciągnięcia garderoby z portek, zostałby wyrzucony na bruk, a przynajmniej skierowanoby mąciciela do kościoła na długą spowiedź.

Maciuś miał na dobitkę platfusa, zapewniającego permanetne zwolnienie z WF-u: kiedy reszta normalnonożnych latała wokół boiska z wywalonymi jęzorami, on siedział na ławeczce dyndając spłaszczonymi stopami i zajadając bułeczkę. Epizodycznie sam się zwalniał – po prostu nie przychodził do szkoły w ogóle.

Mały Grzesio utożsamiał tą rebeliancką naturę z mistyczną siłą plus odwagą. Nie mógł zrozumieć fenomenu płynnego przechodzenia Maćka z klasy do klasy, pomimo burzy apokaliptycznych przepowiedni, przeplatanych krytycznymi recenzjami. „Jeszcze zobaczysz: ten cały Maciuś strasznie wyląduje! Będzie na ulicy żebrał! Będzie na śmieciarce harował!” – diagnozował drwiąco ojciec. „Nic sobie nie robi z niczego! Obibok śmierdzący! Nic dobrego z niego nie wyrośnie! Popyziany żywot go czeka! Będzie kompletnym zerem!” – prorokowała złowieszczo mama.

Perspektywa przyszłości dla długowłosych platfusów z koszulami na wierzchu przerażała.

Mentorskie kazania zwiastowały intencje zrujnowania w zalążku jakiejkolwiek więzi pomiędzy nim a anarchistą, stanowiącego z powodów bliżej nieznanych zagrożenie dla korzystnego dojrzewania. Im bardziej przyjaźń mu odradzali, tym bardziej facet mu imponował.

Apogeum ataków nastąpiło w momencie sprezentowania Maciusiowi organów marki Yamaha, co wołało o pomstę do nieba. Oprócz uczęszczania na lekcje perkusji („Wali beznamiętnie w bębny, idiota!” – ryczał tata; „Taki pusty łeb!” – wtórowała mama), dostał elektroniczny instrument zachodni.

Pomimo przestróg, zbierając do kupy okruchy męstwa, zadecydował kontrowersyjną postać potajemnie odwiedzić. Chciał sam zobaczyć te schyłkowe środowisko – tę antytezę życia. Pragnął przekonać własne oczy o wspaniałości własnych realiów na tle smutno-upadłego bytu niedoszłego dobosza-dławidudy.

Potruptał na 10 piętro.

Z bijącym mocno serduszkiem podszedł do drzwi, zza których sączyły się elektroniczne dźwięki. Omalże migiem nie czmuchnął po wduszeniu przycisku dzwonka! Dzielnie pokonał trwogę – czekał w napięciu.

Otworzył tata Maćka. Wyglądał zupełnie normalnie: schludny, nie cuchnący alkoholem, sympatyczny z oblicza. Okazał szczerą radość tudzież przyjacielsko zaprosił do środka: „Grzesio! Zachodź! Aleś spanikowany! No właź! Maciek, Grześ wpadł! Przestań brzdąkać na chwilę, przywitaj kolegę!”.

Grzesio doświadczył szoku: żadna starsza osoba nie zagaiła do niego przedtem z takim luzem!

Po chwili przyczłapał ciekawski Maciuś. Powiedział krótko „Cześć!”, równocześnie zapraszając go zamaszystym gestem do swojego studia organowo-perkusyjnego.

Podczas pierwszego prywatnego spotkania obydwaj odnosili wrażenie kolegowania się od lat.

Odmienność maćkowej rodziny od grzesiowej kliki była porównalna do przepaści. Tata Maciusia rozmawiał z nimi po kumplowsku, ignorując uprzywilejowaną pozycję ojca. Wykazywał zaintrygowanie tematami ich problemów, zachęcał, za nic nie beształ – zaiste, raj na ziemi! W toku pogaduszek stwierdzał okazyjnie: „Tego nie wiem…”. Nie wie?! Niedouczony ojciec?! Tata Grzesia niezmiennie wiedział wszystko, zaś ten, znienacka, deklaruje ciemniactwo! Nieprawdopodobne!

Grzesia przenigdy nie sadzano w fotelu równorzędnego interlokutora. Wręcz przeciwnie: ustawicznie wpajano mu, że był niepoważnym smarkaczem. Teraz, zagubiony, stroił mądrą minkę, obradując niczym król na tronie. Ktoś go pyta o zdanie, bo sam niepojętny?! Niewiarygodne!

Popis zdolności muzycznych Maćka przerwało łomotanie w przedpokoju. Sąsiad z 9 kondygnacji forsował furtę, przybywając z pakietem lamentów odnośnie hałasu. Reakcja taty Maćka przewaliła świat Grzesia do góry nogami!

– Proszę pana! Pana chłopak wiecznie gra na organach!

– Aha…

– Wie pan, na okrągło słyszymy rzępolenie przez ściany.

– Owszem, grę organową zazwyczaj słychać…

– Ta kakofonia cholernie przeszkadza! Proszę mu zabronić!

– Cooo?! Powiem tak: mojego syna emocjonuje muzyka, zatem zasuwa na klawiszach. Sam tutaj koczuję, ledwo to brzęczenie słysząc, więc pan chyba sterczy ze stetoskopem przylepionym do ściany, podłączonym do wzmacniacza. Maciek nie przestanie komponować. Jeżeli melodie nie przypadają panu do gustu, polecam przeprowadzkę. Do widzenia!

Zamknął drzwi nie czekając na ripostę.

Grzesio siedział sparaliżowany… Zaraz przyjedzie milicja! Zaaresztują buńczuczne towarzycho! Skują w kajdany! Pójdzie do pudła z szaloną ferajną! Jego rodzina ekskomunikuje go nieodwołalnie! Wyleci z podstawówki z łomotem za złe zachowanie – zostanie obdartym, tułającym się z kąta w kąt dziadem! Mama i tata słusznie perorowali: z walenia w bębny pod akompaniament organów nic dobrego nie wyniknie!

Tymczasem Maciuś koncertował dalej przy boku wciąż uśmiechniętego taty – istna paranoja! Wieżowiec drżał w posadach od akustycznego łomotu, a ta nieodpowiedzialna banda gwizdała na cierpienia pozostałych lokatorów!

Zawitanie delegacji mieszkańców z paralelną skargą u jego wrót, spowodowałoby wylecenie Grzesia ze świstem przez okno razem z agregatem marki Yamaha. Należało uciekać w te pędy do swojej bezpiecznej chałupy, gdzie panuje porządek sprawowany przez wszystkowiedzącego papę.

O dziwo, kataklizm nie nastąpił… Mama Maciusia przyniosła ciasteczka, przysiadła, dołączyła do grona słuchających twórczości syna. Rozmawiali, żartowali, zajadali słodyczami, popijali herbatką. Nikt nie wspomniał o nieprzyjemnej wizycie, co także wchodziło w skład wachlarza ewenementów (w środowisku Grzesia opowiadanoby o wydarzeniu latami, wytykając przy tym lekkomyślność beztroskiego grajka).

Grzesio pożegnał się po paru godzinach: gnał do domu, bowiem chlebodawcy wracali z pracy. Gospodarze serdecznie zapraszali go do ponownej schadzki „kiedy tylko zechce”.

Na łóżeczku pod własnym dachem, dumał skołowany: jak Maciuś postrzega otoczenie, gdy nie tylko zezwalają mu na hołdowanie zainteresowaniom, ale dodatkowo zachęcają, wspierają i osłaniają przed atakiem wrogów w postaci zazdrosnych sąsiadów-idiotów? Ile pewności siebie nabiera syn, którego ojciec automatycznie staje po jego stronie, zażarcie go broniąc? Dlaczego Maciusiowi wolno podążyć za głosem duszy, natomiast Grzesio-robot musi obrać z góry sprecyzowany kurs?

Ongiś narysował krótki komiks science fiction. Pobiegł do taty zaprezentować dumnie płód dziecięcej wyobraźni. Rysunkowa historia relacjonowała początek wojażu w odległe zakątki Wszechświata – statek kosmiczny przemierzał próżnię z prędkością równą tysiąckrotnej szybkości światła! Na jednym z obrazków, astronauta pokazuje palcem przez okno na dość duże ciało niebieskie, krzycząc do drugiego: „O, patrz! Jakaś planeta!”.

Ojciec zrywał boki ze śmiechu! Wytłumaczył amatorowi kredek, że przy suponowanej prędkości kosmonauci zaczęliby cofać się w czasie, czyli w oka mgnieniu doznaliby regresu do wieku niemowlęcego, znikając w epilogu jak kamfory – to po perwsze. Po drugie, nie sposób przyuważyć planety, zaiwaniając w tak potwornym tempie: guzik widać, skoro wyprzedzane promienie świetlne nie docierają do źrenicy!

Grzesio, malutka ciapa, ani nie pojmował astrofizyki, ani nie kapował znaczenia frazy science fiction: aczkolwiek pierwsze słowo sugeruje ścisłość podejścia, takkolwiek drugie otwiera nieboskłony marzeń. Solidne argumenty seniora zwyciężyły: syn zarzucił odzwierciedlanie fantazji dozgonnie. Zresztą wyłuszczono matołkowi niską intratność malowanek – po co przedsiębrać hipotetycznie bezowocną bazgraninę?

Grzesio, marsz do domu z kosmosu!Szczepan SadurskiCo by nastąpiło w wypadku objawienia ilustrowanej przygody tacie Maćka? Czy twórca zostałby pochwalony, wyposażony w importowane flamastry, zaopatrzony w specjalny papier, wysłany z ekwipunkiem na fakultet rysunku? Utyskujący z powodu chrobotu pisaków obywatele zostaliby bezapelacyjnie wywaleni na zbity pysk.

Papcio Maćka nie kumał fizyki, oszczędzając potomkowi wykładów na temat teorii względności. Czasami nadmiar elokwencji nie jest korzystny… Gdyby ojciec Grzesia nie podważał logiczności komiksu science fiction, może jego syn zostałaby jednym z lepszych międzynarodowych komiksiarzy?

Surrealistyczne życie…

Na kanwie obopólnego zafascynowania, zostali nierozłącznymi kumplami. Olbrzymie kontrasty pomiędzy ich wychowaniem i edukacją powodowały nieprzewidziane – szalenie korzystne – efekty.

Na przykład, opuszczenie choćby godziny zajęć przez Grzesia było nie do pomyślenia. Wyłącznie ciężka choroba, albo kataklizm na skalę państwową, usprawiedliwiały absencję. Maciuś wagarował systematycznie, jednakże nieudolnie: łapano zbiega za każdym razem.

Grzesio oświecił kolegę o imperatywie przyjścia na pierwszą lekcję, ponieważ jedynie wtedy sprawdzano obecność (istniała luka w systemie). Wyparowanie może nastąpić po dopięciu formalności. Poza tym, gwoli stuprocentowego bezpieczeństwa, powinien przedłożyć oficjalne alibi, to znaczy podać powód pierzchnięcia.

Nauczyciele z reguły inaczej oceniają uczni otwarcie przyznających się do ucieczki: zamiast podżegać podejrzliwość belfrów nieuzasadnionymi absencjami, trzeba pozyskać ich zaufanie poprzez ujawnienie planów. (Ludzie zwykle narzekają na niedoinformowanie, dlatego dostają to, czego łakną: instrukcji z cudzego scenariusza.)

Maciuś wyraził sceptycyzm: któżby kupił jego bajki?! Tutaj Grzesio wskazał na fakt, iż kooperacja w grupie oferuje obfitsze profity, niż inicjatywy przeprowadzone w pojedynkę. Otóż Maciuś ma wiernego druha Grzesia, dysponującego czymś bezcennym: opinią. Maćkowe tłumaczenia nie wzbudziłyby zaufania, gdyż lansował zszarganą reputację. Grzesio miał z kolei biografię o klarowności łzy – nikt nie podważy prawdziwości słów klasowego orła.

Tak zakiełkował spisek wagarowy. Po pierwszej lekcji (na której lustrowano obecność) atakowali pedagoga przeprowadzającego drugą godzinę zajęć. Serwowali pretekst do pryśnięcia. W każdym tygodniu podawali inny powód: konsultacja u lekarza, choroba matki, pogrzeb ciotki, goszczenie odległego krewnego itp. Największą efektywnością cieszyły się tłumaczenia mające swe źródło w pobudkach społecznych: duo brzdąców awansowało do rangi czołowych dobroczyńców, organizujących gwoździe dla pracowni technicznej, nasiona do ogródka, baloniki ze wstążeczkami na uroczystości itd.

System działał bez zarzutu: nauczyciele wierzyli Grzesiowi do stopnia niekwestionowania konieczności zwolnienia Maciusia (cięgiem do czegoś potrzebnego). Podsumowując, referencje Grzesia pozwalały mu na zaręczenie za kolegę.

Przestrzegali surowego kodu operacyjnego:

  1. Nie informować tego samego belfra 2 razy w tygodniu.
  2. Nie wagarować przez 2 tygodnie ciurkiem.
  3. Nie opuszczać klasówek.

Raz uczynili wyjątek, chcąc uniknąć sprawdzianu poprzez próbę spowodowania spięcia w instalacji elektrycznej (celem wysadzenia korków w szkole). Mózg planu Grzesio sugerował utylizację wtyczki z bolcami połączonymi kablem, ponoć prowokującej przeciążenie sieci, co w rezultacie spali bezpieczniki – w budynku zapadną egipskie ciemności. Kartkówkę przeprowadzano o 8 rano w okresie zimowym, przeto iluminacja było nieodzowna.

Maciek został wykonawcą podstępnego przyrządu, Tadek umyślnym wydelegowanym na dokonanie sabotażu wetknięcia wtyczki w kontakt.

Tadzio wyruszył na misję bez cienia strachu. Po chwili powietrze przeszył potworny trzask. Żarówki nie zgasły, lecz belfrzy klęli na radio w pokoju nauczycielskim, które nieoczekiwanie zamilkło.

Patent Grzesia na uniknięcie klasówki

Pedagodzy nie informowali siebie nawzajem o powodach nieobecności 2 wychowanków, toteż nie weryfikowali prawdziwości ich historii. Komu przyszłoby do głowy wątpić w prymusa, organizującego śrubki dla pana Nowaka na zajęcia praktyczne? Wszak brzdąc musi pojechać do zakładu taty, ażeby wkręty przywieźć! Któż podważałby autentyczność historii o potrzebie sfinalizowania zadania w 2 godziny, w przeciwnym wypadku chmara podopiecznych, pozbawiona zbawiennych śrubek, zasiądzie przy ławkach bezczynnie? Opowieść w absurdzie równa założeniu, że podrostek potrafił ją wymyślić, mając zarazem czelność oszukania nauczyciela.

Oczywiście, obiecane okcesoria nie trafiały na ćwiczenia – jak i Grzesio z Maciusiem. Spryciarska taktyka pozwoliła im na opuszczenie szkoły 30 razy od września po grudzień, czego nie odnotowano w oficjalnych inwentarzach. Paradoksalnie, renoma gówniarzy wzrosła niepomiernie – wszakże tyrali społecznie na przeróżnych frontach.

Oprócz prestiżu, wykorzystywali też wagę ewidencji pobytu w budzie na kartkach dzienników. Biurokraci, nie robiący nic innego z wyjątkiem konstruowania administracyjnych maszyn, żyją przekonaniem, że cokolwiek w dowlony sposób zarejestrowano, zrelizowano tym samym na mur-beton. Liczba przepisów rośnie, nawarstwiając góry kwitów do wypełnienia (tzn. do potwierdzenia parafką postępowania według określonych zasad). Tak bierze początek system kontroli metod – nie efektów.

Papierowa lawina powoduje rozliczanie podwładnych głównie za protokołowanie – wyuczony fach idzie w zapomnienie. Apelowanie o uczciwość (niefałszowanie zapisów) należy do posunięć obłudnych, albowiem dokumentowanie wprowadzano właśnie z powodu braku ufności do etatowców.

Grzesio i Maciuś byli w gmachu, co wyraźnie zanotowano w dzienniku, nieprawdaż? Nauczyciele są rozliczani za kreseczki na papierze – żaden z nich nie ujawniłby pomyłki. Ergo, wszyscy byli szczęśliwi.

Czytaj dalej: Część II Odsłona 17 - Maciuś - Część II

Publikacja umieszczona w kategorii INNI | Format PDF (0.8 MB) – 2 części Pobierz 2 części publikacji Maciuś w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: