Aneta (Część I)

Aneta - historia pierwszej miłościNastąpił wielki dzień w życiu Grzesia: pierwszy raz otrzymał zaproszenie na prawdziwe weselicho! Ktoś z rodziny się żenił, względnie wychodził za mąż – nieważne! Najistotniejsze, że jego imię widniało na liście gości.

Mama ubrała młodzieńca w białą koszulę, eleganckie spodnie, błyszczące lakierki; uczesała włoski w idealny przedziałek; zapięła kołnieżyk na ostatni guzik, niczym obrożę. Tata zlał syna wodą kolońską Wars – wydzielała ostry odór, który zwaliłyby z nóg nosorożca.

Koczował zatem pachnąco-lśniący przy ogomnym stole, pokrytym nakrochmalonymi obrusami i trzeszczącym pod górami jedzenia.

Po niespełna godzinie ogarnęły go nudy na pudy.

Ludzie łazili z kąta w kąt, nie mogąc usiedzieć w miejscu. Nie rozmawiali, lecz niewyraźnie wrzeszczeli, generując harmider nie do opisania. Zero porządku!

Im dłużej impreza trwała, tym bardziej rosła wrzawa. Panie eksplodowały chichrami z niewiadomej przyczyny, zaś panowie rżeli pod jakimkolwiek pretekstem. Zadziwiało Grzesia, iż dany osobnik rechotał w kółko po usłyszeniu identycznych wieści, nawet gdy sam je powtarzał, przy czym nie było absolutnie nic zabawnego w tym, co miał do powiedzenia.

Cierpiano na zaniki pamięciowe, ponieważ bezustannie powielano analogiczne informacje, zapewne w celu utrwalenia. Rozmowy poniekąd się nie kleiły, ale wykazywano ogromną cierpliwość w próbach nawiązania komunikacji.

Zaginęła też konwencjonalna, fizyczna przestrzeń personalnego komfortu: padano sobie – niespodziewanie – w objęcia podczas najzwyklejszej wymiany zdań; faceci spontanicznie oraz ogniście cmokali innych facetów, niekiedy w obślinione usta; dyskutanci pochylali się ku sobie stykając czoła, co przypominało tajemnicze narady, ewentualnie spowiedź. Gdyby Grzesio, w trakcie szkolnej pogawędki, znienacka przytulił i pocałował kolegę, zostałby sprany przez chłopaków na kwaśne jabłko!

Scena przy ławie zastawionej weselną karmą. W tle melodia biesiadna: wokalista śpiewa „Dy pałer ow low”. I Weselnik z II Weselnikiem sterczą sflaczali na zydlach. Wbijają wzrok w ustawione przed nimi kieliszki. Ulegają nieznacznym wahaniom na wszystkie strony. Milczą.

I WESELNIK chwytając raptownie za kark II Weselnika, pociągnąc go ku sobie
Ty, Władek! Ten twój szef to walnął piewszorzędny idiotyzm!
Obydwaj odrzucają czerepy do tyłu, zamykają oczy, chachają fanatycznie. Łykają.

II WESLNIK charcząc, przygarniając I Weselnika
Posłuchaj! A Staszek stał w drzwiach! On to słyszał, co do joty, kapujesz?! Staszek to słyszał, bo tam stał! Mówię tobie: jaja jak berety!
Pokładają się na blacie, zachłystują śmiechem. Po chwili cichną. Wytrzeszczają oczy, lustrują intensywnie kielonki, falują. Mijają dwie minuty.

I WESELNIK przyjmując ni z gruchy, ni z pietruchy posturę wyprostowaną i promieniejąc
Kurczę, ty! To Staszek teraz wie! Pierwszorzędna draka!
Brechtają niepohamowanie, do łez. Dolewają, płuczą gardła. Zahaczając kończynami o krzesła, doszlusowuje III Weselnik.

III WESLNIK wtłaczając opasły korpus pomiędzy I Weselnika a II Weselnika, obejmując ich tęgo za szyje, hucząc rubasznie
Twój szef to niezły numer! A Staszek wsio słyszał! O rany!
Weselnicy rechoczą. III Weselnik zasiada z boku. Zapadają w pozorny letarg, oscylując lekko, obserwując bacznie kieliszki. I Weselnik rozdzierająco beka, wywołując kolejną kawalkadę śmiechu.

Konsumowano olbrzymie ilości wódki – haustami, z maleńkich szklaneczek, wykrzywiając usta jakby w bólu. Natychmiast po spożyciu albo popijajno oranżadą z butelek, albo zakąszano marynowanymi grzybkami czy kiszonymi ogórkami. Zaiste koneserska kombinacja kulinarna!

Obywatele, w życiu prywatnym znani z ogłady, zaczęli nieoczekiwanie gustować w wulgaryzmach. Wyraz „kurwa” wtrącano co sekundę w charakterze zgoła przecinka. Zmierzenie częstotliwości „kurwy” na owym weselu doprowadziłoby do sensacyjnego wniosku: oto pobito rekord świata w utylizacji jednego słowa na godzinę! Osiągnięcie wpisanoby do Księgi Rekordów Guinnessa. Klasyfikacja terminu „kurwa” jako przekleństwa budziła kontrowersje: ze względu na nagminność użycia wyrażenia, jego siła obsceniczna uległa dewaluacji do zera.

– Posłuchaj, kurwa… Ja ci muszę to, kurwa, wytknąć…

– No to dawaj, kurwa…

– Wiesz, kurwa… Ona nie jest, kurwa, dla ciebie…

– Kurwa…

– Przecież mnie, kurwa, znasz… Ja tobie, kurwa, Krzysiu, źle nie życzę, kurwa…

– Kurwa! Ufam ci, Wiechu! No kurwa!

– No to dawaj po lufie, kurwa…

– Trzaśniem, bo zaśniem! Kurwa…

– KUUURRRWA!

– Co, kurwa?!

– Posłuchaj, kurwa… Ja tobie mówię, kurwa, że ona nie jest, kurwa, dla ciebie…

– Kto, kurwa…?

– No, kurwa, przecież mnie, kurwa, znasz… Co jak co, ale możesz na mnie Krzuchu, kurwa, polegać…

– Kocham cię Wiechu, wiesz? Kurwa…

– Nie dla ciebie i, kurwa, już! Uczciwie ci, kurwa, radzę…

– Niech spada, kurwa…

– Polejesz, kurwa?

Grzesio czuł się źle. Wyrwany z cieplarnianych warunków ogniska domowego, w młynie groteskowych zachowań, zmarkotniał na amen.

Kurwa to nie wulgaryzm

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Pewien typek nieustannie zaręczał, że Grzesia zna. Małolat, dokładając starań o grzeczność, zapewniał natrętnego pana o zarejestrowaniu nowinki, sygnalizując niejako prośbę o odczepienie się. Idiota ignorował uwagi: wracał niby bumerang, zaręczając komitywę z przeszłości. Zarzucając wielgachne ramię na wątłe barki Grzesia, potrząsając nim brutalnie, trąbił prosto w ucho: „Znam cię! Nic nie pękaj! Ja cię dobrze znam!”.

Istne kretyństwo! Chciał czmychnąć do swojego pokoiku, umościć łóżeczko, zniknąć pod pierzynką z książeczką!

Kapela także nie pomagała. Muzykanci dysponowali podrzędnymi, za to nader głośnymi instrumentami: organami, gitarą, perkusją plus saksofonem. Metaliczne dźwięki zlewały się w potworny, jednostajny huk, graniczący z rykiem startującego odrzutowca. Rozróżniał wyłącznie uderzenia w talerze perkusyjne. Wokalisty praktycznie nie słyszał – liryka piosenek brzmiała na podobieństwo jęków, dobiegających z głębokiej studni.

Pomimo niemożliwości zidentyfikowania nuty melodyjnej, biesiadnicy pląsali na symbolicznym parkiecie. Dynamiczniejsi panowie, z koszulami wyłażącymi z portek, zamaszyście wywijali łokciami, na co panie wirowały wokół własnej osi. Wielu tancerzy wisiało na sobie, anemicznie przestępując z nogi na nogę. Okazjonalnie któraś z par runęła na ziemię, wskrzeszając piski zachwytu.

Wymieniano afirmacje o wspaniałości – wręcz niepowtarzalności – imprezy! Grzesio zbaraniał: to tak wygląda fajne przyjęcie? Trzeba duplikować wiadomości ad nauseam, zakrapiać komentarze „kurwami”, dreptać przy ogłupiającym jazgocie głośników? Bezsprzecznie potrzebował jeszcze wielu lat dojrzewania, aby przyswoić filozofię przedniej zabawy.

Wtem zawrzało jak w ulu! Balowicze zawyli z radością, bowiem zaanonsowano uroczystości oczepinowe!

Grzesio nie miał zielonego pojęcia, czym są – czy czemu służą – oczepiny. Obserwował z obojętnością dziewki, trzymające się za ręce, kicające przy kanonadzie orkiestry dookoła oślepionej opaską panny młodej. W pewnym momencie gwałtownie urwano akompaniament, zaś oblubienica cisnęła welonem w przestrzeń. Wpadł on w ręce Anety, prowokując entuzjastyczny skowyt mężczyn.

Aneta – studentka iniwersytetu, pięć lat starsza od Grzesia – byla w jego kategoriach kobietą, nie dziewczyną. Wyróżniała ją purpurowa, lekko przeświecająca sukienka, pod którą majaczył zarys nieokrytego stanikiem, kuszącego biustu. Transparentny materiał pozwalał również na napawanie oczu konturem majteczek.

Grzesio patrzył na seksowną garderobę z zaciekawieniem, aczkolwiek bez podniecenia. Z kolei rzesza samców prezentowała zaawansowane rozognienie na widok jędrnej bogini: rzucali szatańskie spojrzenia, wymieniali inteligentne recenzje w rodzaju: „Ty, patrz, he he!”; „Ale dupcia!”; „No, no!”. Interesująco, przedstawicielki płci żeńskiej interpretowały styl i wygląd Anety bardzo odmiennie: „Kompromitacja! Wiocha!”; „Wszetecznica cholerna!”; „Latawica!”; „Niech gnije w chałupie, lafirynda!”.

Naturalne piękno dziewczyny

Dorosłość to skonfundowany okres rozwojowy, nacechowany absencją sojuszu opiniotwórczego względem obiektów doskonalszych. Powodem jest rozrzut subiektywizmu: przesadna rewerencja stacza bój z zakamuflowaną nienawiścią.

Tymczasem banda napalonych klientów utworzyła kłębowisko przed estradą. Wodzirej ryczał w mikrofon: „Zapraszamy reflektujących singlów! Do wzięcia rozkoszna niewiasta! Czeka smutna, boć samotna, he he! Do roboty, dżentelmeny!”.

Mama szturchnęła Grzesia, obwieszczając jednocześnie na całą knajpę: „Proszę, proszę! Mamy tutaj pysznego kawalera! Wstydu oszczędź, Słoneczko! Idź z panami!”. Tata buntował do twardej postawy: „Bądź mężczyzną, dołącz do zabawy! Nie tkwij znowuż naburmuszony!”. Rodzicielski nacisk zmusił bidaka do udziału w obrzędach, co zrobił z wielką niechęcią. Wciąż nie kojarzył istoty rytuału: nikt nie zaoferował wyjaśnienień, co stanowiło standardowe zjawisko w jego familii (wymagania – tak!; potencjalne potrzeby dziecka – co?!).

Tłum barczystych chłopów kołysał się nad taboretem, gnieżdżącym oblubieńca (obwiązano mu łeb szalikiem, coby nie zerkał). Pomieszczenie wypełniło rytmiczne dudnienie bębnów zmieszanych z bekami keyboardowymi.

Drobny Grzesio został wyciśnięty poza orbitę krążących satyrów niczym pluskwa. Zdegustowany, zaparkował na zewnątrz kręgu – marzył o ucieczce w siną dal. Starzy okazywali niezadowolenie: gestykulowali bojowo, ponaglając do pełnego uczestnictwa w uzualnych figlach. Uparciuch zniósł psychologiczną presję – nie dgnął, krzyżując ostentacyjnie ręce na piesiach.

Przygrywka zamarła, muszka poszybowała w górę. Męska horda – synchronicznie – wyrwała pod sufit, po czym grzmotnęła na dół, omalże nie miażdżąc żonkosia.

Może w efekcie napięcia, może pod wpływem prężnych taktów, a może na skutek zamroczenia alkoholowego, pan młody rzucił muszką z energią kulomiota: poszybowała wysoko oraz daleko. Przelobowała wszystkich spadając – nomen omen – pod nogi GrzesiaI

Stymulowany wrodzoną kindersztubą, żwawo przykucnął, by zgubę podnieść i zwrócić właścicielowi. Nobliwy plan spłonął na panewce – stado rozjuszonych buhajów stratowało naiwnego dobroczyńcę. Poleciały wiąchy. Grzesio wychynął z kotłowiska poturbowany, zdezorientowany, jednakże wciąż ściskający muszkę.

Oklaski, łomot ogłuszającej muzyki, wycie rozszalałych imprezowiczów. Wodzirej darł mordę przez kolumny: „Mamy nową parę młodą! Proszę bardzo, jaki przystojny amant! Ukradł najpiękniejszą krasawicę w mieście! Gratulacje!”.

Mamą miotała histeria: „Ojejku, Słoneczko moje! Co za niespodzianka! Maszeruj żwawo do swojej wybranki – nie krępuj się, Słoneczko najdroższe! To mój syn! To Grzesio! Ojejku, wygrał oczepiny!”.

Zbulwersowane Słoneczko osłupiało do końca: gawiedź zwariowała doszczętnie! On pragnie, zwyczajnie, powędrować do swojego mieszkanka spać! Odczepcie się wszyscy – raz na zawsze!

Zarządzono tradycyjne tany nowożeńców in spe. Widząc niezdecydowanie Grzesia, dwóch krzepkich ujęło go za pachy i poniosło do krzesła, na którym siedziała Aneta. Tam upuścili niemotę na dechy, trzepnęli dla animuszu w łopatki, męsko przynaglili („No dawaj-dawaj, kawalerze, he he!”), rozpustnie zarżeli, w końcu zostawili sam na sam z półgołą nimfą.

Stał na baczność, miętosząc muszkę w dłoniach. Aneta studiowała sztywniaka z subtelnym – trochę wyzywającym – uśmiechem.

– Dzień dobry pani – wykrztusił.

– Mam na imię Aneta – zachęciła serdecznie. Kokieteryjnie przekrzywiła główkę.

– Tak, wiem… Eee… zwyciężyłem oczepiny.

Powoli doszła do niego przepaść pomiędzy życiową musztrą, którą reprezentował, a naturalną gracją. Uzmysłowił sobie osobistą niemoc wobec bezpretensjonalności, prostolinijnego powabu, otwartości… Nieprzyjemne, paraliżujące doznanie…

– Chce pani muszkę? – dodał beznadziejnie.

Patrzała mu czule w oczy, dodatkowo onieśmielając. Dyskretnie wysupłała muszkę z niezgrabnych rąk, wstała, przybliżyła się ku niemu, uniosła na paluszki, musnęła przedramię, wyszeptała do rozpalonego ucha:

– Oczywiście, że chcę, ale jeszcze bardziej chciałabym z tobą zatańczyć. Wiesz, że powinniśmy teraz zatańczyć?

Owiała go bezkresna błogość. Aneta rozwiązała niezręczną sytuację, kreując aurę komfortu. Magia! Władała nadprzyrodzonymi zdolnościami eliminowania w nim poczucia zażenowania lub lęku. Pękała zapora, której dotychczas nie internalizował chociażby podświadomie.

– Tak… – odpowiedział cichutko, acz stanowczo.

Położyła muszkę na stole.

– No to chodź – zaszeleściła.

Każdy gest, słowo, ruch ciała tej dziewczyny emanowały intymność, zarażały spokojem…

Podał jej lewe ramię, które Aneta miękko ujęła nie jedną, lecz obiema dłońmi – manewr, przeszywający członki Grzesia emocjonalnymi dreszczami. Poprzednio doświadczał podobnych mrówek tylko wtedy, gdy coś go niezmiernie wzruszyło, na przykład rozczulająca piosenka czy poruszająca scena w filmie. Okazało się, że dotyk kobiety może wywołać identyczny efekt, jakkolwiek szybciej i w spotęgowanej dawce.

Kijowe wesele, ale fajne oczepiny!

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Zadzierając nosa, pewnym krokiem powiódł Anetę w kierunku parkietu.

Przez ostatnią minutę przeszedł kosmiczną metamorfozę: z zatrwożonego Grzesia przeobraził się w nieustraszonego lwa. Taksował z ironią pozostałych facetów: ciamajdy, niedołężne wypierdki!

Skąd ta buńczuczność?! Skąd ta odwaga?!

Czytaj dalej: część II Odsłona 20 - Aneta - Część II

Publikacja umieszczona w kategorii INNI | Format PDF (1.2 MB) – 3 części Pobierz 3 części publikacji Aneta w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: