Aneta (Część II)

Aneta - historia pierwszej miłościSunąca ku estradzie para reaktywowała herszta orkiestry. Kwiczał spazmatycznie: „Proszę państwa! Nadciągają oczepieńcy! Kapitalna lask… gołębica z tym… No, z tym… eee… lowelasem, he he! Aplauz dla jutrzejszych oblubieńców! Nie żałujcie, dodajcie im otuchy! Brawo! Niech… tego… No dalej!”. Odwrócił się na pięcie i – wystukując tempo butem oraz pstrykając bajerancko kciukami – wyszczekał do grajków: „Raz! Dwa! Trzy!”.

Głośniki zawyły niczym trąby jerychońskie – fala akustyczna nieomal wypluła Grzesia przez okno. Odtwarzali chyba utwór Phila Collinsa, bowiem z łoskotu dolatywało cieńkie, niby z zaświatów, stękanie wokalisty: „Aj-ken-fyl-yt kaaamyng yn-dy-er tunaaa-ajt, O – o – O!”.

Prawą dłoń położył w pasie Anety, zaś w lewą zakleszczył jej prawą rękę, którą wyciągnął daleko w bok i w górę, jakby dzierżył pochodnię. Dla uchowania salonowego dystansu wypiął tyłek atletycznie do tyłu, przybierając sylwetkę pawiana. Z namaszczeniem gapił się na stopy, aby nie zadeptać partnerki.

Odliczał w myślach: „Raz, dwa, trzy! Raz, dwa, trzy!”. Wybieg jakoś nie pomógł, więc urozmaicił sekwencję: „Raz, raz-dwa, trzy! Raz, raz-dwa, trzy!”.

Wciąż nie potrafił skoordynować ruchów na tyle, by wygibasy zaczęły przypominać taniec. Weselnicy nie poprawiali jego położenia – debilnie klaskali jak w cyrku. Mama skandowała: „Słoneczko! Żwawiej! Syneczku! To mój Grzesio! Słoneczko!”.

Aneta postanowiła przejąć inicjatywę, ponieważ wiszenie na drążku głową w dół byłoby mniej męczącym, niż adoptowanie póz narzuconych przez Słoneczko. Po 30 sekundach mordęg uwolniła swą prawicę z miażdżącego uścisku. Delikatnie, koniuszkami palców, ujęła Grzesia pod brodę i melancholijnie spojrzała mu głęboko w oczy.

Zamarł speszony…

Z grymasem ckliwej nagany, obsunęła wzrok nieco w dół. Poczuł muskanie jej włosów na policzkach… Troskliwie rozpięła mu dwa górne guziki koszuli, rozchełstała kołnieżyk, położyła obie dłonie na barkach, po czym płynnym ruchem wtuliła się w niego. Bliskość Anety skatalizowała resztę: instynktownie objął ją tuż nad biodrami, zaczęli się kołysać…

Cztery sekundy: tyle dokładnie wymagała, by uświadomić Grzesiowi potęgę przykładu (powiedzmy: siłę edukacji drogami naturalnymi). Bez wykładów czy nagabywań, w cztery sekundy przebył szkolenie w przedmiocie „Czego kobieta potrzebuje od mężczyzny” wraz z instruktażem bonusowym – „Jak tańczyć prawidłowo”. Nikt mu takich spraw przedtem ani nie wyjaśnił, ani nie pokazał…

Przez chwilę lekko drżał – jeszcze mocniej go przytuliła. Nasączające ciepło rozluźniło mięśnie. Zapadł w odurzenie, spowity bezpieczeństwem, spokojem, bezwarunkową akceptacją. Poczuł się wreszcie komuś potrzebny…

Muzyka ustała. Aneta chciała się wyprostować, lecz Grzesio przygarnął ją do siebie.

– Nie, nie… – wyszeptał. – Proszę, nie…

Kapela nic nie grała, a oni ciągle falowali. Przytulił subtelną, kobiecą dłoń do piersi – bez cienia oporu, Aneta pozwalała mu na cokolwiek. Inna sfera oddziaływań międzyludzkich, jakże obcych dla Grzesia: autokontrola, szczerość reakcji, przewidywalna aprobata. Współzależność z marzeń, oparta na sprzężeniu emocjonalnym i wzajemnej afirmacji. Pragnął utonąć w baśniowym świecie na wieczność.

To prawda: jej zapach, dotyk, aksamitność skóry roznamiętniały na podstawowym, fizycznym poziomie, aczkolwiek epizod miał niebagatelnie większe znaczenie, bowiem pozwalał osiągnąć autogeniczny konsensus z drugą osobą – symbiozę rodem z niebios.

Nitki kobiecej telepatii utkały obraz jego położenia: wulkan potencjału, zdławiony ciasnymi kołnieżykami bądź koszulkami wciśniętymi w spodnie. Niemy krzyk rozpaczy, błagający o ratunek. Urzała zaledwie szczyt góry lodowej – była wewnętrznie przekonana o plejadzie czynników, pętających młodzieńczą fantazję.

Miała rację… Nie wiedziała o szafie niemodnych ciuchów, wybranych skrupulatnie przez mamusię; kieszonkowym, wystarczającym na kilka biletów autobusowych; zakazie odwiedzin kolegów po dwudziestej; egzystencji w bezustannej fobii, że zrobi coś źle, za co zostanie ukarany; rodzicach wykazujących zero zaciekawienia predylekcjami dziecka. Jakakolwiek alternatywa wydawała się lepsza, na przykład pozostanie z Anetą w tej knajpie do śmierci.

Dziewczyna wzburzyła w nim rewolucję światopoglądową, boleśnie unaoczniającą wpływ pewnych determinant na perspektywy człowieka. Dlaczego zawsze obcy muszą go uczyć?

Drzwi do innego świata

Rzępoliła licha trupa, w kiczowatej restauracji, dla zapitej ferajny, podczas gdy on pałał szczęściem, płynąc z Anetą wśród gwiazd…

Nie rozmawiali – po co?

Narastała w nim bezsilność – wszakże sielanka dobiegnie końca, wciągnie go w odmęt zaprogramowanego życia, wytycznych, nadzoru…

Znowu drżał. Ściskał ją czule, nie chciał wypuścić…

Stara krążyła na peryferiach parkietu, sondując rozwój wydarzeń. Słoneczko wyraźnie nie odgrywało roli wedle konserwatywnego scenariusza. Zaprzestała wiwatować, kiedy na synku zawisła o pięć lat starsza, jedna z bardziej seksownych lasek w okolicy. Zbladła.

Reszta biesiadników wciąż poklaskiwała, przyozdobiwszy twarze głupimi uśmieszkami: świadkowali publiczną demoralizację małolata, zatem mieli frajdę. Półprzeźroczyste tekstylia Anety (na jednym ramiączku!), połączone z niechęcią kurtyzany do biustonoszy, dolewały oliwy do ognia.

Istniał jeszcze jeden powód matczynej apopleksji: Aneta była kuzynką Grzesia! Trywialna sensacja ulegała transformacji w horrendalny skandal!

Tymczasem Słoneczko, nieprzejęte rodowymi powiązaniami, beztrosko spoczywające w mackach pokusy, nie przewidywało nadciągającej burzy.

W obliczu haniebnego faux pas, mamusia zainicjowała procedury korekcyjne. Pod pozorem uraczenia karmą, podstępnie przywołała latorośl do siebie.

W sekundzie pomiarkowała skalę pasztetu: Słoneczko promieniowało rozrzewnieniem księcia z krainy czarów. Rozpięty kołnieżyk, zmierzwiona czuprynka, rubaszka na wierzchu – totalna deprawacja! Fetor wody kolońskiej Wars wyparła woń zachodniego perfumu, bynajmniej nie męskiego. Należało natychmiast interweniować!

– Syneczku, przygotowałam kotlecika z ziemniaczkami. Proszę zjeść. Jakiej suróweczki dodać? – zaczęła niewinnie.

– Nie jestem głodny – odparł nader zdecydowanie. – Czy mogę już iść? – dorzucił.

Mamę zamurowało na amen: tragicznie poważny stan rzeczy! Z michą pełną jadła i horrorem w oczach, dopingowała obsesyjnie:

– Może spróbowałbyś ogóreczka? Naprawdę smaczny!

– Nie, dziękuję. Chciałbym już pójść – nalegał.

Ojojoj! Ale się porobiło!

– A jak tam Aneta? – zagadnęła wartko.

– Dobrze. Mamo, ja muszę już iść.

Dyplomatyczne balety spełzły na niczym, więc wypaliła bez owijania w bawełnę:

– Wiesz, że Anetka jest twoją kuzynką?

Są śmiertelnicy, którzy nie orientują się w terenie. Bywają też tacy, których los pozbawił smykałki do matematyki. Niektórzy nie potrafią zorganizować sobie pracy.

Grzesio maluje topografię w wyobraźni, uwielbia algebrę, posiada przednie zdolności organizacyjne, lecz w kwestiach pokrewieństwa przejawia szokującą nieporadność. Pomimo cierpliwych tłumaczeń kto jest kto, nie umie zlokalizować na gałęziach drzewa rodowego wujków, cioci, stryjków, szwagrów, bratanic, bratanków, siostrzeńców, siostrzenic, kuzynów, kuzynek, zięciów, synowych, sióstr ciotecznych, braci stryjecznych itd. – całej tej genetycznej bandy.

Przedstawianie skoligaconych, cytując odpowiednie terminy powinowactwa, wznieca w nim przerażenie – grzebie spanikowany w pamięci, aby umiejscowić indywidua na diagramie aloidalnym, ponosząc niuniknioną klęskę. Córka wujka brata babci? Syn siostrzenicy dziadka cioci? Osiwieć można!

Wiedział, że Aneta nie była jego matką, siostrą, babcią, krewną w linii prostej, ewentualnie bliższym członkiem klanu.

Wzruszając ramionami, odparł:

– Co z tego?

– Syneczku, Słoneczko moje, – syczała rodzicielka neurotycznie – przecież nie wolno…

Nie dał jej wyłuszczyć problemu.

– Na razie!

I pognał! Ten grzeczny chłopak, Słoneczko, syneczek, żółtodziób, gołowąs, laluś – olał mamusię! Bezceremonialnie, statecznym krokiem, podążył do zaniedbanych, samczych obowiązków.

Słuszne prawią mędrcy: kobiety dysponują straszną mocą, wstrzymującą Ziemię i ruszającą Słońce!

Niepostrzeżenie wybiła godzina czwarta nad ranem. Dotychczas nie przetrwał na nogach okrągłej nocy, jednakże owego dnia włodarzył krzepą, na tle której goryl wyglądał rachitycznie.

Gaworzył z Anetą. Uważnie słuchała, zadawała masę pytań, wtrącała dygresje. Kolejna dewiacja od standardów: ktoś demonstrował fascynację jego rzeczywistością, absorbował informacje na jego temat, orędował jego poglądy. Roztaczał z zapałem wizje i plany; wtajemniczał w osobiste opinie i teorie; komunikował zainteresowania i pasje. Jednocześnie pożerał wzrokiem ten klejnot, owoc najsłodszy – tego ofiarowanego mu przez los anioła… Cudowna, ponętna, ujmująca, taktowna, urzekająca na każdym froncie – jedyna!

Perkusista drzemał na bębnach. Wodzirej – rozwalony na krześle – chrapał rozdzierająco z głową odrzuconą do tyłu. We framudze rozdziawionej paszczy eksponował żółtoczarne uzębienie. Pomieszczenie wypełnił pomruk bełków – to faceci z rozchełstanymi, smętnie wiszącymi na portkach koszulami, dokonywali finałowych wysiłków konwersacyjnych.

Wspaniała, niepowtarzalna balanga dogasała.

Aneta zapisała na cieńkiej serwetce grzesiowy numer telefonu. Posłała bajkowy uśmiech, spuściła oczy… Trącając opuszkami jego ramienia, wyszczebiotała pożegnania: „Dobranoc. Nic się nie martw, zadzwonię…”. Walcząc o oddech, wydukał: „Proszę cię, zadzwoń… Tak bardzo cię proszę… Nie ucieknij w siną dal…”.

Nie szedł do domu – majestatycznie płynął nad chodnikiem. Nie leżał w łóżku, tylko nad nim wisiał. Lewitował w próżni, obojętny na bodźce zewnętrzne, unoszony donikąd… Stan bez czasu ni przestrzeni.

Z niebytu wychynął dylemat: a jak nie zadzwoni?! Eee tam, zadzwoni! Toż gwarantowała!

Grzesio zawsze dotrzymywał słowa. Obietnicę utożsamiał ze świętością absolutną, honorem ostatecznym, więc raniło go łamanie zobowiązań przez innych. Po cóż się zaklinać, aby potem podeptać deklaracje? Postawa sprawiająca mu przykrość, bo świadcząca o lekceważeniu jego osoby, a nie danej kwestii. W Grzesia mentalności człowiek, który nie wykazywał ochoty wprowadzenia w czyn własnych zapewnień, był niewarty naparstka sadzy. Faryzeuszowska gnida! Marnotrawca energii! Zatruwacz powietrza!

Powoli ochłonął… Przeczulica na punkcie integralności rozbujała bezpodstawny niepokój. Przyzwyczajony do klimatu demagogii wśród najbliższych, wpadał w psychozę – prorokował analogiczne intencje ze strony kogokolwiek.

Poczeka cierpliwie! Nie wytknie nosa z chałupy przez bite wakacje! Zacznie sypiać na aparacie telefonicznym w korytarzu!

Obudził go dzwonek w południe. Telefon zabrzmiał jeno raz, bo Grzesio dopadł słuchawki susem lamparta. Rodzice nie mieli szansy nawet zarejestrować, że ktoś dzwoni.

– Halo? – wykrztusił. Serce waliło, wzburzony potok krwi rwał przez naczynia. – Halo? – powtórzył nerwowo.

Słodko zaspany głos, który go dobiegł, wrył się w szare komórki glejowe na stałe: nigdy i z niczym go już nie pomyli.

– Czeeeść…

Fala gorąca, niedostatek tlenu, suchość w gardle – efekty masywnego wyrzutu adrenaliny. Trudno ustabilizować rozgalopowane funkcje organizmu.

– Dzień dobry… Tak się cieszę, że dzwonisz… – zapiszczał.

– Wiem… – powiedziała zalotnie.

Skąd wiedziała?!

– Chciałam cię usłyszeć… – dodała czule.

Go usłyszeć?! Grzesia?! Poczuł wszędzie pieszczące ciarki.

– Tak? – zapytał nieśmiało.

– Tak! – kojący półszept.

Jak ona to robiła?! Każda fraza, barwą i natężeniem, harmonizowała z podświadomymi pragnieniami. Jakkolwiek niby przewidywał następujące doznania, takkolwiek fascynowały one nowością, niby kolejne nuty premierowego, mistrzowskiego koncertu. Aneta, bezspornie, przybrała rolę wirtuoza, uderzając precyzyjnie we właściwe struny.

– Co robisz? – zagadnęła.

– No… Eee… Rozmawiam z tobą…

Roześmiała się uroczo, a mózg Grzesia kipiał: stracił panowanie nad myślami, zamiarami, krytyczną oceną sytuacji, pozostałymi wyższymi funkcjami korowymi.

– Miałbyś dzisiaj momencik na spotkanie ze mną?

Co?! Czy rozporządza czasem na spotkanie z nią?! Absurdalne pytanie! Gdzie i kiedy – zamelduje się co do sekundy! Ani lokalizacja, ani termin nie mają żadnego znaczenia! W mieście, w lesie, na dnie jeziora, na dachu pociągu, w ruinach bunkru Hitlera, w Roskilde w Danii – gdziekolwiek.

– Oczywiście!

Zakochany po uszy

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Siedzieli na ławeczce w parku: Grzesio na samym jej skraju, z rączkami elegancko na kolankach, natomiast Aneta z nogą na nodze, spoczywając wygodnie na oparciu, podwijając łokieć pod głowę. Kręciła w placach, od niechcenia, kosmyk swoich długich, ciemnych włosów.

Ubrała spódniczkę w kwiatki i białą, powiewną, rozpiętą pod szyją bluzeczkę. Ucieleśnienie letniej świeżości, dopełnione białymi sandałkami na bosych, wypielęgnowanych stópkach. Ku radości młodziana, kontynuowała weselne trendy – ciuszki kusiły transparentnością. Dla odmiany założyła staniczek – detal, dostrzeżony przez Grzesia w drodze na miejsce rendez vous, gdy Aneta zamajaczyła mikroskopijną plamką na horyzoncie.

Plotkowali o różnościach, często przerywając na całe minuty, wydające się wiecznością. W tych niezręcznych chwilach obserwował bacznie spacerowiczów, rozpaczliwie szukając inspiracji do wznowienia dyskusji. Komentowanie zachowania tudzież aparycji innych z ukrycia należy do najłatwiejszych taktyk, podtrzymujących wymianę zdań.

  • Tamci rodzice, nieodpowiedzialnie, pozwolają dziecku na jeżdżenie na rowerku blisko stawu! Przecież brzdąc wpadnie do wody – będzie chlust, gulgot, płacz, wielka tragedia! Co za niefrasobliwość!
  • Ale ubrany – rany boskie! Szpanuje skórzaną kurtką w skwarze! Na bank spocony pod spodem. Mówię tobie – śmiedzi niemiłosiernie! Cuchnie, że o Jezu!
  • Popatrz na tę parkę – ani chybi po karczemnej awanturze! Ona niezadowolona, on naburmuszony, oboje w stresie! Po kiego w ogóle paradują wśród przyzwoitych ludzi, psując wszystkim humor?! Zaraz wybuchnie burda! Nastąpi zgorszenie!
  • A ta czyta w pełnym słońcu! Bardzo niezdrowe dla oczu! Powinna myknąć z lekturką w cień, bo na mur oślepnie!
  • Odsłona 19 - Aneta - Część I Czytaj część I | Czytaj dalej: część III Odsłona 21 - Aneta - Część III

    Publikacja umieszczona w kategorii INNI | Format PDF (1.2 MB) – 3 części Pobierz 3 części publikacji Aneta w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: