Aneta (Część III)

Aneta - historia pierwszej miłościWpadał w popłoch: co robić?! Niewygodne, krępujące okresy ciszy błagały o sprytne urozmaicenie. Wydawało mu się męskim obowiązkiem zabawianie Anety dialogiem non stop – inaczej laska dźwignie pupkę, otrzepie kiecę, bąknie „adios amigo”, zniknie jak kamfora. Jego kunszt gawędziarski nie należał do przesadnie wybitnych, toteż szybko docierał do granicy, poza którą ziała przepaść milczenia.

Ponownie stanęła na wysokości zadania. Poprzedniego wieczoru przeprowadziła czterosekundowy trening tańca, tym razem potrzebowała około minuty na danie praktycznego kursu wypełniania wszelkiego rodzaju luk w trakcie randek.

– Masz apetyt na loda? Sprzedają lody Calypso na patyku. Mogę kupić loda, to sobie zjesz. Chcesz loda? – trajkotał. Masakra!

Podwinęła zgrabne nóżki, przysunęła się, położyła głowę na swoim ramieniu. Mróżąc marzycielsko oczy, spojrzała w górę na Grzesia.

– Nie chcę loda… – zaszemrała.

No to klops! Pogardziła orzeźwiającym smakołykiem! Co teraz?! Balansował na krawędzi ławki, pijącym dotkliwie w pośladki. Zdesperowany, drążył tandetny wątek:

– Bo jest upał. Taki lód…

– Nie chcę loda… – powtórzyła. – Właśnie pomyślałam sobie o czymś…

Uff, nareszcie iskra sensu! Sposobność do pociągnięcia pogadanki!

– A co pomyślałaś?

Bawiła się oparciem, zdrapując kawałeczki popękanej farby.

– Naszła mnie na coś ochota…

– A na co? – nalegał. Cokolwiek by zaordynowała, zrealizuje polecenie na medal!

– Hmm… Nie wiem, czy mogę… – konferowała sama z sobą. Przerzuciła uwagę na swoje paznokcie – oglądała je w skupieniu.

Pierwsza lekcja popołudniowych zajęć: kobiety są zagmatwane, nielogiczne. Czyż nie prościej wywalić kawę na ławę, bez podchodów, dywagacji, odwlekania?! Bezproduktywne marudzenie, zmuszające interlokutora do żmudnego wydłybywania duperelnych detali.

– Ale na co masz ochotę? Proszę cię, powiedz mi…

Okazała bidakowi litość. Podniosła się z pozycji półleżącej, przybliżyła twarz ku jego twarzy:

– Chciałabym cię pocałować… – oznajmiła trochę przekornie i zagryzła dolną wargę.

Nieskrępowany powab dziewczyny

Druga lekcja: dżentelmen powinien umieć kobietę odczytać. Wyższa szkoła jazdy dla chłopaka, szlifowanego na fundamentalistę.

Osłupiał. Tętno galopowało z obłędną szybkością – dlaczego?! Przecież nigdzie nie biegł… Nie potrafił rozsądnie odpowiedzieć – zanikła kreatywność, pierzchnęły zdolności krasomówcze. Otchłań koncepcyjnej drętwoty.

– Czy mogę cię pocałować? – ponowiła życzenie.

– Tak… – wydławił.

Roztrząsał opcje – co miał niby zrobić?! Nadstawić policzek albo czółko?! Tragiczna sytuacja, bowiem w życiu nie cmokał dziewczyny!

To ona zasugerowała buziaki – nie vice versa – więc piłka leżała po jej stronie kortu! Podjęła inicjatywę, niech zatem kombinuje! Podstępne rozumowanie, znajdujące podstawy w tchórzostwie, koiło nieco nerwy. On bogu ducha winny! Nic nie proponował, ino pokornie siedział, etykietalnie konwersując!

Zaoszczędziła mu męczarni: ujęła palcami pod brodę i – lekko rozchylając swoimi ustami jego wargi – miękko pocałowała. Operacja trwała dwie sekundy.

Naprzeciwko siedziała siwa staruszka w kremowej bluzeczce – konsumowała kanapkę z szynką. Pani w czerwonej sukience pchała alejką niebieski wózek na małych kółeczkach, a jej dzidzia, przyozdobiona śnieżnobiałą kokardką, ssała różowy smoczek. W tle, nad brzegiem sadzawki, tata z synem ciskali opasłym kaczkom okruchy chleba które, wpadając w wodę, tworzyły kręgi malutkich fal. Na trawniku grasował piesek, goniąc bezsensownie własny, włochaty ogon. Muskał wiaterek, po niebie ślizgały się pojedyncze chmurki, zaś temperatura powietrza wynosiła 24°C. Kolejka do palmiarni liczyła około dwudziestu osób.

Dwie sekundy, utrwalone z fotograficzną dokładnością, uwzględniając kompozycję fizykochemiczną otaczającego ekosystemu.

Świat zastygł, aby nagle opętańczo zawirować. Nie sposób opisać tej skotłowanej mieszanki duchowo-psychomotoryczno-fizjologicznej: wpierw rozpadł się na atomy, zlewając z otoczeniem, po czym zintegrował z powrotem w odmiennej już formie. Chciał wyć, płakać, hycać, wystrzelić w stratosferę, uściskać wszystkich, pobić wszystkich, wytarzać gnaty w trawie, porąbać drzewo, wepchnąć zaparkowane samochody do stawu. Rozporządzał energią na obieżenie miasta sprintem dziesięć razy – na mecie oczekiwałby wskazówek, ile dodatkowych rund ma wykonać.

Lekcja trzecia: „Jak efektywnie wytępić marazm na schadzkach.”.

Sukcesywne polemiki okazały się zbędne, wprost nietaktowne.

Zmienili konfigurację: Grzesio rozpostarł członki w fasonie szefa korporacji, udostępniając udo jako poduszkę pod głowę Anety. Trącał jej loczki, głaskał po ramieniu, dotykał delikatnie…

Nieschematyczna realność, uformowana z przypadkowych reakcji czy gestów, katalizowana nieskrępowanym wyborem, wykuwająca ze złudnego chaosu decyzjotwórczego piękno doskonałe: plastyczne, adaptabilne do indywidulanych fanaberii, przeto uniwersalne.

Mistycznie sterowany, odkrywał siebie. Istniał inny – prawdziwy – Grzesio, niekompatybilny z człowiekiem biernie wywiązującym się z poleceń, gloryfikującym utarte doktryny, przynoszącym w zębach piątki na świadectwach, wyglądającym pochwał za imitowanie propagowanych postaw, wyrażającym gotowość do kroczenia szlakiem kariery, specjalizacji, promocji, posadki, władzy. Skuty w zbroję algorytmów postępowań, nie dostrzegał alternatyw jakże kongruentnych z jego charakterem. Obdarto go z ufności w osobiste przekonania, do stopnia wykluczającego selekcję partnerki podług podszeptów serca, nie wspominając o zwyczajnym podrywie.

Intensywność doznań w parku przebijała stukrotnie pospolite omamienie romantyczne. Afekt zaledwie rozwiał mgłę indoktrynacji. Wydarzenie porównywalne do wypuszczenia ptaszka, po szesnastu latach przebytych w klatce, do lasu. Pozornie bezpieczny byt – z wiktem, opierunkiem plus wystawianiem klatki na podwórko celem przewietrzenia – jest jednak więzieniem.

Raptowne zakosztowanie wolności oszałamia rojem kontrastujących przeżyć (złość na oprawców, ekstaza, łaknienie zemsty, wigor itd.) oraz uprzytamnia rzecz najgorszą z najgorszych: nieprzystosowanie do normalności. Tysiące dni sekciarskiego pręgierza wyrabia przyzwyczajenia – krępującą sieć groteskowych nawyków, których odstąpienie napawa strachem. O ile skutki fizycznego temperowania swobody można łatwo skorygować, o tyle systematyczne unicestwianie samostanowienia, za pośrednictwem jaszczurczych metod psychologicznych, żłobi blizny w mentalności ofiary.

Lekceważąc gryzący żal, poprzestał na ucztowaniu przy stole, zastawionym przez opatrzność. Oto dziewczyna, pożerana na ulicach zbereźnym wzrokiem rzeki samców, mianowała nieokazałego Grzesia na jej chłopaka! Był niezwyciężonym, seksownym, rzymskim bogiem!

Zakochał się…

Aneta gościła w Gdańsku jako opiekunka kolonijna, zaś mieszkała w środku Polski – rosła przygnębiająca wizja jej wyjazdu. Po wielu dobach praktykowania wachlarza technik całowania, uknuli spisek: Aneta przyjedzie raz jeszcze za miesiąc, na tydzień, prywatnie! Szmat czasu na eksplorację głębi dusz, względnie rzeźby ciał, od rana do nocy, a zwłaszcza od nocy do rana.

Projekt nie przedstawiał się tak prosto, jak obydwoje pochopnie założyli. Rodzice trzymali żelazną dyscyplinę, limitując dawki pieniężne do groszy na lemoniadę. Łazikowanie poza domem po 22 graniczyło z utopią, zaś wyparowanie po północy pociągnęłoby interwencję armii radiowozów i sfory psów gończych, przy wsparciu helikopterów wyposażonych w jupitery. Uskutecznienie przedsięwzięcia ze stuprocentową pewnością, nie wzbudzając przy okazji podejrzeń, stanowiło niebagatelną łamigłówkę.

Analityczny grzesiowy mózg ukartował strategię kalibru generała. Nic nie urabiało starych bardziej, niż ciągoty do pilnej nauki, więc dostarczy im tony satysfakcji pod postacią ponadprogramej edukacji wakacyjnej!

Zakasał rękawy, przystąpił do dzieła. Dobył literatury. Kartkował zawzięcie, szukając inspiracji.

Namierzył fasolę.

Wyszło na jaw, że szparagówka posiada predyspozycje do urzeczywistnienia erotycznych zapędów Grzesia. W podręczniku opisywano eksperyment, przeznaczony specyficznie dla prymusów żądnych ekstra roboty, ściślej dla kandydatów na olimpiadę bilogiczną. Doświadczenie polegało na hodowli fasoli w zdywersyfikowanych warunkach świetlnych na wielorakich pożywkach, by dociec optymalnej kombinacji środowiskowo-gruntowej dla uprawy tej wspaniałej rośliny ogrodowej.

Potrzebował:

  1. Fasolę z kuchni.
  2. Tuzin słoików z piwnicy.
  3. Przedestylowaną wodę.
  4. Trywialne domieszki chemiczne (sól, cukier, inne – rozpuszczane w wodzie, aby spreparować tzw. bulion odżywczy).
  5. Gazę (nawlekaną na otwarte weki, symulującą podłoże).
  6. Patyki (by fasola mogła się po czymś wić w górę).
  7. Czarny papier (do osłonięcia niektórych preparatów tubami, tzn. sfingowania ciemności).

W przeciągu godziny zorganizował większość rekwizytów do odegrania parodii. O resztę zaapelował do rodziców.

Wzniosłe idee porywały familię do akcji – ślęczenie dziecka w murach, szczególnie w okresie wolnym od zajęć, kokietowało oklepane ambicje. Ich syn – Słoneczko najdroższe – szedł na olimpiadę biologiczną! Z wyprzedzeniem myślał o gładkim przyjęciu na preferowaną przez nich akademię medyczną!

Tata przytaszczył ogromną butlę wody destylowanej tudzeż wałek czarnej krepy. Mama wykradła z przychodni zwoje gazy, zaś z laboratorium szpitalnego niezbędne chemikalia.

Grzesio przygotował swój ogród na parapecie i czekał, aż nasiona zakiełkują. Postęp wzrostu fasoli mierzył z zaangażowaniem ekierką. Prowadził skrupulatne notatki. Dokumentacja perswadowała solidność: na biurku pod oknem widniały pootwierane książki, zeszyty z zapiskami, stosy flamastrów, porozrzucane ołówki. Kartki z tajemniczymi tabelkami walały się po całym pokoju. Sceneria żywcem wyjęta z gabinetu szalonego naukowca, zagrzebanego po uszy w pracach badawczych.

Hodowla fasoli z miłości

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Chroniczna absencja zainteresowania Grzesiem pomagała – nikt nie domniemywał przekrętu. Dziecię kontynuowało wegetację w ciasnym pokoiku, w czymś tam gmerając. Jak antycypował, żadne z rodziców nie sprawdziło wiarygodności jego historii, na przykład z pedagogami.

Szparagowa szopka była wyłącznie przygrywką do odsłony głównej. Wszakże scenariusz zakładał happy end, czyli tydzień rozpusty z Anetą. Słowem, fasola nie pojawiła się z głupia frant, ale z jakiegoś powodu.

Otóż familia zaordynowała dwutygodniową ekskursję do ośrodka wczasowego, o czym wiedział zawczasu. Z intencją zdobycia pełnej aprobaty, przystrajając buźkę minką zawodowego dyplomaty, zainicjował wieczorne pertraktacje odnośnie planowanej eskapady.

Mianowicie, jakże on, Grzesio, ma im towarzyszyć, w obliczu przełomowego testu agrokulturowego? Z zatroskaniem tłumaczył, iż fasola mu powiędnie, co przekreśli (przynajmniej mocno podważy) szanse wkroczenia na uczelnię wyższą. Nie dopuści na wyrzucenie w bagno – ot tak sobie, dla próżnych wycieczek za miasto – dotychczasowych poświęceń! Docenia opiekuńczość, hojność i przezorność rodziców, jednakże nakłania do bezstronnego ogarnięcia faktów dość oczywistych, przede wszystkim kluczowego znaczenia jego znoju gwoli zagwarantowania sukcesów w przyszłości. Czyż nie nadszła pora, aby dalekowzrocznemu synowi dać wiarę? On sam czuje się na siłach podołać wyzwaniom i fasolowym, i domowym.

Fortel wypalił: uchwalono pozostawić Grzesia samego z zapasami żywności, wystarczającymi na wypasienie wieżowca przez kwartał. Obiecano określoną sumę pieniędzy na drobne wydatki. Zobowiązano do raportów telefonicznych dwa razy dziennie, na co przystał entuzjastycznie: Aneta i on, oprócz siedzenia na kanapie w objęciach, nie nosili się z zamiarami latania po dyskotekach, więc mógł dzwonić nawet co godzinę!

Hasło „pieniądze na drobne wydatki” suponowało jałmużnę na bułeczki, wobec czego zaczął gromadzić kasę nieoficjalnie. Sprzedał trzy klasery znaczków; w antykwariacie spieniężył parę tomiszczy; na targu opylił niemodne, ohydne sweterki; w komisie upłynnił zachodnie bambetle (talię kart, modele samochodów Matchbox na resorach, wieczne pióro marki Parker); targał tony makulatury do punktu skupu; handlował złomem. Tyrał jak wół na roli, dbając równocześnie o hodowlę oraz dokumentację przebiegu badań (każda ordynarna lipa nabierze rangi poprzez profesjonalną prezentację).

Uciułał pokaźną sumę złotówek. Cóż, dla Anety opędzlowałby ostatnią parę butów!

Obraz piękna

– Grzesiu, gdzie się podział szary sweterek z brązowym paseczkiem?

– Który sweterek, mamo?

– Ten siny, z golfem.

– Aha! Leży na półce w moim pokoju.

Otworzył szafę. Demonstracyjnie wertował zawartość w poszukiwaniu ciucha, który sprzedał z trudem jakiejś staruszce.

– Rzeczywiście, nie ma go tutaj – potwierdził z niedowierzaniem. – Może jest w praniu? – zasugerował.

– Już sprawdzałam: nie ma.

– Przecież nie wyparował! – zapewniał bezczelnie.

– Granatowego sweterka z kremowym wzorem też nie mogę nigdzie znaleźć!

– Coś nieprawdopodobnego! – wykrzyknął z oburzeniem. – Takie piękne sweterki! Niby gdzie zniknęły?!

– Obydwa kupione spod lady – narzekała mama.

– O rany! Może zostały – omyłkowo – wyrzucone podczas remontu?!

– Jeszcze przeszperam rzeczy ojca.

– Odnajdziemy je! Daj mi znać, jeżeli mam w czymś pomóc!

Pożegnał grzecznie rodziców i siostrę przed udaniem się na spoczynek, albowiem ich pociąg odjeżdżał o piątej rano. Spał szczęśliwy: strasznie kochał tę dziewczynę! Spędzi z nią niezapomniany tydzień w pustej chacie! Raj za ziemi!

Obudził się. Patrzał w sufit, trwał w bezruchu. Porannym ekspresem mknęła ku niemu Aneta!

Rozmawiali często, synchronizując działania. Dzwoniła pod nieobecność rodziców, popołudniami, eliminując ryzyko wpadki. Zmowa poszła po ich myśli – nie nastąpiły niespodziewane przeszkody, pragnienia nabrały realnego kształtu. Radość, wzruszenie, duma! Leżał beztroski, uśmiechnięty, zadowolony, rozmarzony…

Skrzypnęły drzwi pokoju.

– Grzesiu, Słoneczko moje, czy zjesz jajeczniczkę na śniadanie?

Śnił. Zamknął oczy. Oddychał równomiernie, odpędzając halucynacje, typowe dla znerwicowanego członka dysfunkcjonalnej rodziny.

– Ile zrobić kanapeczek? Dwie? Trzy?

Powoli spojrzał w stronę, skąd dobiegał głos. W uchylonych drzwiach ujrzał twarz, perfekcyjnie udającą strapienie. Przeżywał (czego wtedy nie rozumiał) inscenizację podług trójkątu dramatycznego Karpman’a: w owym momencie matka odgrywała rolę wybawiciela, natomiast on powinien przeistoczyć się w ofiarę.

Fajtłapa, nie był aktorem, nie umiał pajacować… Młodzieńcze serce biło do ukochanej – to wszystko…

Wbił w nią rozpaczliwy, pytający wzrok – migiem zmiarkowała, o co chodziło.

– Uzgodniliśmy z ojcem, że jednak zostanę. To z troski, Słoneczko – pośpieszyła z wyjaśnieniami. – Odejmę tobie zmartwień, spokojnie przeprowadzisz swój eksperyment, wiesz? To ile chciałbyś kanapeczek?

Wyszła na jaw jej ukryta, w przeddzień jeszcze aktywna, rola: prześladowcy…

UwięzionyZostał wrzucony żywcem do piekła.

Przeprosił na chwilę, zamknął drzwi, klęknął przy łóżku, w bezsilnej wściekłości wtulił głowę w pierzynę. Łkał rozdzierająco, do utraty tchu…

Dlaczego? Dlaczego nie pozwolą mu jej widywać? Dlaczego musi czołgać się opłotkami, stosować wybiegi, kłamać, sadzić fasolę, sprzedawać samochodziki na resorach, handlować sweterkami? Dlaczego zawsze mu psują najprostsze przyjemności? Ma wzorowe wyniki w nauce, słucha ich, szanuje… Dlaczego mu nie ufają? Dlaczego nie może kochać? Dlaczego, dlaczego, DLACZEGO!!!

Boże, ktokolwiek, LITOŚCI! Przez miłość, litości…

Wciskał twarz w zmoczoną, zaślinioną, zasmarkaną poszewkę – ilustracja pieprzonego żywota wsród socjopatów.

Zdruzgotany, zjadł cholerną jajecznicę, po czym naprędce przetasował plany.

Pojechał do jednego z lepszych hoteli. Wykupił apartament na trzy noce – na tyle pozwolił portfel.

Czekał na dworcu z przytaszczonym magnetofonem ZK 145, otrzymanym w podarku na urodziny. Chorował na przenośnego kaseciaka, to mu ojciec ofiarował siedmioletni odtwarzacz szpulowy, pierwotnie stojący w sypialni starych. Prezent nad prezentami, prezentissimo extraordinaire: obwinięta dekoracyjnym papierem rzecz, używana poprzednio latami przez solenizanta.

Rozpakowywanie dostarczyło unikatowych wrażeń: pod presją oczekujących zachwytu dawców, biorca wydobywał z zawiniątka znany mu z autopsji sprzęt, na którym nagrał zresztą tysiące piosenek. Co ciekawsze, kolekcja owych nagrań była już starannie posegregowana w pokoju solenizanta! Sfabrykowane déjà vu, upominek o kryptonimie „scedowanie prawa własności do zmurszałego bambetla”, perwersyjne „a kuku!”. Dzień po dniu, minuta po minucie, każdy manewr, słowo, zamysł nakierowane pedantycznie na zmielenie wiary w siebie, ludzkość, autentyzm, normalność.

Ukrywając wstydliwie przestarzałego grata za kolumną, sterczał smutny na peronie. W siatce przyniósł parę szpul, specjalnie skopilowanych dla Anety – sekwencja nastrojowych, roztapiających serca melodii.

Cicho, ze zwieszoną głową, wytłumaczył jej totalną klęskę. Nie opanował łez. Objęła go czule. Wyszeptała, aby się niczym – ale to absolutnie niczym – nie przejmował.

W hotelu założyła tę purpurową, półprzeźroczystą sukienkę na jednym ramiączku, w której balowała na weselu. Skropiła szyję tym samym perfumem. Potem, przy łagodnej muzyce wczesnych lat osiemdziesiątych, nauczyła go wszystkiego.

Do domu dotarł o drugiej nad ranem. Nie zareagował na mamine utyskiwania. Następne dwie pełne doby spędził z Anetą.

——————————————————————————————–

Minął miesiąc od jej wyjazdu, kiedy zadzwoniła. Oświadczyła kategorycznie, że do ich następnego spotkania nie dojdzie. W popularnym języku, zerwała z nim. Udzieliła nastolatkowi ostatniej lekcji: do odważnych świat należy. Dostał coś cudownego, czego nie potrafił prawidłowo docenić, po rycersku bronić, a w konsekwencji uchować. Płakał wieczorami przez cały rok, raczej z bezsiły niż z tęsknoty.

Coś w nim umarło… Pierwsza miłość, zazwyczaj upewniająca mężczyznę, rozpostarła przed nim pejzaż kataklizmu. Zobaczył w lustrze metodycznie wyjałowionego, ogołoconego ze spontaniczności, robota. Czyżby się takim narodził – genetycznym cyborgiem – niezdolnym do egzystencji poza systemem instrukcji, podyktowanych trendów, periodycznych inspekcji, sztucznej satysfakcji po wynagrodzeniu dyplomem?

Pomimo uschnięcia fasoli oraz olania olimpady, śpiewająco zdał egzamin na uczelnię nie swojego wyboru. Zaiste, wykucie na pamięć czegokolwiek nie przysparzało mu trudności – efekt regularnej tresury.

Podsumowując akcentem optymistycznym, edukacja nie poszła na marne, za co Anecie dziękuje. Dostatecznej brawury nabrał dopiero po dekadzie od tamtych wydarzeń – wyjechał na drugi koniec globu, nie widząc mniej drastycznych rozwiązań. Wciąż niedojrzały, skołowany, przesiąknięty lękiem, jednak definitywny w postanowieniu zmierzenia się z samym sobą – „na hurra”.

Z kolei dla swojego syna pragnie tylko szczęścia – bajecznie łatwa misja dla osoby, wytrenowanej w temacie „Jak nie niszczyć drugim życia”.

Człowiek robot

Odsłona 20 - Aneta - Część II Czytaj część II

Publikacja umieszczona w kategorii INNI | Format PDF (1.2 MB) – 3 części Pobierz 3 części publikacji Aneta w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: