1 kanał

Kanały telewizyjne i życioweTelewizja stanowi szalenie ważną część życia każdego pana – tą wspaniałą wiadomość Grzesio przeczytał w książeczce o kobietach z Marsa i mężczyznach z Wenus (albo odwrotnie). Usłyszał tożsame przesłanie na spektaklu tetralnym, zrealizowanym specjalnie w celu obrony jaskiniowca.

Otóż faceci są myśliwymi, zaś babki zbieraczkami, co bardzo wyraźnie widać w sklepach. Grzesio zawsze pędzi z prędkością strzały do miejsca, gdzie tkwi produkt jego pożądania, a którego zakup zaplanował tygodnie – bądź miesiące – wcześniej. Teraz chce upolować dany przedmiot: ślizgiem zwinnego węża sunie pomiędzy półkami do punktu lokalizacji towaru; chyżo go nabywa; płaci; opuszcza bezszelestnie obszar łowiecki. Niewiasty prezentują zgoła inne zachowanie w obiektach handlowych, ponieważ udają się w takie strefy raczej na żniwa, bez specificznych koncepcji czy harmonogramu: idą kumulować. Egzystują wyłącznie 2 limity: godzina zamknięcia placówki plus pojemność konta bankowego.

Zmuszanie samca do bezcelowego krążenia po sklepie należy do turtur nie do opisania, przyprawiających z początku o bóle głowy, w dalszej kolejności wpędzających w przygnębienie z gburowatością, na końcu prowokujących rozwścieczenie. Jest niekompatybilnym z naturą kłusownika gromadzenie wszystkiego, co wpadnie w rękę lub w oko – musi istnieć sprecyzowany cel, aby wyprawa miała sens.

Oprócz żyłki łowieckiej, prawdziwy chłop ma także genetyczne zamiłowania do odpoczynku w zupełniej izolacji, kiedy koncentruje swoje myśli na sprawach spoza otaczającej go rzeczywistości. W momentach introwersji nie warto – pod żadnym pozorem – czymkolwiek go niepokoić, bo wybuchnie z impetem Wezuwiusza, a może nawet zabić. Gniewliwą reakcję warunkuje wrodzony brak zdolności podziału uwagi – zaleta nieznana samicom, pragnących z tajemniczych powodów nieprzerwanej, obfitej interakcji.

Mądra lektura, pogłębiona erudycyjną sztuką, pozwoliły Grzesiowi w końcu zapomnieć o nieodpowiedzialnych dogmatach na temat szkodliwości telewizji, wszakże będącej bardzo zdrową – przynajmniej dla osobników płci męskiej. TV pozwalało utonąć w immanentnych zamiłowaniach myśliwskich (polowanie na wiadomości, programy, filmy), równocześnie potęgując ogniskowanie uwagi na sprawach odległych od codziennych zmagań.

Słowem, wlepianie gał w ekran konstytuowało jak najbardziej naturalną metodę głębokiego odprężenia.

Bez poczucia winy wcisnął więc po pracy pupę w kanapę, nacisnął przycisk „On” na pilocie, wybrał kanał 1.

Akurat zaczęli nadawać wiadomości. Prezenter – trochę przygarbiony – sprawiał wrażenie smutnego. Zapowiadał relację z sąsiedniego kraju: nastąpiła straszna powódź!Tysiące ludzi bez dachu nad głową! Setki ofiar śmietelnych! Ostrzegł wrażliwych widzów o drastyczności scen reportażu, po czym zamarł w bezruchu, wbjając przerażony wzrok w kamerę.

Grzesio czekał w wielkim napięciu na sprawozdanie z miejsca owego kataklizmu. Obraz był zamazany z powodu ulewy tudzież pozycji reportera, filmującego przebieg wydarzeń z małej łódki, rzucanej gdzie popadnie przez wiatr i fale. Pokazywano małą wioskę, zdemolowaną dokumentnie przez rwące potoki. Na szczątkach dachu jednej ze zdezelowanych chałup balansował na czworakach wymęczony rozbitek, podnoszący periodycznie rękę w górę w stronę wiszącego nad nim ogromnego, wiekowego helikoptera transportowego. Pilot wyglądał na zewnątrz, spozierając w dół z zaciekawieniem.

W rozwartych, bocznych drzwiach maszyny siedział okaskowany, znudzony gość, odziany w brudną kamizelkę ratunkową. Trzymał on jedną ręką dyndającą wściekle linę, na końcu której uwiązano coś w rodzaju metalowego koszyka na zakupy. Powodzianin próbował złapać sznurek, jednakże dostał w głowę świstającą z zawrotną prędkością stalową klatką – cios zwalił go z nóg jak kłodę, omalże nie spychając z dachu w szalejące wiry. Ewidentnie miłował swe życie, gdyż wbił pazury w deski, ażeby nie runąć w dół. Miał szeroko otwarte oczy oraz wyraz determinacji na twarzy, podczas gdy ratownicy niecierpliwie go poganiali. Cudem znalazł resztki energii: wyskoczył w górę stylem jaguara, złapał kosz w locie, zawisł na nim wierzgając nogami. Wciągnięto go do góry, wrzucono bezceremonialnie do środka.

Pokrążyli nad wioską przez moment. Wielu rozbitków dryfowało w kipieli na plecach, nie poruszając członkami. Paru siedziało na drzewach, ale tych nie sposób było ściągnąć poprzez konary. Zrzucono jakieś worki – wpadły z chlustem w odmęty, miotały się po falach. Nikt nie pałał przesadną chęcią ich wyłowienia.

Po fachowej ocenie sytuacji, osobnik siedzący na krawędzi dał ręką okrężny znak w powietrzu, momentalnie wsunął korpus do wnętrza, zatrzasnął z hukiem właz. Towarzycho migiem odfrunęło poza horyzont.

Wyszło na jaw, że był to jedyny helikopter, wysłany w ramach serdecznej współpracy międzynarodowej ofiarom katastrofy. Pokazano wywiad z pilotem: miał wory pod oczami, palił papierosa, narzekał na kiepski stan starej maszyny. „Robimy, co możemy” – zapewniał. Jego pomocnik też kopcił bez opamiętania, cedząc półgębkiem: „Zrzuciliśmy koce, trochę prowiantu”. Na dzisiaj kończą – wszak zapada zmrok. Z samego rana znowu polecą ratować.

Ogólnie rzecz biorąc, pokrzepiające informacje.

Rzeczywiście: co za tragedia! Na szczęście wysłano śmigłowiec z zaangażowanym zespołem specjalistów, w ramach wsparcia tych setek tysięcy dotkniętych żywiołem! Koce z pewnością będą przydatne – przecież powodzianin o niczym innym nie marzy, tylko o fajnym pledzie!

Grzesio czuł narastającą regenerację swojego starganego napięciami dnia organizmu.

Prezenter, wciąż strapiony, oznajmił zakończenie przekazu z potopu, lecz nagle wyprostował się promieniejąc! Sama jego fizjonomia była tak zaraźliwa, iż Grzesio też tryskał radością, aczkolwiek nie znał jeszcze treści nadchodzących nowin. Spiker mówił ożywionym głosem: oto mają wiadomości z ostatniej chwili! Przekazał głos sprawozdawcy z terenu, następnie zastygł z pogodnym uśmiechem na ryjku.

Przez ocean pruł olbrzymi, niekonwencjonalny, opływowy jacht motorowy. Po każdej stronie tej obłędnej łajby gnały 2 szybkie pontony. Z przodu leciał smukły helikopter, lekko pochylony do przodu. Na łodziach widnieli samce o facjatach wyrzeźbionych z granitu: twardzi, zdecydowani, wysportowani. Z gracją balansowali równowagę na sprężystych nogach, natomiast ci w pontonach siedzieli trochę zgarbieni, przypominający Navy Seals w toku ataku na jeden w wielu krajów.

Ekipę przyodziano w przepiękne kombinezony – jasnoniebieskie, ortalionowe kurtki ze stojącymi kołnieżami; bliźniaczego koloru spodnie; szpanerskie czapki z daszkami. Każdy miał masę kieszeni, zamków błyskawicznych lub rzepów, wiele jaskrawych napisów na każdej części garderoby, kamizelkę ratunkową w intensywnie pomarańczowym kolorze, lustrzane okulary przeciwsłoneczne. Poniektórzy dzierżyli drogo wyglądające lornetki, przez które patrzyli w dal w skupieniu.

Towarzyszyły im kobiety – podobnie ubrane, podobnie skoncentrowane, podobnie piękne, z włosami trzepoczącymi niby flagi na wietrze.

Cała ta perfekcyjnie zsynchonizowana kawalkada waliła w głąb morza nie bacząc na nic.

Tym razem obraz transmisji przekazywano w jakości HD. Kamery zamontowane i na helikopterze telewizyjnym, i na łodziach, miały stabilizatory wstrząsów. Ostrość zdjęć przewyższała w klasie fotki modelek z magazynu Cosmopolitan, z kolei ujęcia demonstrowały materiał godny produkcji Holywoodzkiej: pod każdym kątem z powietrza, z najazdami na twarze członków misji; z pontonów w szerokim kadrze tuż nad poziomem wody; z samego jachtu dokoluśka.

O co chodziło? Gdzie mknęła ta wspaniała, zorganizowana, profesjonalna, bezsprzecznie bogata brygada operacyjna?

Zachorował delfin! Ktoś przyuważył z żaglówki, że stworzenie nie czuje się dobrze, toteż wszczął alarm! Bez cienia zwłoki wysłano zatem sztab weterynarzy, delfinologów, specjalistów od ratownictwa dalekomorskiego! Naszpikowano ich najwyższej kategorii sprzętem, zaopatrzono w ostatniej generacji leki. Sytuacja była poważna, bo nieborak zaniemógł 20 km od linii brzegu, dlatego ratunek stanowił kwestię zmobilizowania grona znawców z asystą supernowoczesnej technologii.

Chory delfinSzczepan SadurskiPacjent już z daleka dawał rozpaczliwe znaki płetwą. Morski orszak żwawo go okrążył. Mrowie facetów synchronicznie buchnęło z pontonów w fale oceaniczne w celu udzielenia pierwszej pomocy, ewentualnie wsparcia psychicznego. Po chwili śmigłowiec spuścił na dół specjalną siatkę o powierzchni kortu tenisowego, na którą delikatnie wsunięto cierpiącego Dominika (w międzyczasie nadano mu imię). Z namaszczeniem przemieszczono ładunek na jacht.

Na pokładzie rzesza ekspertów zaczęła się dwoić i troić wokół schorowanego: aplikowano mu zastrzyki; pieszczotliwie głaskano; dodawano odwagi ciepłymi słowami otuchy; polewano strumieniami wody, iżby nie wysechł. Procesja zawróciła o 180°, pognała w kierunku lądu, przybiła z wizgiem do kei – tam czekały na Dominika najnowszej generacji ambulans, tabun anestezjologów, miejsce w oddziale intensywnej terapii.

Linie studia telewizyjnego zablokowały telefony od przejętych widzów. Składano Dominikowi życzenia szybkiego powrotu do zdrowia, dotowano tysiące na terapię, nalegano na systematyczne donosy z przebiegu kuracji.

Grzesio siedział doszczętnie zrelaksowany, uśmiechnięty od ucha do ucha, przejęty obywatelskim duchem bezinteresownego wsparcia. Nareszcie pozytywne wiadomości! Aliści nie wypada bez końca być negatywnie nastawionym do życia! Należy dać wiarę ludzkiemu miłosierdziu!

Ukontentowany, przełączył na kanał 2. Czytaj dalej: 2 kanał Odsłona 25: 2 kanał

Publikacja umieszczona w kategorii MIGAWKI | Format PDF (2.1 MB) – pobierz tutaj Pobierz wszystkie 3 odcinki publikacji Kanały w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: