Idziemy trzy dżi! (Część II)

Idziemy trzy dżi!Grzesio wykrył terror nałogu, kiedy podjął starań porzucenia przekąszania czekoladką.

  1. Po dobie odczuwał nieokreślony niepokój, przygnębienie, rozdrażnienie, brak koncentracji, pustkę – typowe objawy głodu cukrowego, ustępujące natychmiast po spożyciu klina w postaci batona.
  2. Zmiana stylu życia na zdrowszy (powolne wyparcie przesłodzonego asortymentu ćwiczeniami, przechadzkami, lekturą, niskokalorycznymi posiłkami, regularnymi kontaktami z rodziną w Polsce) pociągnęła pozytywne zmiany na dalszych frontach: adekwatny wypoczynek nocny, spadek napięcia mięśniowego, zaostrzona koncentracja, zwolnienie tętna, obniżenie ciśnienia, wzrost krzepy, okiełznanie rozdrażnienia w sytuacjach stresujących, generalne samozadowolenie, chęć wspierania bliźnich.
  3. Powrót do pralinek prowokował wyzwolenie symptomów, które drążyły go przed okresem zbalansowanej egzystencji, aliści bardziej nasilonych, wręcz chorobowych: poszarpany sen, kołatanie serca, znużenie, zdenerwowanie, niechęć do aktywności fizycznej, podejżliwość, redukcja skupienia. Zjawisko razi identycznością z fenomenem narastania reperkusji alkoholizmu bądź narkomanii wraz z powtórnymi epizodami nadużywania.

Tak jak osobnik przedawkowujący wódkę lub heroinę nie postrzega groteski swojego świata, tak i konsument, zatopiony w wyścigu poszukiwania wciąż świeższych podniet (rozpowszechnianych legalnie), pozostaje obdarty z możliwości porównania syntetycznej rzeczywistości z normalnością – aż do momentu prób porzucenia schematyzmu (ślęczenia w czeluściach internetu, wypełniania godzin telewizorem, pochłaniania przetworzonej karmy, kompulsywnego drałowania po supermarketach, odruchowego odpowiadania na teksty itd.).

Eksperyment odejścia od złudnie niezłośliwych rutyn doprowadza zazwyczaj do porażki, odzwierciedlonej w tłumaczeniach, pertraktacjach, wymówkach – spektrum śmiesznych wyjaśnień, charakterystycznych dla uzależnionych od substancji chemicznych (etanolu, nikotyny, kofeiny, kokainy), tudzież dla nieboraków przejawiających zachowania wysoce destrukcyjne (hazard, pedofilia, kleptomania, psychopatia).

Wybiórcze propagowanie szkodliwości papierosów, narkotyków oraz zboczeń napawa nieodpartym wrażeniem zasłony dymnej, gubiącej kwestię szkodliwości plejady pospolitych uzusów.

Nastolatek, pałający chęcią posiadania nowego cudu techniki, szantażuje rodziców: wiecznie nagabuje; ględzi o dobrodziejstwach płynących z dysponowania zabawką; wskazuje, że „każdy kolega ‚to’ ma”; wytyka durnowatość starych; okazuje wściekłość; traktuje chłodno; pochmurnieje; w buncie bagatelizuje zajęcia szkolne. Fiasko w zawładnięciu przedmiotem pożądania znajduje często epilog w przehandlowaniu wartościowej rzeczy na „to”, kradzieży „tego”, związku z partnerem będącym w stanie zapewnić „to”, przynależności do bandy wyznającej „to”. Ukojenie zalewa serce nie prędzej, niż po przytuleniu do piersi „tego”.

Postępowanie młodzieńca ochrzcimy definicją wybryczków, fazy dorastania, głupoty małolata itd. W przypadku ćpuna adaptujemy odmienny punkt widzenia: bliźniaczy komplet behawioralny określamy mianem niepohamowanego głodu narkotykowego, zanikającego z sukcesywną dawką.

Różnica polega na sile manifestacji zamroczenia: używki wyzwalają wyraźnie widoczne, kolektywnie nieakceptowalne oznaki haju:

  • otępienie;
  • euforia;
  • bełkotanie niezrozumiałości;
  • nieodpowiedzialne kroki.

Objawy odsunięcia substancji cechuje podobna skrajność (panika, agresja, wymioty, drgawki, zawał serca, śmierć). Bez dwóch zdań, chemikalia oszołomią skutecznie, błyskawicznie i dostrzegalnie, modyfikując bezpośrednio funkcjonowanie centralnego układu nerwowego.

Zbliżone, mniej zintensyfikowane efekty dopaminowe, osiągalne są drogą pośrednią, bez konieczności bombardowania receptorów mózgowych związkami syntetycznymi. Wynikające oszołomienie – na poziomie półprzytomności o półkę niższym niż morfinisty czy pijaka – jest kompatybilne z wykształconą, publiczną normą, zatem nie zasługuje na patos patologii. W użycie wchodzą sformułowania zastępcze, podkreślające przyzwolenie:

  • otępienie – rozanielenie;
  • euforia – radocha;
  • bełkotanie niezrozumiałości – trajkotanie o sukcesie;
  • nieodpowiedzialne kroki – ryzykowne posunięcia.

Trans po wchłonięciu dragu ma niewspółmiernie większą amplitudę niż ekstaza po sesji smartfonowej, pomimo sztucznego sfabrykowania rezultatów w obu przypadkach. Analogicznie kontrastuje uniesienie multimedialne z przyjemnością przechadzki po lesie: kolosalny rozziew w przeżyciach, gdyż wędrówka pod koronami drzew koreluje ściśle z procesami biologicznymi, łagodnie doprowdzając do rozprężenia. Na skali upojenia, spacer nie ma szans rywalizacji z szałem telefonów komórkowych: świat mobilny kusi pigułką, otwierającą bramy neuroprzekaźnikowe na ościerz.

W tym sensie, biorąc pod uwagę istną powódź odmóżdżających produktów, komuną łatwo manipulować – równorzędnie gładko przekupimy alkoholika setką, zaś narkomana tabletką. Wypracowana sytuacja pasuje perfekcyjnie do marzeń Edwarda Bernaysa, oficjalnie głoszącego imperatyw kurateli nad pospólstwem bez stwarzania podejrzeń.

Edek zdawał sobie sprawę z bezproblemowości dyrygowania kluczowymi instynktami za pomocą apelowania do kardynalnych potrzeb przeciętnego śmiertelnika (zdrowie, wolność, przyjaźń, sukces, sława, siła, aparycja, bogactwo, demokracja). Jego technikę rychło urozmaicono, w konsekwencji poznania przez naukowców skłonności rasy homo sapiens do notorycznego drażnienia ośrodka błogości – bezustannego wynagradzania się czym popadnie.

Autentyczna przydatność przeszła do historii – firmy konkurują o zmajstrowanie wyrobów lub usług efektywniej nasączających mózg neuroprzekaźnikiem. Stąd konsumenci nierzadko argumentują wybór bezensownych praktyk frazesem „bo sprawia mi to przyjemność”.

Marketingowe pranie mózgu

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Koncerny, z drugiej strony, tłumaczą swoje działania popytem. Zaiste, nie istnieje lepszy rynek niż biochemiczny. Dobrze zinternalizować osobliwość nabijania kasy wielmożom z racji pokupności wytrysków dopaminy – nie z powodu niezbędności wydatków.

Reklama domu starców lansuje zdjęcie pary w podeszłym wieku, mknących na rowerze promenadą nadmorską: on pedałuje, natomiast ona… siedzi na kierownicy! Cyrkowiec uważałby sztuczkę za wyczyn, z kolei Grzesio runąłby z hukiem na bruk (jeżeli w ogóle hycnąłby na kierownicę, przysiadając na niej z gracją sroki). Obydwoje szczerzą śnieżnobiałe ząbki; opalone członki przyobleka nieskazitelna garderoba przednich marek; wiatr rozwiewa włoski w kolorze bynajmniej nie siwym.

Raj! Szczęście! Relaks! Toż starcy w kompleksach opieki uprawiają kolarstwo akrobatyczne, demonstrują smykałki atletów, kumulują przyzwoite zasoby pieniężne, afiszują fizjonomie gwiazd filmowych. Spadek Edwarda Bernaysa: jeżeli pragniesz dla ojca sylwetki Jamesa Bonda, dla matki zręczności Spidermana, a dla obojga rozkoszy, swobody i zamożności, wsadź ich do zakładu dla seniorów. Dopamina wali, petenci łykają haczyk.

Plaża.. Tło tysięcy posterów, ukazujących pary pędzące przez fale (obligatoryjnie sprzęgnięte dłońmi), względnie rodziny skaczące do góry z rozczapierzonymi ramionami plus nogami zgiętymi w kolanach. Pomijając potworny wysiłek, wymagany do biegu po miałkim piasku w tandemie, ewentualnie do poszybowania na wysokość pierwszego piętra ze stawami w teatralnych pozycjach, werbujący statyści mają wyrażające radość, szeroko otwarte mordki z uzębieniem o jaskrawości słońca.

Właśnie takie sceny zawsze widujemy na plażach – naród kica pod chmury, w przerwach galopując z uśmiechem – nieprawdaż? Łakniesz wesołości, dziarskości, kwitnienia, jędrności? Tak?! Kup więc to, siamto, owamto (olejek do opalania, rozpuszczalną witaminkę, wakacje w Pucku, seans terapeutyczny, limuzunę danej marki…), opcjonalnie zaciągnij kredyt w banku. Dopamina buzuje, krocie chętnych spiętrza duperele, Edward Bernays rechocze w grobie.

Grzesio-wizjonarz teoretyzował sklepy odzieżowe, oferujące konfekcję bez żadnego oznakowania, z równoczesnym uchwaleniem ustawy o zakazie pokazów mody. Doświadczenie ukazałoby zaawansowanie dominacji istruktaży marketingowych nad niezawisłością wyboru: czy bylibyśmy w stanie wyselekcjonować ciuch wedle osobistego upodobania? Azaliż Bernays miał rację?

Koncypował odizolowane plemię, nieskalane koncepcjami Edzia. Emigranci do mekki musieliby przejść długą odwykówkę pod okiem psychoterapeutów – wszak nagły zanik stymulacji dopaminowej doprowadziłby do zespołu absencyjnego, połączonego z wybuchami agresji wobec pokojowych tubylców. Szyderczym oskarżeniom o ascetyzm, zacofanie, nudziarstwo itd. nie byłoby końca, jako że równowaga mentalna nosi obecnie szyld drętwości. Jednostki potrafiące zwalczyć presję otoczenia (zrodzoną w fanfarach mass mediów) to odszczepieńcy, zagrażający rozdopinowanej ferajnie, która chce lewitować na bezustannym rauszu bez wyrzutów sumienia.

Ferajna tymczasem winna uskuteczniać ostrożność, bowiem renegaci odstąpią w finale od prób wskazywania oczywistych objawów konspirowania, niesprawiedliwości, wyzysku. Skoro przywoływanie oficjalnych publikacji nie odnosi namacalnego skutku, dochodzą do konkluzji o słuszności odkryć Freuda, Pawłowa, Bernaysa. Wnioskują, iż nie ma racjonalniejszego wyjścia oprócz odgórnego pilotowania nierozgarniętą gawiedzią, następnie dołączają do kontrolującej śmietanki. Czarne owce, znienawidzone przez ogłupione neuroprzekaźnikami tłumy, zostają paniskami: ostatni zostają… pierwszymi.

Świat można zmienić wyłącznie poprzez zainicjowanie transformacji na własnym podwórku – oto słowo niemocarnego Grzesia. Jedna osoba dysponuje potęgą wpływu na 10 omamionych. Krótko mówiąc, 10% nacji wystarcza na rozpętanie bezkrwawej rewolucji.

Co robi? Szpera w literaturze, roztrząsa, dedukuje. Deliberuje – zanim sięgnie do portfela, zaangażuje się w przedsięwzięcie, złoży podpis pod dokumentem. Czy dane zamierzenie zaowocuje, w dowolnym sensie, pożytkiem? Jak wpłynie na jego rozwój? Faktycznie zaoszczędzi pieniądze, godziny, nerwy?

Przedkłada synowi:

  1. Nie idź trzy dżi dlatego, że stada zasuwają trzy dżi. Musztruj wyrafinowanie: elity nie idą trzy dżi – nigdy.
  2. Nie toń w wirach „złych nawyków”, de facto nałogów, byś nie naraził psychiki na bolesną rehabilitację.
  3. Przynajmniej przeczytaj dostępne za darmo książki, opisujące dlaczego świat wygląda tak, a nie inaczej. Nie snuj przypuszczeń – zawierz solidnej edukacji.
  4. Potem uosabiaj drogowskaz ku poczytalności: więcej ludzi twojego pokroju oznacza rosnące bogactwo wspólnoty, słabszy wpływ demagogów, dewaluację przesłanek środków masowego przekazu.

Utopia? Nie utopia, lecz bezdopaminowy standard – tak straszny dla wielu…

————————————————————————————–

Postscriptum

Na przełomie ostatnich 100 lat marketing poczynił niewiarygodne postępy, transformując populację ziemską w wiecznie przeżuwającą krowę. Na tle tej ekspasji, Edward Bernays wygląda niczym niemowlę w pieluszkach, aczkolwiek należał do liderów eksploatacji ludzkich instynktów gwoli napędzania popytu.

W miejsce rozwlekłych opisów taktyk, stosowanych w kampaniach reklamowych najnowszej generacji, zapraszam do obejrzenia doskonałego, 3-odcinkowego dokumentu BBC „The men who made us spend” (w wolnym tłumaczeniu: „Faceci, którzy zmusili nas do wydawania”), dostępnego na wielu witrynach. Nie znalazłem, niestety, polskiej wersji reportażu.

Poniżej lista protagonistów strategii rozkręcających spiralę konsumeryzmu, streszczająca ich kombinacje. Włos się jeży na głowie, chociaż wciąż nie uwzględniamy najgłębszej manipulacji, opartej o wiedzę ściśle naukową na poziomie molekularnym (fizjologicznym, biochemicznym).

Pamiętajmy: wymienione metody stanowią wyłącznie sztuczki, trącające struny bazalnych popędów (zaspokojenie pragnień indywidualizmu, wyższości, seksowności, nieustającej młodości, przynależności do grupy itd.), przytłumiając symultanicznie wyższe funkcje mózgowe kory szarej (obiektywna analiza korzyści płynącej z nabytku).

Spójrzmy, ile energii zostało roztrwonione w celu nabicia kieszeni, bez śladu myśli o rozkwicie ludzkości.

Edward Barnays

Autor książki „Propaganda” (1928). Maleńki cytat mistrza: „Przytomna i inteligentna manipulacja zorganizowanymi nawykami oraz opiniami mas stanowi ważny element demokratycznego społeczeństwa. Ci, którzy trzymają w kontrolujących dłoniach ten niewidzialny ster, konstytuują ukryty rząd, dzierżą prawdziwą władzę nad państwem(*)”. Dla niedowiarków: doktryny są praktykowane. Globalnie, 1500 gazet, 1100 magazynów, 1500 stacji telewizyjnych i 2400 wydawnictw kontroluje (redaguje, cenzuruje) 6 korporacji!(**) Komunizm w przebraniu!

(*) – Tłumaczenie własne

(**) – Źródło: Natural Society

William Meinhardt

Dyrektor niemieckiej firmy Osram, montującej żaróweczki. Za jego namową, parę koncernów z branży (m.in. Philips i General Electric) stworzyło kartel o wdzięcznej nazwie Phoebus (Phoebus cartel). 23 grudnia 1924, przedstawiciele kartelu podpisali w Genewie umowę, standardyzującą ceny plus charakterystykę techniczną produktu. Najważniejszym punktem było postanowienie, że przeciętna żarówka nie ma prawa świecić dłużej niż przez 1000 godzin. Spisek ochrzczono z czasem terminem „built-in obsolescence” („wbudowane starzenie się” albo „planowe starzenie się”), czyli inżynieryjne skracanie żywotności wyrobu (abyśmy musieli kupić nowy na wymianę). Koncept w użyciu do dzisiaj: tysiące przedmiotów wokół nas ulega intencjonalnemu rozpadowi, ewentualnie przestannie spełniać przypisane funkcje dzięki elektronicznemu kodowi. Na nic myśli o oszczędzaniu!

Alfred P. Sloan

Dyrektor General Motors w latach 1920-1950. Ojciec segmentacji rynku oraz kreacji niezadowolenia („creation of dissatisfaction”). Zamiast podążać drogą Henry Forda (składanie samochodów o identycznym wyglądzie czy kolorze), montował bryki dla każdej klasy społecznej (od tanich do bardzo drogich). Ponieważ trik nie pracował na dłuższą metę, wprowadził coroczne alteracje barwy, sylwetki tudzież nazwy modelu, rozpoczynając nurt nabywania obiektów materialnych dla fasonu (nie z powodu potrzeby). O ile William Meinhardt inkorporował degenerację w sam towar, o tyle Alfred P. Sloan wyczarował przedawnienie produktu w… głowie klienta! Prekursor częstej modyfikacji (nabywanie nowego wariantu, okrzyczanego w reklamach mianem „modnego”).

Antony Fisher

W latach 70. pośpieszył z pomocą rządowi brytyjskiemu, sklecając przesławną frazę „free market” („wolny rynek”). Utożsamienie konsumeryzmu z wolnością porwało serca otumanionych Anglików i całego świata: odtąd wszyscy wydawali w celu poczucia… niezależności wyboru, a dodatkowo znienawidzili socjalizm za brak podobnej swobody. Jednym sformułowaniem osiągnięto dwa cele: polityczny (preferencja kapitalizmu) plus ekonomiczny (kontynuacja wzbogacania arystokracji).

Mike Riddle

Twórca programu komputerowego AutoCAD (1982), potrafiącego za grosze projektować wymyślne formy opakowań bądź obudowań. Powierzchowność zaczęła udawać różnorodność: analogiczny szampon przybiera plejadę odmian (ze względu na melanż kształtów butelek czy kompozycji graficznych etykietek).

Swatch

Znana marka szwajcarska. Złamali reguły gry na targowisku czasomierzy, inicjując taśmowe bicie milionów plastikowych bubli. Z uwagi na znaczny obrót (pojedynczy petent zaopatrywał się przeciętnie w 12 sztuk swatchów na rok), zgarnęli kolosalne dochody, uśmiercając jednocześnie ideę pierwszorzędnego chronometru na całe życie. Zainaugurowali erę zegarka-bransoletki, selekcjonowanego w zależności od dąsów, okazji, garderoby.

Ingvar Kamprad

Założyciel IKE-i. Zrewolucjonizował dekorację i umeblowanie wnętrz, namawiając do wywalenia starych rupieci, porzucenia emocjonalnych więzi z paroletnimi gratami, modernizacji poprzez urządzenie mieszkań sprzętem szwedzkim. „Wszystko jest jednorazowe” – oto motto IKE-i. Nawet trendy. Postulat uskrzydlił ciżby, opróżniające konta w zamian za poczucie progresywności.

Steve Jobs

Szef Apple. Champion celebracyjnych promocji, nieustannych aktualizacji, praktycznej utylizacji kompletu poglądów wyżej wymienionych gości. Credo: „Troszeczkę nowsze, troszeczkę lepsze, troszeczkę wcześniej”. Oczywiście, zero filozofii użyteczności.

Clotaire Rapaille

Psycholog, antropolog, mocarz marketingowy, wykorzystujący prymitywne odruchy człowiecze do opylenia czegokolwiek. Włamuje się do podświadomości, wzniecając obawy (na przykład przed wypadkiem drogowym), aby sprzedać rozwiązanie (powiedzmy samochodzik typu SUV: ogromny, nieekonomiczny, iluzorycznie solidny, aczkolwiek bardziej wywrotowy niż zwykły sedan, zatem… mniej bezpieczny).

Listerine

Płyn do płukania ust, słynny z reklamy w latach 50., obiecujący skuteczną ochronę przed halitozą. „Halitoza” brzmi przerażająco, tymczasem oznacza jedynie brzydki zapach z ust, niwelowany skutecznie przegryzieniem jabłuszka. Listerine otworzyła wrota strachu przed tajemniczymi patologiami, pociągającymi za sobą konsekwencje praktyczne (panienka ze śmierdzącą buzią nie znajdzie za cholerę partnera, chyba że wymoczy codziennie paszczę w magicznej zawiesinie).

Henry Gadsden

Dyrektor giganta farmaceutycznego Merck. Marzyciel, pragnący upłynniać leki bezpośrednio do klientów, jak gumę do życia. W sukurs pośpieszyli spece kiermaszowi z Saatchi & Saatchi. Przekomponowali oni symptom zgagi na zjawisko o super profesjonalnej nazwie: „gastroesophageal reflux disease”, w skrócie GERD (po polsku „refluks żołądkowo-przełykowy” – wyraz „disease”, czyli „choroba”, prawidłowo pominięto w naszej nomenklaturze). Agresywna propaganda wszczepiła w niegramotne masy lęk przed poważnym problemem zdrowotnym, chociaż pieczenie w żołądku należy wyłącznie do subiektywnej dokuczliwości po przeżarciu, ustępującej samoistnie po godzince. Sztucznie spreparowano „pacjentów” ze zdrowych obywateli, a sprzedaż tabletek Zantac wystrzeliła w stratosferę: roczne przychody koncernu wzrosły z tego tutułu o… 3 ,5 miliardów dolarów (3 500 000 000 USD).

Odsłona 27 - Idziemy trzy dżi! - Część I Czytaj część I

Publikacja umieszczona w kategorii FILOZOFIA | Format PDF (1.0 MB) – pobierz Pobierz 2 części publikacji Idziemy trzy dżi! w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: