Być

Ojciec i synDoniesienia z jackowego frontu nauki należały komunikatów raczej mętnawych, okazyjnie ździebko niedorzecznych. Ojcowskie przwrażliwienie?

Grzesio studiował w Polsce w latach 80. Stosowana wówczas skala ocen od 2 do 5 pozwalała na efektywne poszufladkowanie produktywności uczniów:

  • nieuk (niedostateczny) – dwója (2);
  • aby-aby (dostateczny) – trója (3);
  • w miarę (dobry) – czwóra (4);
  • w sam raz (bardzo dobry) – piątka (5).

Nauczyciele karali minusami nie przykładających się leni. Zachęcali też plusami obiboków z widokami na poprawę:

  • coś tam umiejący idiota – dwója z plusem (2+);
  • zagrożony kretynizmem – trója z minusem (3-);
  • widać perspektywy na przeciętność – trója z plusem (3+);
  • ciągoty do motłochu – czwóra z minusem (4-);
  • okaż posłuch, a przyjmiemy w szeregii towarzyszy przodowników – czwóra z plusem (4+);
  • oj ti ti! – piątka z minusem (5-).

Czasami stopnie dekorowano długimi minusami bądź wielgachnymi plusami, w celu graficznego odzwierciedlenia kaprysów belfra („No dobra! Daję tę piątkę, ale z ogonem Godzilli! Nieładnie, prymusku!”; „Duża szansa! Proszę: trója z wiatrakiem dla Jasia! Ino tak dalej!”). Prominentom zazwyczaj doczepiano kity do ocen o wyższym nominale, zaś podopiecznych w niełaskach gratyfikowano krzyżykiem przy niższych notach.

Uczelnie zagraniczne mierzą wiedzę procentowo, co teoretycznie stanowi obiektywniejszy system aniżeli banalna ewaluacja czterocyfrowa (obecnie bodajże sześciocyfrowa: wprowadzono jedynkę z szóstką). Oprócz oszacowywania egzaminów, przyznają punkty (credits) za przeróżne aktywności: zrealizowanie projektu na temat reakcji klientów wobec absencji reakcji obsługi na reakcję klientów; uczestniczenie w ponadplanowej debacie odnośnie gwiazdy RX190-p w konstelacji Prega; przynależność do kółka zainteresowań sznurkami pakowymi; zawody sportowe w ringo.

Nic niezwykłego przeto, iż biedny, postkomunistyczny Grzesio nie potrafił rozszyfrować faktycznej siły akademickiej syna. Obwiniał za złe przeczucia nierozeznanie w funkcjonowaniu kapitalistycznej budy.

– Jak idzie?

– Świetnie! Wyrobiłem 40% na teście, jednakże finałowy egzamin decyduje o całokształcie, więc nie pękam. Ponadto dostałem 3 kredyty za badania składu chemicznego kupek komarów: doliczą do następnego kwartału, zatem zmartwienia na bok!

– Co słychać w szkole?

– Kapitalnie! Średnia z 4 sprawdzianów to 51%, lecz zapomnieli dodać 5 kredytów z tutułu urządzenia pogadanki o pogadankach – jutro im napomknę. Poza tym zaliczyłem esej zatutułowany „Gdyby nawet babcia miała wąsy, toby dziadkiem nie mogła być” na 84%! Jedynie cztery osoby zakosiły powyżej 80%!

– Aha… To znaczy… Bo…

– Przy ogólnej średniej ponad 50%, egzaminów w zasadzie nie biorę pod uwagę! Dołożyli także 7 kredytów na kolejny rok – nagroda za moje osiągnięcia w grupie dyskusyjnej „Historia koszenia trawy”. Same pozytywne wieści!

Brak orientacji w mętliku procentów, punktów oraz średnich tłumił niepokój tylko częściowo, bowiem Jacek nie nawiązywał półsłówkiem do sukcesywnego semestru studiów: kosztów, kwatery, preferowanych zajęć. Kwestie trywialne miażdżyły w znaczeniu znajomość zawikłanych mechanizmów kwalifikacji uniwersyteckich.

Zadek z penisem

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Demonstrował cierpliwość, niejako proklamując synowi męską ufność.

Czekali na wyniki końcowych egzaminów. Jacek co minutę ładował tę samą stronę w przeglądarkę, grając jednocześnie w Dooma.

Wreszcie tabelki bazy danych wypełniły liczby: procentowe oceny czterech przedmiotów. Podrzucając nerwowo nogą, cwałem wyrecytował:

– 58%, 61%, 39%, 44%. No nic, będzie ekstra sesja z geologii i biofizyki.

Pokój momentalnie wypełniły wybuchy granatów zmieszane z rechotem broni maszynowej: następny stwór poległ w odległej, opuszczonej stacji kosmicznej Dooma.

– Czy znasz datę sesji poprawkowej? – zapytał konkretnie Grzesio.

– Jeszcze nie – wzruszył ramionami Jacek, unicestwiając miotaczem ognia wypasione zwłoki obrzydliwego, sinego faceta. Umarły, paradoksalnie, łaził w pokraczny sposób. Znieruchomiał po zainkasowaniu strumienia płomieni.

– Przestań się bawić komputerkiem – wycedził z naciskiem. – Chcę widzieć twoją twarz, kiedy ze mną rozmawiasz.

Chłopak kliknął ostentacyjnie jeden z klawiszów, zrobił szybki zwrot na krześle. Na ekranie zastygł obraz ogromnego pająka, rozbryzganego w połowie przez broń chyba laserową.

– O co chodzi? – wyszczekał buńczucznie. W jego wzroku ojciec dostrzegł bezczelność zakrapianą strachem.

– Podaj mi termin egzaminów poprawkowych.

– Skąd mam wiedzieć? Trzeba zweryfikować z dziekanatem, no nie? Zresztą, uzbierałem kredyty za…

– Jacek! – Grzesio uniósł głos. – Co ty bredzisz? Dlaczego traktujesz starego jak idiotę? Muszę znać prawdę – zasługuję przynajmniej na ten gest z twojej strony.

– No przecież mówię tobie prawdę – tkwił w beznadziejnym uporze.

– Tak? Chwytaj więc za telefon, dzwoń migiem na uniwerek! Zbierz wywiad w sprawie rzekomych klasówek korekcyjnych – szydził. Wepchnął słuchawkę w dłoń syna. – Dryndaj!

Oczy Jacka zaczęły błyszczeć, bynajmniej nie ze szczęścia.

– Porzucę kursy, które wypadły słabiej – trajkotał. – Z zarobionymi kredytami powtórzę materiał później, powiedzmy w trzecim kwartale. Wyrobiłem wspaniałą opinię jako społecznik – wykładowcy namiętnie mnie popierają. Moje referaty, najlepsze w grupie, gwarantują…

– Jacek!!!

Cisza.

Zwiesił głowę. Rozchylone wargi lekko dygotały.

– Zawaliłem rok… Wyrzucili mnie… – wymamrotał drżąc.

Inercja myśli… Zdruzgotany tata westchnął cichutko, przełknął ślinę.

– Idziemy na spacer – zaordynował.

Nie dbał kompletnie o oblane egzaminy czy stracony rok na uczelni – serce rozdzierała świadomość bycia oszwabianym. Dlaczego Jacek ukrywał swoje zmagania? Po cóż błaznował, tuszując niepowodzenia bełkotem o błachych, iluzorycznych sukcesach?

Gramolili się w milczeniu pod górę leśnym szlakiem. Doszli do niewielkiej polanki: pod monstrualnym drzewem stała zapraszająca ławeczka. Przysiedli, wyciągnęli nogi, zaczęli intensywnie lustrować swoje buty, jakby zdziwieni obecnością wierzchniego okrycia stóp.

Grzesio prawił wolno, dobitnie. Przed Jackiem trzy ścieżynki do wyboru: praca, wojsko, powrót na uniwersytet na inny wydział. Pierwsze dwie opcje oznaczały bezwarunkową wyprowadzkę z domu papy.

Zrównoważony ton kontrastował z emocjonalnym wulkanem – duszę rozszarpywał ryk rozpaczy, płacz przeraźliwy… Logika nakazywała uzmysłowić 19-latkowi nieuchronność samodzielnego utrzymania, miłość z kolei skłaniała do porwania go w ramiona, pokrzepienia, ochoczej partycypacji w morderczych przygodach na platformach Dooma.

Okiełznanał spontaniczne sentymenty na rzecz roztropnych postaw. Na szali spoczywała wszakże integralność Jacka, której nie poddałby konsekracji na ołtarzyku samolubnych namiętności, aby prowizorycznie uśmierzyć tragedię młodego człowieka i stworzyć pozory bajeczności istnienia.

Nie ponosił odpowiedzialności za klęskę w boju akademickim syna. Odczuwał winę, ponieważ Jacek, stosując ordynarne taktyki mistyfikacyjne, zataił istotne problemy. Otwarcie mu obwieścił swoje fiasko wychowawcze. Zgwałcenie szczodrego zaufania rodzica to cios najgorszy z możliwych, poddający w wątpliwość owocność poważnego traktowania dziecka.

Dwie alternatywy: albo w pojedynkę stoczy walkę z życiem, albo pozostanie na pewien czas przy trochę nieudacznym, ale kochającym, ojcu. Fatum nie obdarowało go przesadnie nadzwyczajnym starym, a przypadek sprawił pobyt na skraju świata, z dala od familijnego grona. Nie mają nikogo, prócz siebie – z plejadą osobistych wad, przypadłości, odskoków…

Spojrzał Jackowi prosto w oczy: dosadnie zakomunikował, że wciąż stawia na niego wszystko, co posiada. Wykształcenie niekoniecznie buduje fundamenty egzystencji, niemniej jednak studia formują nawyk niezależnej nauki w przyszłości – z tego punktu widzenia są korzystne.

Powolnym krokiem dobrnęli do mieszkania. Grzesio klapnął na kanapie, Jacek wszczął masakrę w korytarzach Dooma.

Po paru minutach porzucił wściekłe strzelanie, usiadł u boku taty, zakleszczył go uściskiem. Roztrzęsiony, począł łkać całym ciałem. Z wolna szloch nabrał mocy ryku ranionego zwierza. Co rusz obsuwał się na podłogę, po czym wdrapywał z powrotem, by zawisnąć na rodzicielskich barkach. Koszulę Grzesia zmoczyły nieuronione od roku łzy…

Minęła nieskończoność, zanim wycieńczony zasnął na kolanach ojca, który nie zakłócił odpoczynku syna pojedynczym drgnieniem. Był.

Motywacja do rektora, organizowanie rekomendacji, wypełnianie podań. Przychylna odpowiedź: ponowne przyjęcie na okres próbny. Poszukiwanie stancji, podpisywanie kontraktów, selekcja przedmiotów. Telefony, e-maile, faksy. Jacek działał sam. Grzesio był.

Opłaty. Usadził syna przed witryną bankową, nakazał zrealizować niezbędne przelewy. Jacek obserwował topniejące w przerażającym tempie – z każdym kliknięciem myszki – zasoby pieniężne. Grzesio przycumował na uboczu: był.

Transformacja orientacji akademickiej ze ścisłej na humanistyczną była posunięciem remedialnym: ze sponiewieranego, zagubionego, kombinującego panikarza wytrysnął osobnik asertywny, ambitny, zbalansowany, uczciwy, studiujący z zaangażowaniem. Metamorfoza skatalizowana iniekcją nadziei – w momencie kluczowym nie nastąpiło obdarcie nieszczęśnika z wiary w indywidualny potencjał. Wręcz przeciwnie, ojciec manifestował wspaniałomyślność wtedy, kiedy racjonalne pobudki nakazywały narzucenie kary w parze z surową kontrolą. Postępowanie odmienne (zgoła nielogiczne) okazało się w ostatecznym rozrachunku sensowne.

Symultanicznie, Grzesio uległ przeobrażeniu z nadzorcy w latarnię morską, błyskającą światem w chwilach jackowych dryfów w paszczę tajfunu. Poniechał doglądania w imię czuwania. W rewanżu otrzymał dar nad darami: kategoryczną szczerość jedynaka, uprzytamniającego sobie zyski płynące ze skarbca doświadczenia ojca. Pojął wydajność profilaktyki w porównaniu z renowacjami po zniszczeniach.

Specjaliści sugerują poświęcanie latorośli czasu, tymczasem Grzesio nauczył się być nieprzerwanie. Dla ukochanych, jest osiągalny zawsze, wszędzie, na zawołanie.

Osobliwie, łatwa dostępność nie prowadzi do wyzysku dobrodzieja-naiwniaka ze strony bliźnich, ale wznieca respekt: ludzie odruchowo szanują przestrzeń życiową niezawodnej osoby.

—————————————————————————

Dzień przeprowadzki. Faceci z firmy przewozowej wtaszczyli wszystkie bambetle do nowej strzechy. Sterczał pośrodku pokoju gościnnego, spoglądając ze zniechęceniem na galimatias kartonów, sprzętu, mebli. Była godzina 8 rano.

Nagle telefon od Jacka. Przez poprzednią noc rwały biedaka bóle brzucha. Odwiedził lekarza natychmiast po otwarciu przychodni. Doktor zdiagnozował zapalenie wyrostka robaczkowego. Zabierają go do prywatnego szpitala, oddalonego o 100 kilometrów, na operację.

Tak, dobrze, na razie.

Siadł na podłodze pomiędzy porozrzucanymi gramotami. Po kwadransie otępienia wstał, spakował podstawowe ciuchy i przybory toaletowe, zamknął drzwi, wsiadł w samochód. Po drodze zadzwonił do szefowej: czmycha do chorego syna, z zaplanowanych obowiązków nici, do widzenia pani.

Na lotnisku wykupił bilet na najbliższy samolot. Krótki, godzinny lot. Potem gromko popędzał taksówkarza. Wparował galopem do szpitala, zaraz po wtoczeniu Jacka na salę operacyjną. Po zabiegu człapał za łóżkiem, transportującym jego dziecko na narkotykowym haju. Na oddziale wysłuchał kawalkady przekleństw odurzonego wciąż pacjenta. Siostra uciszyła aroganta zastrzykiem – chłopak zapadł w kamienny sen.

Kupił jogurty, soki, batoniki czekoladowe, magazyny. Warował cierpliwie.

Po południu Jacek rozwarł powieki – spozierał na Grzesia zdziwiony. Tata, ty tutaj? Tak, jestem tutaj. Chcesz pić? Bananka? Tak, mam wilczy apetyt! No to żryj na zdrowie!

Samcze żarciki, zwymyślanie cholernego wyrostka robaczkowego, zrecenzowanie seksownej pielęgniarki. Koniec odwiedzin. Taryfa, hotel, prysznic, pod wieczór nazad do kilniki.

Trzy doby wizyt, prezencików, pogaduszek, wsparcia przy pierwszych krokach do kibla. Ewentualnie siedzenie w ciszy, czytanie, pstrykanie na klawiaturze laptopów – atmosfera praktycznie domowa.

Wypis, załatwianie przewózki do uniwersytetu, rejs do domu: teraz można rozpakować pudła, porozstawiać graty, zajrzeć do roboty…

Był tam, gdzie powinien być. Reszta stanowiła nic nie znaczący poszum.

Bez względu na okoliczności, Grzesio jest: sługą (nie zarzącą) praktykującym synergizm (nie kompromis) w zgodzie z nurtem natury (nie w drodze wyrzeczeń).

Największą moc oddziaływania na syna jest bycie dla niego.

Publikacja umieszczona w kategorii OJCOSTWO | Format PDF (0.6 MB) – pobierz Pobierz publikację Być w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: