Prezenty

PrezentyNadchodzący wylot do kraju rodzinnego miał być ukoronowany spotkaniem z dawno nie widzianym ojcem, co wywoływało u Grzesia dreszcze emocjonalne. Zadecydował uradować tatę upominkiem – czymś szczególnym, sprawiającym niewymowną przyjemność godłem unifikacji po latach.

Dumał, łazikował po sklepach, szukał natchnienia serfując po odległych zakątkach internetu, męczył kumpli o poradę. Po tygodniu dywagacji i bieganiny podjął decyzję: zakupił piękny, ręcznie wykonany, drewniany model starego żaglowca. Papcio pasjonował się tematyką morską, umiejąc opisać z najdrobniejszymi niuansami łajby zbudowane w dowolnej erze, stąd prezent był przedni.

Owinął konstrukcję miękkim papierem, zabezpieczył folią bąbelkową, z namaszczeniem ulokował w wyścielonym poduszkowatym materiałem pudle. Przytulając pakunek czule do piersi, przetransportował go w charakterze bagażu podręcznego, uniemożliwiając podstępnym rabusiom z obsługi linii lotniczych buchnięcie rarytasu.

Wymiana uścisków, klepanie po łopatkach, męskie spojrzenia w oczy. Witaj, zachodź, usiądź. Herbaty? Kawy? Westchnienia, solenne milczenie, kłopotliwa niezręczność: minęła dekada…

Po co słowa! Ojcze, zobacz, przywiozłem dla ciebie! Proszę, otwóż… Ostrożnie, na miłość boską!!!

Stary rozpakowuje ceremonialnie, pieczołowicie montuje części według instrukcji, rozkłada płócienne żagle, mocuje konstrukcję na podstawce. Wybiera półkę, usuwa z niej stare szpargały. Dzierżąc model niby monstrancję, z nabożeństwem stawia na wyeksponowanym miejscu.

Obydwaj patrzą z podziwem na gotowe dzieło: oczy błyszczą radością, uśmieszki zadowolenia. Zna ten statek: z XVII wieku, używany do wojaży handlowych, rewelacyjnie szybki. Wyjmuje ogromną księgę, kartkuje, odnajduje zdjęcie – proszę, bliźniacza łódź! Przytacza więcej informacji, nawija z entuzjazmem. Grzesio nie słyszy: cieszy go ekstaza rodziciela.

Ale zaraz, zaraz! Omalże by zapomniał! On także ma suwenir na okoliczność wizyty latorośli! Otwiera szafkę. Z idealnie ułożonego stosu wybiera dwa puzderka – wręcza je synowi.

Tekturowe, szare, płaskie, wydłużone pudełka, identyczne gabarytowo. Drżącym z podniecenia rękami Grzesio otwiera pierwszy kartonik. W środku leży plastikowy, czarny, dość grubawy długopis. Na jego boku widnieje nazwa giganta farmaceutycznego, rozdającego duperele tego rodzaju w toku prezentacji promocyjnych.

Zagląda do następnego pojemniczka – wewnątrz ekwiwaletny przybór do pisania. Kolor ten sam. Firma ta sama.

Zamiera zdławiony… Bezdyskusyjnie, podarunek utknie kością w gardle na wieczność. Dar podkreślający jednoznacznie stan rzeczy: nic nigdy nie ulega zmianom.

Ojciec kontynuuje akcentację status quo – anonsuje rychłą projekcję filmu. Włącza telewizor, zasiada w fotelu, zapala papierosa. Czarno-biały dokument z drugiej wojny światowej. Żołnierze mają groteskowe ruchy szybkich robotów. Dla większego wrażenia nałożono komputerowo paletę efektów dźwiękowych na niemy seans (wybuchy, strzały, jęki, warkot silników itd.). Przemykają sceny wychudzonych jeńców z wytrzeszczonymi gałami, tkwiących w bezruchu za drutem kolczastym; martwych ciał; ukontentowanych facetów w czarnych mundurach ze swastyką na ramieniu; tłumów kroczących z tobołami po drodze. Co sekundę ktoś, coś wylatuje w powietrze.

Tata namiętnie komentuje makabryczne wątki, jednakże syn nie zwraca uwagi. Chce uciekać daleko – powtórzyć numer sprzed 10 lat, kiedy pierzchnął z domu (nie z kraju) tysiące kilometrów w głąb świata.

Pokoleniowe redezvous… Fantazjował o spacerze z pogawędką, dostał korporacyjne pisadła zakrapiane spektaklem militarnym.

Grzesio często deliberuje, dlaczego pamięta specyficznie te najgorsze podarki? Wytęża umysł, na próżno usiłując wskrzesić obraz prezentów, otrzymanych od świętego Mikołaja, na Boże Narodzenie, na Wielkanoc, na urodziny. Potencjalnie reprezentuje ewenement rasy homo sapiens… Może reszta obywateli pieści w reminiscencjach setki upominków, zaś on – ustawicznie nienasycony niewdzięcznik – żąda od ludzi bóg wie czego?

Prezenty stanowią – de facto – atawizm. W przeszłości bogate kasty, ażeby zaznaczyć przewagę nad szmirowatym pospólstwem, obsypywały biednych różnościami (niekiedy pieniędzmi) podczas ustawowych obrządków zwanych świętami. Równolegle praktykowano hołdy, uskuteczniane ku wyrażeniu uwielbienia panujących wielmoży, bądź składano daniny bóstwom w celu wyżebrania miłosierdzia, lepszej pogody, względnie (bez owijania w bawełnę) kasy.

Słowem, fakt obdarzania zwiastuje negatywne konotacje albo pychy, albo przekupstwa, przenikając pod pretekstem fajnej tradycji w naszą realność. Przecież kochamy doznania dominacji, doświadczając prób korumpowania nas. Równorzędnie przepadamy za okazywaniem wspaniałomyślności w trakcie szafowania upominkami. Wielu głosi dobroczynność wszem i wobec – oficjalnie, bez skrupułów, poprzez mass media, przy obecności sfory dziennikarzy – nieprawdaż?

Pytanie brzmi: co jest rzeczywistą, uczciwą pobudką, skłaniającą człowieka do dawania prezentów – zwłaszcza w okresach, gdy podarki należą do oczekiwanej część obyczaju?

Nieufny subiektywnym domniemaniom, Grzesio przeprowadził mały sondaż wśród znajomych. Ku jego zdziwieniu, rzadko kto wyliczył 2 do 3 otrzymanych upominków (generalnie tych z ostatniego roku), zatem nie tylko jemu parowały one z głowy. Gdzie leży więc sens szaleńczego galopowania po sklepach z okazji urodzin Jezusa Chrystusa (ewentualnie w rocznicę jego śmierci), nabywania hurtem przedmiotów, wtykania ich potem – niczym fetyszów frajdy – bliźnim, którzy nie odnotują ani co zakosili, ani od kogo?

Poniekąd inscenizujemy widowisko dla siebie, zwłaszcza w obliczu najbardziej interesującego znaleziska grzesiowej ankiety: otóż każdy indagowany, bez wyjątku, sprostał zadaniu spisania wielu rzeczy podarowanych innym!

Warto rozpatrzyć różnice pomiędzy prezentem a niespodzianką, oraz pomiędzy jałmużną a ofiarą.

Pewnego razu Grzesio cierpiał z powodu wirusa żołądkowego. Zarazek powalił go znienacka paraliżującymi bólami brzucha.

Popołudniem zadzwonił Krzysio. Przez kwadrans wysłuchiwał cieniutkiego głosiku umierającego Grzesia. Życzył wytrwałości, szybkiego powrotu do zdrowia. Chorutek odłożył słuchawkę, następnie zwinął się w kłębuszek na łóżeczku, cichutko pojękując.

Po dwóch godzinach pukanie do drzwi. Któż to? Krzysio! Przyjechał z siatką prowiantu! Zakupił leki po drodze! Sok pomarańczowy, świeże bułeczki, masełko, szyneczka, winogronka, aspirynka, witaminki. Pacjent nie był w stanie przełknąć ani kęsa, lecz rozjaśniał na widok kolegi.

Pogaworzyli, oglądnęli głupawy film ze Stevenem Seagalem, porzucali męskimi kawałami. Rehabilitacja kuracjusza postępowała w zawrotnym tempie. Krzyś został na noc, ponieważ stacjonował w mieście oddalonym o 120 km – z samego ranka popędził z powrotem do roboty.

Nie sposób zapomnieć podobnego epizodu. Do dzisiaj odmaluje detale owego spotkania: wymieni zawartość torby z zakupami, tematy pogawędki, odkurzone dowcipy, strawy przyrządzone na kolację. Kumpel oszołomił nieprzewidywalnym: przejechał kawał drogi, aby z nim zwyczajnie pobyć, dodać otuchy, pomóc w dowolny sposób. Podzielił się wszystkim, czym rozporządzał: troską, energią, wolnym wieczorem. Niepozorowany prezent, nasycający duszę tudzeż będący żródłem pozytywnej edukacji na wieki.

Przykład z innej beczki… Kiedyś posiadał żonę, ale uciekła w ramiona Południowoafrykańczyka. Świeży amant zarządzał prywatnym biznesem, tryskał zamożnością, pachniał pierwszorzędnymi perfumami. Na dobitkę szpanował biegłością latania na niesztamponowym spadochronie, ciągniętym przez motorówkę.

Grzesio nie władał przesadną ilością kasy, poza tym zamiast kupić uprząż do nadwodnego fruwania, idiota umeblował chałupę. W konsekwencji zniknęły szanse pokonania szybującego romea – został opuszczony na pastwę lądowej wegetacji. Na otarcie łez wtryniono mu syna Jacka, którego zresztą nie oddałby pod atakiem całego szwadronu lewitujących lowelasów.

Zanim sromotnie przegrał konkurencję, w dobie tak zwanego szczęśliwego pożycia małżeńskiego, zafundował dawkę szoku wybrance swego serca.

W zwykły dzień, w drodze z centrum handlowego, wszczął w samochodzie karczemną awanturę o nic, odbiegając teatralnie od standardowej galanterii: wrzeszczał, wytykał głupotę niewieścią, przedrzeźniał. Dość powiedzieć, że przy samym domu owiały ją zdenerwowanie, zrezygnowanie, smutek – plejada negatywnych emocji. Rozkazującym głosem dyktatora polecił załamanej kobiecie zilustrować pożytek płynący z jej egzystencji: otworzyć bramę wjazdową, pozwolić chlebodawcy wygodnie wjechać.

Wycieńczona bezsensowną kłótnią, ostentacyjnie realizowała dyrektywy. Po dźwignięciu wrót garażu, ujrzała zaparkowany w środku, błyszczący nowością… samochód. Dla niej.

Widok wywołał w niej wpierw dezorientację: przypuszczalnie zaparkowali przed cudzą strzechą? Zwróciła pytający wzrok na męża, wyglądającego już zupełnie normalnie, uśmiechniętego od ucha do ucha. Oniemiała! Potrzebowała minuty na odzyskanie sił – skoczyła na Grzesia, wtuliła w niego dygoczące ciało, okładała go ciosami miłości. Płakała, bynajmniej nie z rozpaczy.

Robił z prezentu celebrację – nie z celebracji sposobność do wręczania oklepanych bibelotów. Natura wyposażyła nieboraka w nawyk upajania: pragnął, by jego wielkoduszność zapisała się złotymi zgłoskami w księgach życia drugiej osoby.

Po rozwodzie rozpoczął ponowne łowy matrymonialne. Po roku korespondencji przeplatanej wzajemnymi wizytami, skusił polską białogłowę do przybycia na stałe do groźnego RPA.

Z racji jej męskiej decyzji, wydrukował dwie książeczki zatutułowane „Jak to się zaczęło” oraz „Jak to się toczyło”. Pozycje po sto stron każda! Zawierały chronologiczny (z datą, dniem tygodnia, godziną) wydruk wszystkich SMS-ów i e-mailów, jakie kiedykolwiek wymienili – uwzględniając te z samotnym, graficznym uśmieszkiem lub pojedynczym słowem („Tak!”, „Dobrze” itd.). Imponujący zapis poprzeplatał kartkami ze wspólnymi zdjęciami.

Kto włada mocą przywołania z czeluści przeszłości elektronicznych tekstów, zastępujących obecnie listy? Jest jednak czystą przyjemnością czytanie sporządzonego rejestru komunikacyjnego, obejmującego mnogość czułostek, żarcików, flircików, przyrzeczeń itp.

Istotnie, niewiastę zatkało z wrażenia. Pozostałe upominki, dołączone do dwutomowego arcydzieła, wylądowały zapewne na śmietnisku zapomnień. Związek znalazł, niestety, tragiczny finał, aliści pamiątka po nim przeszła do historii.

Materialne prezenty przystoi okrasić klasą, pomyślunkiem, zaskoczeniem. Ciężko autentycznie uradować, kiedy donację prognozuje stereotypowa uroczystość.

Sponsorzy nierzadko konkurują pomiędzy sobą, marząc cichaczem o palmie pierwszeństwa w zawodach o spowodowanie najintensywniejszego zachwytu u biorcy. Doprowadzają w efekcie do nieprzyjemnych doznań, wypływających sporadycznie na wierzch pod postacią ploteczek, sarkastycznych uwag, pogardliwych uśmieszków.

Solenizanci z kolei stoją przed zadaniem nie lada: zobowiązani są wyrazić euforię po wypróżnienu byle paki. Przygniatające przedsięwzięcie dla grzeszącego absencją dyplomacji Grzesia, zabiegającego bezskutecznie o ukrycie rzetelnych impresji. Po otrzymaniu kolejnej książki, nie do strawienia nawet w izolacji na samotnej wyspie, wydławi: „Dziękuję serdecznie! Co za wspaniała lektura!” – z groteskowym szczerzeniem zębów, ironią wymalowaną na twarzy, głosem raczej sardonicznym w brzmieniu. Wrodzony mankament – łatwo go rozszyfrować, niezależnie od maskujących wygibasów.

Prezent musi być!

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Nie istnieje tymczasem dar większy od udostępnianiania wsparcia, zaufania, podziwu, ekspertyzy…

Grzesio swobodnie wspomina Dziadziunia, opowiadającego my bajki przed pójściem spać; ojca, pozwalającemu mu parę razy poprowadzić samochód; kolegi marynarza, wybierającego specjalnie kontrakt na statku, zawijającego w ciągu marszruty morskiej do portu w RPA (aby mogli się spotkać); obcej kobiety, pożyczającej mu pieniądze na pociąg (ktoś ukradł mu portfel); spontanicznego e-maila od syna, wyliczającego grzesiowe osiągnięcia plus zalety (jego dziecko, o dziwo, szerzyło pokrewne poglądy); przepięknej koleżanki po fachu, przytulającej z czułością pacjentkę (przepracowane doktory z chęcią zamordowałyby wyjącą w niebogłosy ciężarną, toteż akt nad wyraz czarującej dziewczyny kontrastował zasadniczo z namiętnościami zespołu, wypalając ewokację nie do zatarcia).

Mógłby odtwarzać analogiczne chwile, utrwalone zacnymi gestami, bez końca, natomiast otrzymanych prezentów (oprócz żenująco chybionych) nie pamięta…

Rozważmy fenomen wszechobecny, instynktownie pojmowany: im bardziej manifestujemy szlachetność, tym mniej ludzie wypatrują od nas dewocjonaliów lojalności. Fizyczny podarunek, niejako obowiązkowy przy jubileuszach, oficjałkach, weselach itd., traci moc symptomu więzi w obliczu nieustannych afirmacji z wyższej półki: przychylności, solidarności, sympatii, życzliwości itp. Usłyszymy magiczne słowa: „Niczego od ciebie nie oczekuję – po prostu przyjdź na imprezę. Proszę, nic nie kupuj!”.

Powyższa obserwacja potwierdza początkowy argument: upominki niosą wyłącznie echo epok zacofanych. Zaiste nieprzerwanie dojrzewamy psychicznie, duchowo tudzież intelektualnie w ramach ewolucji; dokonujemy odkryć naukowych; uczymy się na błędach; dążymy ku harmonii z biosferą; modyfikujemy aspiracje. W tym sensie, powszechne liczenie na daninę w postaci fetyszów, wypada określić mianem… prymitywizmu? Przejaw lęku o opinię środowiskową, niwelowanego ulgą po zarówno zainkasowaniu daniny, jak i okazaniu osobistej szczodrobliwości? Słabość?

Grzesio, człek niemocarny, nie zawróci Wisły kijem. Tabuny osobników pochłonęła bożonarodzeniowa gorączka. Obyczaj nakazuje powymieniać się przeróżnymi talizmanami – tak przystoi. Nie widzi w tym absolutnie nic złego, aczkolwiek nie zaszkodzi odrobina medytacji nad pobudkami, skłaniającymi do pędzenia nurtem rytuału.

Czy oby nie mówimy o jednej z mód, energicznie promowanych pod płaszczykiem tradycji?

Kontemplował: czy dysponuje siłą zaniechania trendu, pozwalającego zarobić miliony wielkim biznesom? Słowem, czy musi sklecić z prezencików kijki, podpierające jego status syna, brata, ojca, przyjaciela, kolegi? Wszakże nowy wóz nie przekonał żony, zaś ojciec odstawił piękny model żaglówki na półkę, by natychmiast odpalić telewizor.

Dokłada starań… By kroczyć ścieżynką inherentnych przekonań, angażuje siebie dla innych na ile potrafi: użycza swego czasu; dotrzymuje słowa; poda bratnią dłoń. Empiria wykazuje, że bezinteresowna, nobliwa aktywność odbija w pamięci niezatarty ślad, wpływa pozytywnie na otoczenie, rodzi szerzej rozumiane braterstwo. Upominek to maleńkie ekstra – nie podstawa synergizmu familijnego, towarzyskiego, społecznego.

Utopia? Woli postawić na idealizm w miejsce opętańczej manii cyrkulacji amuletów akurat raz w roku, równoznacznej sensu stricto z kultywacją bałwanów korporacyjnych.

Jego syn zdał egzaminy na medal, nie stworzył jednego problemu wychowawczego, towarzyszył staremu w wycieczce na narty. Zaiste, egzekwowanie ekstra dowodów oddania (w formie, na przykład, paska do spodni, płetw lub szachów pod choinkę) zakrawałoby kpiną.

Priodycznie zmajstruje coś skrycie – powiedzmy wyręczy współpracownika, nie rozgłaszając uczynku. Szalenie trudne ćwiczenie, pozwalające zanalizować na wskroś własne intencje.

Prezent ponad wyobrażalne prezenty: dać komuś suwenir w przeciętny dzionek, bez obwieszczeń, nie zdradzając imienia dawcy, nie oczekując rewanżu. Prezentissimo w stylu rasowego gwiazdora! Spróbuj i ty – wykaż odwagę zinternalizowania swoich prawdziwych motywów w stosunku do podarków…

Publikacja umieszczona w kategorii FILOZOFIA | Format PDF (0.5 MB) – pobierz Pobierz publikację Prezenty w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: