Dzielić się

EgoizmRodzice koleżanki Jacka posiadali piękną posiadłość, zanurzoną w morzu zieleni: egzotyczne drzewa, palmy, krzewy niebywałe, kwiaty obce dla wypranego z ekscentryzmu, postkomunistycznego Grzesia.

Pomimo trzech garaży, na podjeździe wyłożonym włoskimi, kamiennymi płytkami, mieniło się od nowych pojazdów mechanicznych. Niektóre marki znał – nie były przesadnie tanie. Grzesiowa drynda wyglądała w porównaniu jak drezyna, którą zaparkowałby swobodnie pod jedną z tych wykwintnych gablot.

Posesję okalał imponujący mur ceglasty o wysokości dwu chłopa, uwieńczony drutem nie tylko z kolcami, ale i pod napięciem. Poprzez powyginane w fikuśne kształty pręty masywnej bramy dojrzał kawałki domu: drzwi (wyglądające na dzieło sztuki), basen z wodą kryształowoniebieską, więcej niepowszednich roślin. Za wrotami warczały dwa spozierające wrogo dobermany, gotowe rozszarpać intruzów na kawałki. Psy wcinały potrawy delikatesowe, nie do zakosztowania w przeciętnej restauracji.

Złodzieje robiły kupę w majty na samą wzmiankę o włamaniu, bowiem stały przed zadaniem nie lada: wspinaczka, przebrnięcie przez zasieki, porażenie prądem, kotłowanina z agresywnymi bestiami. Brakowało tylko fosy z mostem zwodzonym.

Flejtuchy w postaci Grzesia nie miały prawa wstępu, więc adorował twierdzę z zewnątrz. Dumał: co by poczynił, gdyby ktoś – niespodziewanie – podarował mu taką fortecę? Postawiłby brykę w kąciku któregoś z garaży, umieścił bambetle w kominku, jednakże co dalej?! Szacując na oko, jego meble sprawiałyby wrażenie miniaturek w wilegachnych pokojach, zaś utrzymanie posesji tudzież ogrodu w czystości wymagało batalionu służących. Poczułby zagubienie, maluczkość, niezdarność… No cóż: nie należał do kasty magnackiej, a natura nie okrasiła genami wyuzdania.

Jednak coś łączyło biedaka z milionerami: dzieci obu stron uczęszczały do tej samej, prywatnej szkoły. Grzesio potrafił oszczędzać na czymkolwiek, z wyjątkiem edukacji jedynaka – postawa szczególnie trzeźwa w RPA, gdzie oferowano fantastyczny poziom nauczania, ale wyłącznie w komercyjnych uczelniach.

Pałaszowali pyszną sałatkę warzywno-owocową, pochłanięci ulubionym zajęciem: filozofowaniem.

Od czasu do czasu obśmiewali własne, durnowate konkluzje albo zaciekłe kłótnie na tematy spoza zasięgu ich wiedzy. Przerywali wówczas potok wymiany zdań stwierdzeniem „Oho! Przemówili eksperci!”, wyzwalając samczy, cyniczny rechot.

Jacek zagadał nagle w stylu plotkarskim:

– Pamiętasz Heather?

– Kogo?

– Heather. Mieszka w rezydencji za rogiem, z dwoma dobermanami na straży.

– Tak, tak! – wykrzyknął ojciec, po połączeniu w pamięci paru szczegółów. – Księżniczka z pałacu!

– Jej mama rozpętała proces o rozwód – kontynuował relację Jacek.

– Ojejku! Rzeczywiście, tragedia! – podkreślił Grzesio ze szczerym smutkiem. Przeszedł koszmar rozłamu rodzinnego, zatem sympatyzował z nieszczęśnikami przeżywającymi identyczną gehennę. – Jak ta biedna dziewczyna znosi wybryki starych? – zagaił.

– Posmutniała, zamilkła… W efekcie finansowych rozliczeń, przechodzi do państwowej budy.

Grzesio wybałuszył oczy, zamierając z patyczkami marchewki w rogach ust, jakby stroił sobie żarty udając wampira. Spojrzał na syna, po czym wybełkotał przez warzywne masy:

– Sze czo?! Czosz poweczal?!

Jacek chrupał już następną porcję ogórka:

– Jej tata otmówyl placzena na tlokom tytaktykem, tlateko tesz czólka opsza kolecz, a mame wypel…

– Jaszek, Jeszusz Malia! Jak ty sze wylaszasz! Jej tata placze na czo?! Tlaszeko teszczu lka?! Ona ma mesza?! Tlaszeko on opszy tate Heser y wypeltoly jej mame?!

– Poszekaj, sjecmy…

Przełknęli.

– Jacek, Jezus Maria! Jak ty się wyrażasz?! Jej tata płacze na co? Dlaczego teściu łka? Ona ma męża, który obszczy tatę Heather, potem zgwałci jej mamę?!

– Co ty, tata! Skąd wykumałeś podobne rewelacje?!

– Cytować mam?! Obwieściłeś: „Jej tata odmówił. Płacze na…” – nie wiem, na natłoki czy coś… W ogóle idiotyczny zwrot: „płacze na”. Dodałeś: „Dlatego teściu łka, obszczy kolesia, mamę wypier…”.

– O rany! – chłopak chichotał wniebogłosy. – Nieźle poprzekręcałeś! Powiedziałem: „Jej tata odmówił płacenia na drogą dydaktykę, dlatego też córka opuszcza koledż, a mamę wypełnia żal.”. Na marginesie, nie pozwoliłeś mi dokończyć.

– Aha…

Po wysłuchaniu nowinek, mózg Grzesia ogarnął paraliż. Obraz przepychu tych ludzi nie chciał pasować do zaplanowanej przyszłości ich dziecka. Jakim cudem krezusi, operujący niepowszednimi luksusami, nie zapewnili córce solidnego wykształcenia? Suma pieniędzy, uzyskanych ze sprzedaży dowolnej z limuzyn, pokryłaby koszta nauki, wiktu i opierunku dwukrotnie, lecz burżuje udawali nagle nędzarzy. Czyżby Grzesio nieumiejętnie kombinował, znosząc spartańską egzystencję, podczas gdy mógłby zakosztować obfitości? Może nie zna wachlarza fiskalnych trików, sankcjonujących nieziemski splendor?

Potomstwa spłodzili sztukę jedną, stawiając mimo wszystko na indywidualny komfort – wybór przerastający jego tępą wyobraźnię.

Przeczucie podpowiadało, gdzie leżał pies pogrzebany: w długach. Rozwód pociąga segregację majątku, w konkluzji sprzedaż nieruchomości, samochodów, wyposażenia chałupy itd. Partnerzy obciążeni debetami dystrybuują pożyczki, nie dobytek. W kalkulacjach po prostu nie uwzględniono Heather, nie wspominając o jej głupiej edukacji.

Powyższa historia, zakrawająca na absurdalną, zaistniała w rzeczywistości. Bliźniacze farsy pączkują codziennie. W pogoni za szychem dochodzi do rozrzutności: dorobkiewicze brną w ślepą uliczkę bezustannych – coraz nowszych – podniet, prezentując fatalny standard dla młodego pokolenia, użyźniając paralelnie krótkowzroczność. Słowem, zamiast zagwarantować w pierwszym rzędzie stabilny rozwój czeladki, górę biorą samolubne żądze, chora konkurencja ze znajomymi, opętańczy kraul z nurtem trendów. Znika roztropność pod presją królującego przekonania, iż rodziciele zasługują na więcej, szybciej, teraz. Latorośli wypada zamknąć buzię, zapałać wdzięcznością, dostroić namiętności do kaprysów opiekunów. Bankructwo, katalizujące fiasko marzeń dziecka, przyniesie wytartą śpiewkę: „Nie wyszło, sorry, adios amigo!”.

Do kogo należy dom po rozwodzie?

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Dekadę temu Grzesio spaprał budżet: nakupował, nie pospłacał, unikał bankierów, zaczęli go ścigać, w końcu doszło do wielkiego wstydu. Wbrew gigantycznym trudnościom, bronił zażarcie unormowanego dojrzewania bogu ducha winnego Jacka. Liżąc poturbowany honor, harując po szesnaście godzin na dobę, dwa lata szamał po kryjomu kopce narobionego bigosu, nie wywołując uszczerbku na psychicznym zdrowiu syna.

Dokonał wówczas spostrzeżenia na miarę odkrycia Ameryki: otóż nie był człowiekiem idealnym. Miał wady, popełniał błędy, grzeszył niekonsekwencją. Odniósł wrażenie dobrnięcia do limitów rehabilitacyjnych, niemożliwych do spenetrowania siłą woli bądź przyrzeczeniami noworocznymi (nie sposób skorygować usterek, które wyrzeźbiło czterdzieści lat oddziaływań środowiskowych). Pieniądze pomagały tuszować ułomności, nie inicjując równolegle modyfikacji charakteru. Dzierżył tymczasem berło władzy nad dzieckiem – odpowiedzialność wołającą o solidność.

Rozważając sprzeczne stany rzeczy (jego niedorozwój versus obligacja ojcowskiej integralności), dostrzegł kwintesencję istnienia: wychować osobnika doskonalszego od siebie. Przygnębiająca koncepcja: dalekosiężna, nie do zmajstrowania na łapu capu portfelem, obdzierająca z męskiej pychy, aczkolwiek w zgodzie z naturą. Czyż rodziny, społeczeństwa oraz świat nie powinny ulegać przeobrażeniu w formy wyborniejsze?

Niestety, podług popularnego mniemania, rozkwitem cywilizacyjnym rządzi ekonomia, czyli mamona. Chciwość jednostek i korporacji zabija zdrowy rozsądek, na przykład doprowadzając do oksymoronu „płatnej edukacji”.

Tonąc w morzu darmowej wiedzy – ziejącej z sieci, bibliotek, wspólnoty – upieramy się bulić za zinstytucjonalizowane kursy, przystosowujące do systemowej katorgii. Toż każdy idiota wykoncypuje zanik postępu bez szerokiej, pierwszorzędnej, niezawisłej, gratisowej oświaty. Rządy wciąż zbroją kraje po zęby (przecież grozi nam kataklizm – najazd armii galaktycznej Darth Vadera), zamiast inwestować w opokę prawdziwej potęgi – mądrość ludu. Silne państwo to państwo oświecone – nie wyekwipowane w armaty.

Niemocarny Grzesio nie naleje oleju do głów skorumpowanych politykierów, kontrolujących w spółce z kleptokratami populację ziemską. Trudno też przestroić wypasione na indoktrynacji stereotypy mentalne mas. Pozostaje wolność dreptania szlakiem mniej uczęszczanym – na opak.

Zmuszony niejako do katorżniczej pracy zarobkowej w zmechanizowanej, konsumenckiej realności, postanowił dzielić się z synem wszystkim. Podjął taką decyzję w celu storzenia Jackowi przestrzeni na ekstra kontemplacje, nieskażone programowym wkuwaniem detali z podręczników. Kursanci wegetują zazwyczaj w kiepskich akademikach bądź kątem u rodziców, pogrążeni w doglądaniu mnóstwa spraw administracyjnych, zestresowani chroniczną pustką w kieszeni, w rezultacie pozbawieni cennych chwil na ucieczkę do raju suwerennego myślenia, tzn. na samodoskonalenie.

Dorośli zawzięcie cytują argument urastający do rangi psalmu: musisz przez to przejść, ponieważ my cierpieliśmy analogiczne męki. Skądś narosło przeświadczenie imperatywu poddania młodzieży, ewentualnie nowo zatrudnionych, torturze – chrzestowi bojowemu – gwoli wytrącenia z balansu psychiczno-emocjonalnego w kwiecie wieku. Ascetyczny regulamin rzeźbi ponoć obywateli perfekcyjnych, nomen omen odzwierciedlających w epilogu adwokatów surowości. Albowiem nic dobrego z niego nie wyrosło, pomimo narzucanych brutalnych cięć finansowo-bytowych, Grzesio uważał przepychanie syna przez żołnierski rygor za kretynizm.

Strategia dzielenia się nie implikowała odejmowania sobie od ust, aby wykreować warunki sprzyjające rozbestwieniu latorośli. Osiągnęli wspólne porozumienie, konieczne we wściekłym wirze pekuniarnych uzależnień: nakreślili zasady, granice plus zobowiązania. Przekroczenie praw dwustronnego paktu pociągnęłoby z góry ustalone, bolesne, niepożądane przez obojga następstwa.

Sedno współistnienia tkwiło w komponowaniu habitatu, w którym młodzian mógł nieskrępowanie rozkwitąć na płaszczyznach umysłowej, duchowej i fizycznej. W tym sensie ojciec zaręczał komplet opłat (liceum, uniwersytet, stancja, wyżywienie, książki, odzież, sprzęt, przeloty, pokaźne kieszonkowe, ubezpieczenie medyczne, inne), co w praktyce zaowocowało dla Jacka:

  1. zlikwidowaniem w zalążku obaw o mizerną wegetację (żebraninę o drinka od kolegów, szamanie tanich rybek z puszki itd.);
  2. wygospodarowaniem czasu, pożeranego przez niedogodności wynikające z niedoboru forsy;
  3. rozwianiem zmory jarzma kredytowego po zaliczeniu magisterki.

Młodzian otrzymał ponadto pełny dostęp do konta bankowego, mianowanego skarbcem familijnym (nie ojcowskim). Wielu nazwałoby krok karkołomnym, lecz Grzesio nie przyznaje sceptykom racji.

  1. Po pierwsze, syn internalizował koszta egzystencji, obserwując topniejące rezerwy po wydatkach na swoje potrzeby. Gdyby o rozchodach słyszał zaledwie w przelotnych opowieściach, nie ogarnąłby istoty pozytywnego bilansu. Eksperyment pozwalał także na uzmysłowienie Jackowi, ile setek przedmiotów natury materialnej tracił pośrednio ojciec (z tutułu sponsorowania studiów).
  2. Po drugie, otrzaskanie z domowym kapitałem migiem wszczepi wstrzemięźliwość i troskę o kurę znoszącą złote jaja, zatem o tatę, uzupełniającego niezmordowanie sejf banknotami.
  3. Po trzecie, równouprawnienie w dopuszczeniu do kasy sygnalizuje zaufanie – najważniejszy element afirmacji dorastającego człowieka.

Oprócz przelewów na podstawowe świadczenia, Jacek nigdy nie zwędził potajemnie grosza. Dodatkowe zarobki były jego sprawą: mógł zaoszczędzić, roztrwonić na dziewczyny, wyrzucić przez okno.

Pod żadnym pozorem Grzesio nie ciskał w syna szmalem bez opamiętania – toć sam łaknął jedzonka, norki do zamieszkania, spodenek do wdziania, a nawet lodzika w upalne dni.

Scedowanie dużej części zasobów pieniężnych inauguruje początek dzielenia się sensu stricto: czasem, doświadczeniem, erudycją… Pozycja dawcy nie stwarza pretekstu do egzekwowania kierownictwa nad selekcją kariery, kwatery, partnera, zajęć ponadplanowych, hobby, fasonu itd. Matka i ojciec służą jedynie poradą – tym szybciej szanowaną, im bardziej okazują ochotę sprawiedliwej dystrybucji bogactwa klanu.

Wyzywająca propozycja: poprzestać na skromniejszej doli, w imię asekuracji dynamiczniejszej od własnej ekspansji dziecka. Nastawienie dyktujące nie tylko wytępienie schematyzmu, że potomstwo zasługuje na mniej, ale i cierpliwości: plony zostaną zebrane dopiero w trzeciej dekadzie życia dziatwy.

Pieniądz to nie wszystko!

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Paradoksalnie, niezależność ewoluuje skuteczniej w synergistycznej atmosferze. Teorie poszeptujące aplikację żelaznej dyscypliny zasługują na miano średniowiecznych – prowokują wyłącznie krnąbrną adaptację zaordynowanych reguł (ze strony córki, syna, ucznia, pracownika, komuny, społeczności). Zniewalanie innych do repetycji osobistych mordęg stanowi antytezę pozytywnych reform w jakiejkolwiek interpretacji. Wręcz przeciwnie: rozwój karmi się na wyciąganiu wniosków z błędów; zapobieganiu odtwarzania mało wydajnych metod; postulowaniu bezustannych zmian doprowadzających do dogodniejszej sytuacji przyszłych pokoleń; akceptowania umiarkowania na rzecz ogólnego dobrobytu.

Utopia?

Utopią jest zakładać magiczny progres poprzez odtwarzanie zdartych płyt.

Absurdem trącają zwierzchnicy, zaszyci w klimatyzowanych gabinetach, wykazujący zero skłonności do podjęcia konstruktywnych zajęć, głusi na zachęty do modyfikacji, zgarniający krocie w pensjach, forsujący pracowników w niby zweryfikowany, de facto spowszedniały, kanalik banalności.

Nielogicznością jest wiara w nagłą pomyślność i rozwój socjalny kraju po asymilacji obcych rozwiązań, z symultanicznym zaniedbaniem wewnętrznego racjonalizatorstwa (wchłanianie cudzych, gotowych receptur zabija wynalazczość – nie należy mylić czerpania natchnienia z zagranicznych inwencji z ich zakupem, obwarownym zwykle tysiącem paragrafów uniemożliwiających autonomiczne unowocześnienie koncepcji).

Zbieżną paranoję promują rodziciele, stwierdzający wyższość tych patentów wychowawczych, które wcisnęły ich samych w byt udekorowany prymitywnymi talizmanami zamożności (telewizorek plazmowy, smartfonik, plastikowy samochodzik, plażowanie na południu Europy itd.). Pod płaszczykiem zapewnienia „optymalnego wykształcenia” dziecka, nie zrezygnują z jałowych nawyków, nie zaryzykują korekt kursu, przytną skrzydełka juwenilnej fantazji, ulepią sobowtóra z propagandowej glinki, ochrzczą produkt „przebojowym”.

Wzlot ku górze trwa wieki – nakazuje pokorność, opanowanie trywialnych zachcianek, samowystarczalność, gorliwość i wytrwałość. Nieprzyswojenie tych kardynalnych zasad ewolucji wiedzie do meandrowania w krainie pobożnych życzeń, natomiast traktowanie ich jako obsesyjnych wyrzeczeń świadczy albo o nierozumieniu postępu, albo o przypadłości zwanej próżnością.

Ci, którzy pragną siedzieć okrakiem na kiczowatych nabytkach, drżą wobec wizji odebrania im gadżetów, nie wyobrażają sobie istnienia bez taśmowych przyjemności, ciągną świat do swojego poziomu – w otchłanie prymitywizmu.

Pielęgnują zmarnowane szanse, stracone pokolenie, zacofanie…

Jeżeli nie zamierzasz podzielić się z własnymi dziećmi całokształtem chudoby, to ich nie planuj.

Jeżeli optujesz za ślęczeniem na padole ziemskim bez potomstwa, to dziel się z innymi. Po równo.

Publikacja umieszczona w kategorii OJCOSTWO | Format PDF (0.7 MB) – pobierz Pobierz publikację Dzielić się w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: