Obietnica

Złamana obietnicaCoś się nie zgadzało…

Nie mógł Jackowi wiele zarzucić: wstrzemięźliwy, przezorny chłopak; dobry, lubiany student; ambitny, samodzielny inicjator; zawsze uśmiechnięty, serdeczny kumpel; wysportowany, dorodny facet.

Dumny tatuś wyliczyłby setki zalet jedynaka. Rzadkie, sztubackie swawole miażdżyła lawina akademickich osiągnięć, roztropnych posunięć, towarzyskiego drygu, fizycznej atrakcyjności.

Pomimo fajerwerków szczęścia, Grzesia przeniknął enigmatyczny niepokój o stabilność stanu rzeczy: syn wydawał się mrukliwy, obojętny na sugestie starego, niemalże niechętny życiu. Czasami trudno skonkretyzować skonfundowanie, nie będące produktem logicznych deliberacji, lecz emocjonalnych uniesień. Kochał Jacka bezmiernie – afekt wyostrzał węch, mobilizował do akcji szósty zmysł, utwierdzał w opinii o niezdefiniowanym balaście w relacjach z dzieckiem.

Intuicja nigdy go nie oszukała, więc w panice niepewności malował katastroficzne scenariusze: uzależnienie od kokainy; nieślubny płód; konflikt z prawem; tuszowanie negatywnych wyników w nauce.

W narastającym popłochu pytał: „Wszystko w porządku, Jacek?”. Słyszał w kółko identyczną odpowiedź: „Tak. Nie martw się, tato. Jestem po prostu zmęczony (zapracowany; skupiony; rozluźniony).”.

Tata nie wierzył w te standardowe, zdawkowe riposty.

Wziął głęboki oddech… Miłość miłością, impresje impresjami, ale zdrowy rozsądek króluje. Nawet wyjątkowo tajemnicze zjawiska znajdują banalne wyjaśnienie – wystarczy spojrzeć na sytuację z boku.

Ponieważ oczekiwał pozytywniejszych reakcji, naturalnym rodzicielskim odruchem sondował maniery oraz potencjalne defekty syna. Mówiąc precyzyjniej, winił drugą stronę za wiszący w powietrzu nieprzyjemny swąd – przecież ojciec bezgrzeszny, buchający perfekcyjnością! Tak ciężko, biedaczek, tyrał na ich obydwu! Ręce precz od nieskazitelnego papy! Lanie zaraz wkropi, aby wycisnąć zeznanie z krnąbrnego wyrostka, aż tyłek spuchnie od ciosów! Rozpuszczona niczym dziadowski bicz smarkateria, panie!

W modę weszło ostatnio manipulowanie wyrazem „wina”:

  • To nie twoja wina!
  • To jej wina!
  • Nikt nie jest niczemu winny!
  • Podzielcie winę na pół…

Rodziców klasyfikujemy podług poczucia odpowiedzialności za błędy dydaktyczne na:

  1. cierpiących katusze winy;
  2. odganiających koncepcję własnych przewinień jako absurdalną;
  3. płacących psychologowi za wyrobienie w sobie zaznania winy za wcześniejsze obwinianie się (alternatywnie za potwierdzenie niewinności pomimo bycia bezsprzecznymi winowajcami).

Psychoterapeuci notorycznie zalecają egzystencjalną sielankę. Główne zadanie kuracjusza polega na zaniechaniu oskarżania się za uchybienia, występki, łajdactwa itp. Podstawą gloryfikacji powszechnego odpustu stanowi – niejako słuszne – założenie, że nieporozumienia wywołują galop zbędnych namiętności, mający epilog w zarzucaniu sobie bądź bliźnim niesłusznych draństw. Tymczasem wypada usiąść, pogaworzyć, wyjaśnić różnice światoploglądowe, zawrzeć rozejm, wymienić uściski – wygibasy wskrzeszające radość bez granic.

Nieskomplikowany grzesiowy mózg analizował kwestię kompetencji wychowawczych na opak. Popierał obiektywne dyskusje, chociaż uważał dorosłych za kardynalne źródło tarapatów domowych, niepożądanych wybryków potomstwa, napięcia w stosunkach międzypokoleniowych.

Zarządcy są głównymi podejrznymi, gdyż kontrolują środowisko podwładnych: od szefów zależy dystrybucja kasy czy popierana polityka firmy. Tym samym, w mniejszym lub większym stopniu, pryncypałowie trzymają resztę w uległości, narzucając poniekąd obyczaje grupy. Z kolei uciskani nie śmią protestować zbyt głośno w obawie o odpędzenie od korytka.

Podobna w układach hierarchia familijna rodzi, w zewnętrznej ewaluacji, fałszywe mniemanie o harmonii, podczas gdy prawdziwe sentymenty tłamsi ekonomiczna rzeczywistość. Rodzinne debaty wieją tendencyjnością, wzmagając wrzenie lawy irytacji w młodzieńczych wulkanach. W rezultacie następuje niespodziewany wybuch w przeróżnych formach: niesforność, wrzask, rękoczyny, ucieczka. Uporczywy magiel ideologiczny może doprowadzić do efektów przeciwnych: wyciszenie, tępa subordynacja, depresja.

Przestraszony powyższymi konkluzjami, krytycznie roztrząsnął swoje postępowanie. Za pierwszoplanowe parametry ojcowskiego sukcesu uznał dotrzymywanie obietnic oraz inspirację przykładem – zaniedbanie którejkolwiek z tych zasad skazywało na pedagogiczne fiasko.

Rozpoczął zatem rozważania: czyżby złamał dane słowo?

Bezspornie demonstrował solidność: jego gwarancja stała na równi z przysięgą na groby przodków. Wywiązywał się z dowolnego zobowiązania w stu procentach. Proszę bardzo:

  • Czy nie zabrał Jacka na wakacje do Szwajcarii, stosownie do wcześniejszych rękojmi? Oczywiście!
  • Czyż nie płacił w porę, wedle ustaleń z synem, każdej sumy pieniędzy potrzebnej na edukację? Bez pudła!
  • A kto zakupił małolatowi przyrzeczony laptop na koniec roku akademickiego? Naturalnie, Grzesio!

Sznury zrealizowanych deklaracji: zmiana miejsca zamieszkania z dziury na piękne, kosmopolityczne miasto; meldowanie się co do minutki w punktach strategicznych (odbieranie z lotniska, imprez, randek itd.); systematyczne podwyższanie kieszonkowego z nurtem konsumującej nas żywcem inflacji; wypełnianie na czas administracyjnych formularzy (obligacja opiekuna); to, siamto, owamto. Obrazował człowieka niepokalanego, punktualnego, murowanego! Bóg, honor, ojczyzna! Niedowiarki, mąciciele, prowokatorzy – won!

Dywagował głębiej. Jak scharakteryzować dysonans w usposobieniu Jacka?

Prawda powoli, topornie wychynęła spod pokładów samozadowolenia: tracił szacunek syna! Nieprzyjemne odkrycie, aczkolwiek serce nie buja…

Od dawna przywykł do funkcjonowania w aurze pobłażliwości… Ku ilustracji, po kwadransie pobytu w nowym gronie, poważanie jego osoby pryskało. Towarzystwo rutynowo nazywało go „Grzesiem”, grzebiąc „pana Grzegorza” w czeluściach zapomnienia. Nikt nie pytał o pozwolenie, tylko beztrosko uszczuplał jego estymę: „Grześ, chcesz drinka?”; „Zapytaj Grzesia: on przeczytał tony na ten temat!”; „Grzesio, w którym szpitalu pracujesz?”. Nie miał zielonego pojęcia, w czym upatrywać przyczyn rozpływu respektu – chyba emanował nieistotność, hipotetycznie też figlarność.

Mama biła rekordy pod względem publicznego ośmieszania bądź co bądź dojrzałego samca. Bezceremonialnie głosiła przy kasie w supermarkecie: „To mój Grzesio! Przyleciał z Afryki w odwiedziny! Słoneczko najdroższe, połóż ładnie koszyczek na ladzie!”. Wydawała mu polecenia, słyszalne w całym w tramwaju: „Grzesio, weź tutaj bileciki do skasowanka! Pośpiesz się, Słoneczko!”. Ludzie spozierali z osłupieniem na ponad 40-letniego gościa przypuszczając, że matuchna nadzoruje niedorozwinięte biedaczysko.

Zrezygnowany, wzruszał ramionami na fakt uniwersalnego ignorowania jego dorosłości, ale absencja autorytetu w oczach syna dręczyła.

Zagadka spadku z piedestału ojcowskiej glorii pochłonęła wiele sesji medytacyjnych. Rozwiązanie dylematu okazało się prostsze od kija, jednakże nieskomplikowane wytłumaczenia najtrudniej zinternalizować, bowiem należy wpierw pokonać rewerencję subiektywnych racji tudzież nabrać odwagi oceny zdarzeń z punktu widzenia otoczenia. Dodatkową przeszkodą był brak kooperacji dziecka, które albo nie wyjawiało zgryzot z obawy o zranienie rodzica, albo nie dysponowało dostateczną wiedzą praktyczną na sprecyzowanie, gdzie tkwił szkopuł.

Przysłowia dla taty

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Pokora, uczciwość plus cierpliwość zaowocowały wyciągnięciem trzeźwych wniosków.

Dotrzymanie obietnic danych innym jest łatwe: rzadko kto depcze urzędowe gwarancje, nominując je kluczowym barometrem indywidualnej świetności.

Istnieją jednak zapewnienia, przyćmiewające wielokrotnie oficjalnie manifestowaną wiarygodność, mianowicie obietnice dane… sobie. Pogwałcenie wewnętrznych rezolucji zdyskredytuje gawędziarza do cna. Postronni dostrzegą obłudę, spychając sprzeniewiercę – z premedytacją ewentualnie podświadomie – w otchłanie podrzędności.

Syn czerpał natchnienie obserwując integralność – nie służbistość – ojca. Bagatelizowanie przez Grzesia ślubów dotyczących personalnych misji nie skłaniało Jacka do przesadnej cnotliwości. Niby dlaczego, skoro wzór do naśladowania lekceważył dbałość o własne zdrowie, interesy, przyszłość, wygodę?

Dochowanie jednego słowa danego sobie samemu przekonywało bardziej, aniżeli niezliczone kroki dokumentujące sumienność wobec otaczającego świata. Zaiste, zachęcanie dziecka do wytrwałości, samostanowienia czy zdecydowania – na tle kontrastujących postaw papy – spalało na panewce. Szlifował hipokryzję, wprowadzając sceptyczność, mętlik intelektualny, rozdrażnienie pouczanego, w końcu oziębłość.

Trywializował znaczenie osobistych potknięć sądząc, iż latorośl mu wybaczy. Popełnił zasadniczą omyłkę dedukcyjną: młodzian nie wykształcił odnośników porównawczych, więc rozgrzeszanie nie wchodziło w rachubę – racjonalna akceptacja niekonsekwencji wymaga doświadczenia życiowego. Jedyny model do powielania budował ojciec, bezwiednie potęgujący w synu zgubną skłonność: olej aspiracje, skoro panuje globalny trend odpuszczania niedoskonałości. Katastroficzna propozycja dla kwitnącej duszy z fantazją…

Po dojściu do kwintesencji problemu, spisał listę złamanych obietnic: nieuskutecznionych projektów, porzuconych celów, zakurzonych intencji. Przy każdym punkcie wspominał własne napuszenie, kiedy anonsował chlubne plany Jackowi – począł gruntownie rozumieć reakcje chłopaka.

Inwentarz był długi…

Szukał intensywnie pojedynczej, niedotrzymanej obietnicy bez skutku – znalazł ich dziesiątki po zmianie płaszczyzny myślenia. Lustrował okolice, nic nie wypatrzywszy – doznał Eureki skierowawszy wzrok.. pod nogi.

Publikacja umieszczona w kategorii OJCOSTWO | Format PDF (0.7 MB) – pobierz Pobierz publikację Obietnica w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: