Lekkość (Część I)

LekkośćPani Profesor uroczyście zawiadomiła Grzesia o niespodziance. Orszak doktorski eskortował go na pierwsze piętro, gdzie otwarto jedne z drzwi, zamaszyście zaproszono do środka. Szefowa, rozdziawiając paszczę szerzej niż kukła z Mappet Show, zapiszczała ekstatycznie: „Twoje biuro!”.

Biuro?!

Przydzielają klinicyście pomieszczenie służbowe? Powinni raczej zaganiać do leczenia pacjentów…

Co porabiać w wielgachnej kancelarii? Ilość szafek pomieściłaby z nawiązką cały jego prywatny dobytek – czym wypełnić rzędy regałów, nie wspominając o tuzinach szuflad?

Węszył podstęp: udając niewiniątka, wrabiają przyzwoitego lekarza w… No, w cokolwiek!

Gabinet przełożonej trącał atmosferą magazynu: krocie porozrzucanych periodyków, poczty, książek, kartonów, luźnych kartek papieru tworzyło bezładną stertę, kamuflując właścicielkę niczym mundur polowy maskuje wojaka w buszu. Niekiedy odwiedzał profesorską komorę – miętosząc w spoconych rękach nierozłączny, przenośny twardy dysk, ilustrował na tle hałd śmieci nic nie znaczący paproch.

Starsza specjalistka z kolei udekorowała swoją komnatę zdjęciami rodzinnymi, kwiatami w donicach, serwetkami, wisiorkami. Ściany straszyły kordonami segregatorów, pękających od tajemniczej zawartości. Równiuteńko poukładane, nagromadzone latami setki plastikowych pojemników, tekturowych teczek, brulionów w grubych okładkach, budujących archiwa większe, niż Gestapo skomasowało w okresie wojny.

Sporadycznie zaglądał do asygnowanego pokoju. Siedział bezmyślnie, serfując internet, pomiędzy murami niosącymi echa kliknięć myszy. Wizyty zwierzchników przyprawiały o szybsze bicie serca, kiedy z pogardą obserwowali ziejące nicością, gromadzące kurz półki. Ewidentnie guzik robił, niewdzięczny obibok! Zamiast ładnie naznosić publikacje natury oficjalnej bądź akademickiej, arogancko marnował drogą przestrzeń! Leń pierwszej klasy! Fujara skończona!

Zrozumienie grzesiowego podejścia do administracyjnych aspektów zawodowych wymaga wycieczki w przeszłość…

—————————————–

Spozierał smutno na starannie przygotowaną tabelkę w programie Excel. Z ekranu komputera biła prawda niepodważalna: jego przeznaczenie rzeźbiły nie aspiracje, namiętności, prospołeczne nastawienie, kreatywność czy konstruktywność, lecz kredyty. Długi zżerały nerwy, pochłaniały drogocenne godziny, obracały w proch marzenia o harmonijnym jestestwie.

Nadszedł dzień odwagi, gdy podjął decyzję o rzetelnym zanalizowaniu sytuacji fiskalnej. Dotychczas tuszował ambaras wyrzucaniem nieotwartych listów do kosza (nie widziane nie zaboli), regulowaniem części należności (chwyt tymczasowo uśmierzający furię wierzycieli), unikaniem kontaktu telefonicznego (niepotrzebny stres dla obu stron), łgarstwem („Wczoraj wpłaciłem! Proszę sprawdzić”; „Jutro zapłacę! Przysięgam!”; „Na serio?! Nie miałem pojęcia! Natychmiast uiszczę!”), zaciąganiem nowych pożyczek celem spłacenia starych (nieskomplikowane rozwiązanie, pozwalające uniknąć parki egzystencjalnych zmór: pracy i zaciskania pasa), negocjacjami z prawnikami (zawsze podpisywał jakikolwiek dokument z miłym uśmiechem, akceptując warunki absolutnie, napawając łatwowiernych adwokatów nadzieją rychłego zakończenia pieniężnej sagi).

Wszelakie przebiegłe, skrupulatnie wykoncypowane, wymijające manewry bezczelnie pogarszały kondycję ekonomiczną, zamiast ją udoskonalać. Dlaczego?! Proszę bardzo, na świadectwie maturalnym widnieje piątka z matematyki! Dzierżył naukowy mózg, tymczasem przypadkowe typy ubliżały geniuszowi! Nie będzie bankier pluł mu w twarz!

Podstępne, lichwiarskie instytucje! Wykorzystują słabość biednego człowieka, pałającego chęcią niezzwłocznego spiętrzenia kluczowych produktów: odtwarzacza hi-fi, zestawu nierdzewnych noży kuchennych, superszybkiego laptopa, masującego członki fotela, przepysznych szat, bibelotów dla potencjalnej narzeczonej, zegarka Citizen! Dodajmy samochodzik, benzynkę, jedzonko, opłaty szkolne, kino, wojaże za miasto, restauracje, wódeczkę, pokarm dla mew!

Nie idzie normalnie funkcjonować, skoro finansiści impertynencko rzucają kłody pod nogi! Niesympatyczne, niekulturalne zachowanie! Toż nie konspiruje z paką zbrodniarzy – niech ścigają obiboków, pozostawiając uczciwych ludzi w świętym spokoju! Zachęcają do opływania w zbytki, by bezceremonialnie egzekwować z powrotem więcej, aniżeli udostępnili! A kto daje i odbiera, niech się w piekle poniewiera!

Eh… Wszak własnoręcznie podsygnował cyrografy… Beztroskość, niedojrzałość, zwykły debilizm… Komunizm wykształcił go na nieodpowiedzialnego obywatela. Władze socjalistycznej Polski, pod płaszczykiem patronatu społecznego, ofiarowywały masę świadczeń niejako za darmo, przyzwyczajając do posiadania z urzędu. Wyhodowany na gratisowej wegetacji, pozbawiony kapitalistycznej żyłki, w konsekwencji tonie w debetach!

Rodzice także umoczyli paluszki, zaniedbując edukację materialną, wyrzucając na pastwę losu komercyjnego niedołęgę! Poczęstowali tandetnym materiałem genetycznym, ogołoconym z DNA zaradności gospodarczej!

Kto zaś żongluje chromosomami zza kurtyny, ciskając geny na chybił trafił, w zależności od fanaberii? Natura! Stwórca zmajstrował grzesiową mordęgę! Bóg zgrzeszył – oto został przyłapany na gorącym uczynku!

Wszyscy są winni, do kroćset!

Wycieńczony walką z nieustannym strachem przed formalnymi konsekwencjami, rozkojarzony myślową gonitwą za rzeszą domniemanych oskarżonych, w końcu skapitulował. Postękując cichutko, spętany bezdusznymi systemami, zasiadł przy biurku.

Lista obciążeń budżetowych przerażała rozpiętością. Podzielił spis na dwie kolumny: comiesięczne, rutynowe wydatki oraz wyciek gotówki z tutułu obsługi kredytów.

Nierzadko sporządzał podobne menu: był weteranem, nasączonym wiedzą z co najmniej czterech książek na temat niefortunnych dłużników. Tym razem, dumając głębiej, skorygował kwotę każdej spłaty. Doszedł do wniosku przełomowego: rzeczywisty ponoszony przez niego koszt (y) to suma autentycznie uiszczana (x) plus oprocentowanie (z):

y = x + z

Fakt pozornie wiadomy, chociaż zapominany, tymczasem powracający z niezawodnością bumerangu w każdym następnym rachunku: niewidzialny twór paskarskich obliczeń. Całkowitego więc – realnego – wydatku krwiopijcy nie drukowali w szemranej korespondencji, mianowicie:

y = x + z + z

Uwzględnienie drugiego z, czyli podwojenie marży łupieżczej, odzwierciedla niesfałszowane obarczenie.

Porównajmy powyższe rozumowanie do otrzymanego w prezencie wyrobu alkoholowego:

– Upominek dla solenizanta: buteleczka, he he!

– Oho! Dzięki! Zaraz, zaraz… Coś niepełna! Brakuje połowy!

– Iii, drobnostka…

– Drobnostka?! Wydudliłeś po drodze dużą część asortymentu! Śmiesz wręczać wybrakowany suwenir?!

– Spokojnie! Patrz, opakowanie kompletne – nie nadgryzione…

– Futerał to fasada! Mówimy o zawartości! Za cholerę nie zaleję pały tak skąpą dawką gorzałki! Jeno mnie wnerwi! Ukradłeś procenty, cwaniaku!

Taryfikacja bankowa to niepełna butelka: zaginioną objętość skonsumowali. Wychynie ona w sukcesywnej flaszce, znowuż parcjalnie opróżnionej.

Bankówka, czyli gdzie się podziały brakujące procenty

Dolanie do karafki (na złość finansistom), zatem intensyfikacja zwrotów, zaburzy cykl golenia.

Zaburzenie procesu golenia Bankówki

Skrupulatnie pododawał kolejne wartości z do poszczególnych miesięcznych opłat, dochodząc do totalnej ceny własnej naiwności: biorąc w rachubę bieżące nakłady na podstawowe utrzymanie, jego pensja wzbudzała raptem gromki rechot.

Chwile przełomu psychicznego: łzy dundają na rzęsach, zalewają policzki, kapią na notatki… Niepodobna oddychać przez zasmarkany nos: powietrze wkrada się do tchawicy dzięki oduchowym skurczom przepony, rezonując nieregularnymi, rozdzierającymi westchnieniami.

Kotłowanina bezsilności i złości. Ambicje pożera płacz – istnieje zaledwie przenikliwe teraz. Paraliżujące odrętwienie ciała, woli, ducha… Wrak mężczyzny na krześle przy biurku, wygięty w pałąk, wstrząsany szlochem, przepełniony wstydem… Tęskno do bliskich za morzami… Rozpacz wyciska przez ściśnięte gardło: „Boże, pomóż… Błagam…”.

Chusteczek też brak. Faceci nie dbają o akcesoria na wypadek chlipania.

„To tylko liczby…” – pomyślał. „Nigdy więcej rujnowania siebie i innych rzędami cyfr.”

Podświadome przysięgi kontrastują zasadniczo z przyrzeczeniami noworocznymi. Wypływają nagle z czeluści duszy – nadprzyrodzone rezolucje o twardości granitu. Magiczny moment, upoważniający do óswiadczenia „nigdy więcej” z niezłomną pewnością.

—————————————–

Poprzednie plany wygrzebywania się z gąszczu pożyczek przypominały skomplikowane schematy reakcji biochemicznych: podejście gwarantujące komfort w razie fiaska, gdyż dowolne potknięcie znajdowało niezwłoczne wytłumaczenie w jednym z wielu elementów diagramu koncepcyjnego. Natchnienie ze zdrowym rozsądkiem – pomimo powagi pieniężnego bałaganu – podyktowały prostszy, 2-punktowy manifest:

  1. Przychód
  2. Prewencja

Przychód uwzględniał ekstra zarobki – bez nich tkwiłby w ułudzie normalności wiekami.

Subsydialne uposażenie… Punkt powszechnie znany osobnikom w tarapatach ekonomicznych z literatury, internetu, kursów itd. Doradcy prawią: „Poszukaj sposobności utłuczenia więcej kasy!”. Logiczne – przecież głupotą byłoby zachęcanie kogoklwiek do wytropienia roboty o niższym wynagrodzeniu: „Tak, rozumiem, nagrabiłaś długów. Co za nieszczęście! Na początek nakłaniam do zredukowania pensji o 50%. Pół etatu wygląda na wyśmienite rozwiązanie – będziesz dysponowała popołudniami na dumanie, wzdychanie, ewentualnie moje drogie wykłady.”.

Zorganizowanie dodatkowych dochodów polegało na zmobilizowaniu kontaktów, ogłoszenia dostępności do ponadplanowej pracy, aklimatyzacji do nieszablonowego porządku dnia. Tyrał do 16 godzin na dobę, jednakże dbał o wypoczynek nocny, dietę oraz wolną niedzielę. Szczęście w nieszczęściu, popyt na doktorów rzadko zanika – gradobicie ofert nie ustępowało. Niekiedy kręcił nawet nosem, negocjując (delikatnie) stawki.

Drugi aspekt strategii („Prewencja”) wynikał z edukacji medycznej: dobry lekarz potrafi zapobiegać, a nie wyłącznie leczyć. Zresztą przyjaciel Krzyś pouczał: „Chcesz mieć pieniądze? To ich nie wydawaj!”. Czasami zinternalizowanie puenty banalnej maksymy wymaga stresogennego bodźca.

Prewencję, czyli stronienie od powtórki z rozrywki, można rozpatrywać albo jako zbiór czystych wskazówek oszczędnościowych, albo jako drastyczną reformę filozofii życiowej.

Doświadczył na własnej skórze nieskuteczność stereotypowego ograniczania rozchodów. Recepta technicznie sensowna, aczkolwiek pomija kwestie presji otoczenia („To ty tego nie masz?! Żartujesz! Niemożliwe!”), oddziaływań mass mediów („Kup! Kup-kup! KUUUP! No kupuj, ty… Ty chamie ty!”), żądań dzieciaków („Ja chcę i-Pooo-daaa, buuu!!!”), wachlarza nawyków (brukowe magazyny, papierosy, telewizja kablowa, budki z piwem itd.). Słowem, stara matryca uzusów wciąż bulgocze pod pokrywką pozorów, aby wybuchnąć później z impetem gejzera.

Zapobieganie oznaczało pielgrzymkę w nieznane pielesze, nieskażone uzależnieniem od szablonowych zachowań: abstynencję zamiast wstrzemięźliwości. Litania zaleceń zależy od indywidualnych zamiłowań:

  • Nie kupuj książek – masz bibliotekę, kolegów, elektroniczne publikacje za friko.
  • Pogardź płytami kompaktowymi – wykorzystaj radio.
  • Zlekceważ filmy na DVD – oglądaj TVP.
  • Zrezygnuj z kina – YouTube tańsze.
  • Nie jedz w restauracjach – przyrządź zdrowy posiłek w domu.
  • Podaruj sobie wakacje – siedź w domu, idź do miejscowego lasu, uprawiaj częściej seks z partnerem.
  • Rzuć alkohol, papierochy, narkotyki, imperialistyczne napoje gazowane – pij wodę.
  • Nie czytaj prasy, tygodników, magazynów – masz sieć.
  • Odstaw samochód – korzystaj z tramwajów, trajtków, autobusów, pociągów, roweru, nóg.

Zakładając uczciwość, odkryjemy setki forteli na ukrócenie wydatków, bez zapaści do poziomu ulicznego żebraka.

Prawdziwej przygody zakosztował jednak podczas likwidowania przeróżnych kont.

Zrobił wykaz zbędnych ubezpieczeń, członkostw, kontraktów itd., z nieugiętym postanowieniem wycofania się z hochsztaplerskich układów. Początkowo mniemał, iż anulacja umów kontrahenckich nie przysporzy problemów. Popełnił błąd dedukcyjny o kalibrze dział Navarony. Porównując, jego ślub należał do błahych potknięć, zaś rozwód załatwił psim swędem.

Na przykład, podstępni bankierzy wtrynili mu fantastyczną kartę, umożliwiającą gromadzenie punktów za zakupy w określonych sklepach. Po uzbieraniu odpowiedniej puli jednostek mógł zakosić coś „za darmo”. Wyszło na jaw, że wydana suma – konieczna do osiągnięcia gratisowego przyczółka szczęścia – przekracza pojemność przeciętnej kieszeni. Poza tym, pod koniec roku bandyci odbierali mu uciułane grosiki na opłaty administracyjne! Kradzież w świetle prawa! Bez skrupułów nawiązał więc kontakt ze złodziejską organizacją.

Po kwadransie przedzierania się przez automatyczne instrukcje („Jeżeli chcesz podpisać umowę, wybierz 1. Jeżeli bardzo chcesz podpisać umowę, wybierz 2. Jeżeli już podpisałeś umowę, wybierz 3…”), wysłuchaniu 20 razy utworu Rihanny „Diamonds”, 10 reklam („Koniecznie podpisz umowę!”) i tyluż błagań o sterczeniu na linii („Twój telefon jest niezmiernie ważny dla firmy!” – tak istotny, iż powinien gnić z słuchawką przy uchu godzinami), zarejestrowaniu przestrogi o nagrywaniu rozmów dla bezpieczeństwa (?!), usłyszał sztucznie podekscytowany głos przedstawiciela obsługi klientów:

– Dzień dobry! Dziękujemy za kontakt! Mówi Peter! Jak mogę pomóc?

– Dzień dobry. Mówi Grzesio Polak. Czekałem aż pół godziny!

– Przepraszamy! Wojujemy dzisiaj z nawałem interwencji, he he! Czym mogę służyć?

– Posiadam taką a taką kartę. Chciałbym ją zlikwidować.

– A dlaczego?

– Nie używam jej.

– Ależ Proszę śmiało używać! Uzbieranie 1000 punktów pozwoli na…

– Peter, ja nie mam pieniędzy.

– W takim razie niech pan przechowa kartę na zaś! Szkoda rezygnować z tak wybornej…

– Nie będę dysponował w najbliższej przyszłości gotówką. Muszę unieważnić umowę zawartą z waszą instytucją. Czy możesz to dla mnie zrobić?

– Jeżeli pan nalega… Potrzebujemy wypełniony kwestionariusz 3A – do pobrania na stronie internetowej firmy – z podpisem uwierzytelnionym na komisariacie policyjnym. Wymagamy także notarialnie poświadczonej kopii dowodu tożsamości. Pozostaje wysłać dokumenty pocztą na adres…

– Ja chyba śnię… Zakładając konto kliknąłem jedynie przycisk „Akceptuję”. Nikt nie weryfikował moich danych osobistych. Dlaczego teraz targasz petenta przez żmudne ćwiczenia administracyjne potwierdzające, że on to on?

– Greg… Mogę nazywać cię Greg?

– Nie.

– Rozumiem, przepraszam. Wtedy otwierał pan konto, a teraz je pan zamyka. Bezpieczeństwo użytkowników to priorytet. Ktoś mógłby sekretnie usunąć pana profil – co wówczas? Warto to wziąć pod uwagę.

– Moja radość nie znałaby granic, gdyby litościwy samarytanin wymazał cichcem mój rekord z waszej bazy danych. Sugerujesz, że ktokolwiek może wykreować kontrakt w moim imieniu, ale to ja osobiście muszę go umorzyć? Owieraczom ufacie, natomiast zamykaczy podejrzewacie o machlojki?

– Eee…

– Złóżmy, iż nie dostarczę wspamnianych papierów. Jaki epilog przewidujesz przy takim obrocie zdarzeń?

– Co?! O co chodzi?

– Co się stanie, gdy nie prześlę żądanych dokumentów?

– Aha. Wówczas utrzymamy umowę w mocy.

– Tą nigdy nie podpisaną przeze mnie umowę?

– Została autoryzowana kliknięciem przycisku „Akceptuję”.

– Czy wciąż obarczycie mnie rocznymi opłatami, o których poprzednio nic nie wiedziałem?

– Absolutnie. Informację zawiera plik „Warunki usług”, zaaprobowany kliknięciem przycisku „Akceptuję”.

– Mówisz o załączniku na waszej witrynie? Tym kilkunastostronicowym tekście, upstrzonym setkami paragrafów w jurystycznym żargonie? Przeczytanie plus zrozumienie podobnych akt pochłania tygodnie, pod warunkiem zatrudnienia minimum dwóch mecenasów.

– Nie trzeba było klikać przycisku „Akceptuję”.

– Jak już się przedrę przez biurokratyczny poligon, przestaniecie bombardować mnie reklamami – pocztowymi, e-mailowymi, SMS-owymi, telefonicznymi?

– Eee… Nie sądzę…

– Gardzę nimi!

– Nie trzeba było klikać przycisku „Akceptuję”…

Po podpisaniu umowy i trochę później po podpisaniu umowy

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Czytaj dalej: Część II Odsłona 35 - Lekkość - Część II

Publikacja umieszczona w kategorii FILOZOFIA | Format PDF (1.1 MB) – pobierz Pobierz 2 części publikacji Lekkość w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: