Vive la France! (Część I)

Vive la France!Paryż!

Grzesio rozpłaszczał nos na szybie okna samolotu, wypatrując wieży Eiffla. Lądowali w styczniu o piątej rano, więc oprócz morza światełek nie zobaczył nic. Jego syn Jacek obojętnie gapił się przed siebie, niczym przedsiębiorca przybywający po raz setny do Europy na biznes. Udawał światowca pełną gębą.

Na lotnisku Charles de Gaulle odbyli wpierw półgodzinną włóczęgę do miejsca odbioru bagażu. Sądzili, że zmylili drogę, lecz reszta pasażerów wytrwale ciągnęła kupą w jednym kierunku. Klnąc od czasu do czasu i opadając z sił, podążali w zbitej, ludzkiej masie – przecież wszyscy nie mogli zbłądzić!

Walizki, odprawa celna, taksówka, zakwaterowanie. Hotelik miał wszystko malutkie: ciasną recepcję, gdzie goście stali stłoczeni jak w przepełnionym tramwaju; windę nie większą od szafy (tylko szczupła osoba plus tobołek właziły do środka); wąziutkie schodki, biegnące stromą serpentyną ku górze, których użycie powodowało wytryski adrenaliny; pokoik odpowiadający powierzchnią przedziałowi w wagonie; balkonik o szerokości stopy.

Nic to! Powierzchnia bytowa to nieistotny problem w obliczu odwiedzin światowej stolicy kultury! Radośnie rechocząc, depcząc po sobie, rozpakowali manatki, próbując je stłamsić tu i tam. Założyli zimowe kurtki, grube rękawice, zawadiackie szale, po czym wyszli na pierwsze śniadanie à la parisienne.

Po posiłku, niepomni nocnego lotu, polecieli w stronę Sekwany. Smutna recepcjonistka poradziła wędrówkę wzdłuż rzeki – rzekomo większość miejsc wartych uwagi wybudowano nad wodą.

Po kwadransie marszu namierzyli pokaźny kościół z dwoma grubymi wieżami. Lokalni ochrzcili konstrukcję ksywą Notre Dame. Grzesio pamiętał z jakiegoś filmu, że wieki temu wegetował tam garbaty, brzydki dzwonnik. Nieprzyjemne impresje o przybytku zostały unicestwione w momencie wkroczenia do środka. Oniemiał! Katedra Oliwska zajęłaby przedsionek we francuskim kolosie!

Dotychczasowe mniemania Jacka na temat tradycji, klasy i cywilizacji zostały przetasowane. Szokująca prawda zwalała z nóg: był Piętaszkiem, wychowanym w południowoafrykańskim folklorze.

Obydwaj zawyrokowali, że od ślubów małżeńskich w takiej kaplicy nie sposób się wywinąć. Strzeliste kolumny, grzmot organów, kalejdoskop witraży, potężne rzeźby srogich aniołów – elementy przekształcające deklarację „tak” w przysięgę bezapelacyjną. Struchlały ze strachu pan młody powie cokolwiek, aby umknąć co tchu z atmosfery boskiego szantażu.

Pierwszego dnia przemierzyli czternaście kilometrów (wyliczyli). Przez następny tydzień doświadczyli dziedzictwa kulturowego różnych epok – proces popularnie zwany odchamianiem, w ich przypadku odafryczaniem.

Parę godzin ganiania po Luwrze wyczerpało bardziej niż kilka wspinaczek na Górę Stołową. Grzesio dostał zawrotów głowy – nie potrafił zapamiętać pojedynczego obrazu. Jego uwagę przykuł tumult w kolejnej z rzędu (chyba setnej) komnacie, gdzie skotłowana wiara falowała z rękami w górze, pstrykajać wściekle smartfonami.

Czyżby występ Justyny Bieberowej? Brat Pitt z Angeliną w muzeum? Przepychał się poprzez zwarty, rozszalały tłum. Zmiażdżony na barierce, ustawionej wzdłuż linii frontu zbiegowiska, dojrzał źródło obłędu: wizerunek niejakiej Mony Lisy, słynnej z wymuszonego uśmiechu.

Rezydencja wersalska, aleja Pól Elizejskich, wieża Eiffla, Łuk Triumfalny… Przepyszne perły osiągnięć artystów, architektów i inżynierów o zniewalającej świetności. Niezastraszony ani otaczającą go pompą, ani presją znajomych („Musisz zobaczyć to!”; „Musisz zaliczyć tamto!”; „Zaplanuj owamto!”; „Idź na cmentarz, na grób Szopena!”), Grzesio skupił uwagę na kompletnie innej ofercie Paryża.

Zanim to opiszemy, udowodnijmy jego wizytę w mieście-cudzie. Syn zademonstrował rzadko spotykany kunszt fotograficzny, uwieczniając tatę na profesjonalnie skomponowanych zdjęciach.

Ruski szpieg w Paryżu

Powyższy kadr przedstawia ruskiego szpiega lustrującego okolice. Jackowi ujęcie przypadło do gustu – dziecko mogło pokazać kolegom papę jako twardego klienta. Kontynuował sesję z zapałem, utrwalając imponującą chwilę.

Grzesio Polak jako ruski szpieg w Paryżu

W grzesiowych archiwach znajdziemy krocie podobnych – bliskich sercu – suwenirów. Na przykład, bagietki i naleśniki są ulubionym pokarmem paryżan, którzy krążą po metropolii zajadając półmetrowe bułki lub wymyślne placki – zjawisko wręcz odruchowe, porównywalne z oddychaniem. W tym świetle nazywanie ich żabojadami jest tragicznym błędem, z pewnością bolesnym dla wybitnie węglowodanożernych istot, jakimi są. Autopsja wskazuje na konieczność wprowadzenia alternatywnych – prawidłowszych oraz mniej przykrych – terminów: bagietkojady, plackojady bądź (ogólnikowo) mąkocukrojady.

Crêpe oznacza po francusku naleśnik, możliwy do zakupu w sklepiku z szyldem crêperie. Stoiska tego rodzaju opylają racuchy o fikuśnych kształtach (walcowate, lejkowate, płaskie, śrubowate), a także gofry. Niefart Francuzów polegał na funkcjonowaniu zbieżnego w brzmieniu angielskiego wyrazu crap, co Grzesio z Jackiem od strzału skojarzyli.

Crap to wielofunkcyjna fraza, w zależności od kontekstu tłumaczącą się na stek bzdur, psiakrew, tandeta, srać. Niemniej jednak przewodnia konotacja crap to gówno, zaś taki paralelizm semantyczno-leksykalny stanowił zbyt wielką okazję do zaniedbania przez parkę jowialnych kawalerów. Każdy chłop musi, sporadycznie, wyładować energię, dawali więc upust soczystości w trakcie wypraw kulinarnych. Niby konwersowali niewinnie o crêpe, mając wszakże na myśli crap: „Masz ochotę na crap?”; „Jakie crap zamówiłeś?”; „Smaczne to crap?”. Każdą kombinację kwitowali kawalkadami rżenia.

Faceci nigdy nie dojrzewają, do lat starczych chachając po puszczeniu bąka, ewentualnie po beknięciu.

Syn przydybał ojca, pałaszującego skrycie gofra pokrytego grubym pokładem bitej śmietany – cóż za wspaniała pamiątka!

Grzesio Polak w Paryżu z gofrem

Zabytki, malarze, gastronomia, monarchowie, architektonika itd. – historyczno-urbanistyczny melanż, odmalowany w prozie, zobrazowany na tysiącach filmów, skondensowany w przewodnikach. Oględziny, wysłuchiwanie legend tudzież szwędanie się po galeriach niekoniecznie wzbudza emocje, zaś Grzesio łaknął romatycznych doznań.

Bawił ponoć w mecce zakochanych, więc miasto powinno samorzutnie zelektryzować damsko-męskie zbliżenia. Kontakt z elewacjami, pomnikami czy płótnami zadowoli fetyszystę, a nie naładowanego testosteronem samca.

Przenikliwa spostrzegawczość dostarczyła w końcu natchnienia!

Przemierzając paryskie uliczki wiedział, że coś jest nie tak, ale nie skumał zrazu, co jest nie tak. Analogiczne wrażenie odniósł kiedyś w CNA (sieć handlowa w RPA, pokrewna polskiemu EMPiK-owi). Łaził pomiędzy półkami, cierpiąc wewnętrzny niepokój: geszeft wyglądał inaczej, natomiast głowa świeciła pustkami koncepcyjnymi co do zaszłych, niesprecyzowanych przemian. Zaiste, COŚ było NIE TAK! Szydło wyszło z worka podczas wysiłków nabycia płyty winylowej – wycofali z asortymentu, pozostawiając w sprzedaży jeno CD!

Zdradzanego mąża targają identyczne katusze. Bidak tłumaczy zmianę harmonogramu dnia partnerki oficjalnymi komunikatami: żona uczęszcza do klubu szydełkowego, żłopie herbatkę z przyjaciółkami do trzeciej nad ranem, uprawia wieczorami jogę. Pomimo niewinnych uzasadnień, chłopski łeb ma kłopoty ze strawieniem rewelacji, poniekąd przeczących logice – zaprawdę, COŚ jest NIE TAK! Rogacz przechodzi przez fazy obwiniania się za brak zdrowego rozsądku, nieufność, paranoję, trafiąjąc nawet do gabinetu psychoterapeutycznego, zanim umyślny sąsiad wyeksplikuje, gdzie leży pies pogrzebany.

Grzesio roztrząsał podszepty mózgu („Słuchaj, bracie: COŚ jest NIE TAK!”) wyrywkowo, będąc rozproszonym analizą map, organizacją przejazdów, tępym spozieraniem na przepastne listy atrakcji turystycznych, napadami senności po konsumpcji kilogramów bagietek, morderczymi próbami komunikacji z tubylcami (gardzącymi językiem angielskim).

Nadeszła wreszcie upragniona minuta spokoju – popijał soczek przy stoliku na zewnątrz kafejki. mimochodem rzucając okiem na sprężyście maszerujące miejscowe. Nagle – eureka! Pojął, co było nie tak! Raczej, co było radykalnie tak!

Prawie wszystkie dziewczyny paliły papierosy! Fenomenalne znalezisko!

Oparte o mury, siedzące na ławeczkach, śpieszące dreptakami, nawijające przez telefon, czekające na autobus, jadące na rowerze, plotkujące na rogach – nad ciżbami seksownie odzianych Francuzek unosiły się kłęby dymu!

Paryż pełen palaczek

Część wyraźniejszych zdjęć, zrobionych w przedziale pięciu minut!

Dobry przyjaciel Krzyś obwieścił tą oto mądrość: „Jak pali, to się i wali”. Maksyma podkreślająca gotowość kopcącej niewiasty do stosunku płciowego z kimkolwiek, gdziekolwiek, kiedykolwiek, jakkolwiek. Młodszy od Krzysia o lat piętnaście, Grzesio był mniej obyty w sekretach nieskrępowanych igraszek seksualnych. Poza tym szanował starszych ludzi, przejawiających spryt i dalekowzroczność, zatem definitywnie polegał na powyższej, złotej dewizie.

Oto tkwił w strefie rozpusty, marnując drogocenny czas na archiwalne detale przypadkowego państwa, zaniedbując okazję życia!

Grzesio Polak wśród spragnionych seksu palących paryżanek

Pobyt w erotycznym raju nie należy do powszedniości, przeto postanowił wszcząć agresywne działania podrywcze – tylko jakie?! Podejść bezczelnie do kobiety na ulicy, poprosić o ogień, nawiązać dialog zaczepny? Zagaić o drogę do wieży Eiffla, ażeby podstępnie zaprosić na kawę? Z łobuzerskim grymaskiem spojrzeć w jej kierunku, eksponując zapalonego szluga, to sama przybiegnie w podskokach? Grubiańskie metody!

Okoliczności wołały o delikatniejsze fortele. Galanteria i efektywność przede wszystkim – galopowanie od jednej kurzącej panienki do drugiej, z nadzieją na schadzkę, wydawało się syzyfowym zajęciem. Rozwiązaniem była sieć!

Wolał nie wtajemniczać w spisek Jacka (po co deprawować własne dziecko?), lecz miniaturowy pokoik hotelowy przekreślał poufną realizację planów. Zastartował laptopa dopiero po pólnocy, kiedy syn słodko spał. W ciemnościach, skąpo iluminowanych przez internetowe witryny, majaczył rozmyty kontur pochylonej sylwetki Grzesia – nastrój ze sceny filmowej, eksponującej tajnego agenta na misji.

Googlował zażarcie, aż wytropił serwis randkowy, pokrywający zasięgiem Paryż. Podniecony, przeszedł przez administracyjną mordęgę rejestracji i zbudował profil, stuprocentowo dopasowany do żądz jarających Francuzek. Polski doktor, mieszkający w Kapsztadzie, entuzjasta tytoniu, wysoki, przystojny, inteligentny, urzęduje obecnie w okolicy w celach krajoznawczych, narciarskich oraz, naturalnie, romansowych. Otwarty na miłosne inicjatywy, proponuje (na początek) rendez-vous w ustronnej kawiarence.

Dorzucił do odurzającego naparu ekscentryczne zainteresowania: sportem, przednią literaturą, alternatywnym kinem, klockami LEGO, higieną osobistą. Przystroił raport perfekcyjnymi fotami, kliknął „Enter”, wyłączył komputer, rozogniony legł na wąskim wyrze. Spodziewał się euforycznej reakcji fajczącej, damskiej zgrai.

Zostanie Casanovą!

Następnej nocy, zakonspirowany za łóżkiem na skrawku podłogi, zaglądnął na swój profil.

Profil Grzesia Polaka na portalu randkowym

Zero e-mailów, zaczepek, prezentów! Rozczarowanie nie miało granic!

Somehow” popularny?! Jak to przełożyć na rodzimą gwarę?! Troszeczkę popularny? Może ździebko popularny? Możliwe, że popularny, aliści – tak szczerze mówiąc – chyba niepopularny?

Dulczy w ogonku z numerem 7 593 296?! Toż będzie się kiwał nad grobem, zanim zainkasuje przynajmniej cybernetycznie puszczone oczko! Wariaci! Świadczą usługi swatania, a zawalają nieskomplikowane zadanie przyholowania lekarzowi dzierlatki do drzwi! Amatorska firma! Francuzi, panie: nic nie umieją porządnie zrobić! Do dupy ten nędzny portal!

Wzburzenie powoli stopniało. Po pierwsze, witryną zawiadywała amerykańskia korporacja. Po drugie, zauważył intrygujący link na górnym panelu nawigacyjnym: „Chcesz podwyższyć swój ranking? Nie zwlekaj – kliknij tutaj!”. Migiem tam wlazł.

Postulowali inwestycję w boosts, czyli w doładowania. Wcale niedrogie, boosty strzegły czołowej pozycji amanta w wynikach wyszukiwania. Słowem, tabuny samotnych samic zarejstrują grzesiowy afisz jako pierwszy wyświetlany, niezależnie od tego, na kogo polują. Nie można dobrocią, to trzeba siłą!

Zakupił pięćset stymulantów na dobry początek.

Po dwudziestu czterech godzinach powtórzył proces sekretnego serfowania. Perspektywy na erotyczne eskapady zmieniły się diametralnie!

Bardzo popularny profil Grzesia Polaka na portalu randkowym

Nie wiara, ale forsa góry przenosi! Tuziny kuksańców! Kopy upominków! Niecałe pół miliona szczebli do szczytu drabiny powodzenia!

Co rychlej uzupełnił konto tysiakiem pobudzaczy. Pomajstrował też przy zdjęciach, uzdatniając wizualny pakiet. Zadecydował spenetrować asortyment wielbicielek nazajutrz, kiedy jego furora sięgnie zenitu.

Będzie Don Juanem!

Czytaj dalej: Część II Odsłona 37 - Vive la France - Część II

Publikacja umieszczona w kategorii MIGAWKI | Format PDF (3.6 MB) – 2 części Pobierz 2 części publikacji Vive la France! w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

8 Responses to Vive la France! (Część I)

  1. Angie says:

    Świetne!
    I pomyśleć, że ja ( jeszcze) nie byłam w Paryżu!
    A zdjęcia ” ruskiego szpiega” cudne!! :)))

    • Dziękuję za komentarz :)

      Męskim żarcikom i śmiechom nie było końca przy oglądaniu tak wspaniałych ujęć Grzesia! Dzięki takim pamiątkom nepodobna wymazać Paryża ze wspomnień. Zabytki i historia też mają jakieś-tam znaczenie :)

  2. Kasia says:

    no proszę, nie chcę nawet pytać jak bardzo popularny jesteś teraz? Mega?? :)

    • Popularny gdzie? Na witrynach randkowych już nie bywam, za to pojawiłem się tutaj.

      Na WordPressie cieszą mnie uczciwe lajki – nie za podrasowany profil, ale za parę słów, którymi chcę się podzielić. Cieszą mnie komentarze – nie odnośnie wyszlifowanych do połysku, zdatnych na portal randkowy, cech charakteru, lecz na temat moich wypocin. Rzetelne uznanie – nawet w maleńkich ilościach – rozpromienia zdecydowanie bardziej niż apokryficzna popularność. Musiałem długo dorastać, aby wpierw polubić, później docenić, swoją prawdziwość.

      Ojejku, znowu się rozpisuję! :O Nie jestem MEGA-popularny. Jeszcze. ;)

      Dziękuję za komentarz!

      • Kasia says:

        moje pytanie o popularność było w nawiązaniu do Twojego wpisu jak to z somehow popularny stałeś się bardzo popularny. :)
        a na wordpressie „popularność” to taki żarcik. Statystykami nie ma się co sugerować, bardzije chodzi o te różne ciekawe wirtualne znajomości jakie się nawiąże, wymianę myśli i poglądów oraz doświadczeń. Ja tak do tego przynajmniej podchodzę.

      • Stało się to dzięki automatom internetowym. Przez 10 lat miałem firmę budującą portale e-Commerce, więc powinienem wiedzieć lepiej. Zakup reklamy profilu spowodował wyświetlanie go dla pań (a była ich masa), które wyraźnie poszukiwały młodszych amantów, natomiast (chciałbym tak myśleć) zignorowanie moich preferencji wiekowych. Tak czy siak, panie w 6 i 7 dekadach życia odpowiedziały lawinowo.

  3. Opis agenta w maleńkim pokoju i ruski szpieg skojarzył mi się z filmem „Piękny umysł”

    • Ha ha! Taki mój los: zamiast kojarzyć mnie z Jamesami (Bondem lub Bourne), od strzału przyszedł Tobie na myśl halucynujący Russell Crowe! Widzisz, chyba dlatego miaŁem pecha na portalu randkowym – pobudzam nieciekawe konotacje. Przynajmniej Russell (John Nash) był geniuszem, więc mimo wszystko urosłem w swoich oczach o parę metrów. Dziękuję!

      Tak na marginesie, jeden z moich ukochanych filmów :)

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: