Pancerne drzwi (Część I)

Pancerne drzwiGrzesio leżał na stosie butów.

Przed sekundą runął na półkę. Utworzyły się bezładne warstwy: na spodzie mieszanka klapek, kamaszy, papuci i lakierków, potem Grześ z kawałkami drewna sosnowego, na samym wierzchu szczątki mebla.

Dlaczego?

Ano po zaliczonej sesji egzaminacyjnej, szczęśliwi studenci postanowili uczcić okazję. Jeden z kolegów pochodził z bogatszej rodziny, dysponującej wcale dużym domkiem letniskowym na Mazurach. Chata zionęła pustkami, więc należało ją wykorzystać.

Kumple przekonywująco namawiali: „Będzie odjazdowo!”; „Będą balety!”; „Będzie zajebiście!”; „Las, jezioro, świeże powietrze, ścieżynki zapraszające na romantyczne przechadzki – nic, tylko pić!”.

Podochocony perspektywami nieznanych mu stanów odlotowych, drżącymi rękami spakował plecak i pognał na pierwszą w swym życiu balangę.

Wgapiony w pejzaże, pomykające za zabrudzonym oknem drugiej klasy, poczuł nagły strach. Dotarła do niego powaga krępującego mankamentu: otóż ostatnie osiemnaście lat przebimbał nie spożywając kropli alkoholu!

Toż to przeszkoda na drodze do pełnego błogostanu! Abstynencja wykopie człowieka na peryferie balującego towarzystwa, a w perspektywie zniweluje szansę kariery! Zaniedbał sprawę, poświęcając czas na głupoty w postaci sportu, lektury, nauki bądź oglądania filmów dokumentalnych, czyli na niepraktyczne bzdety. W czasie hulanki szydło wyjdzie z wora, przynosząc wstyd, hańbę, kpiny, plotki, samotność, depresję, zrujnowaną przyszłość!

Przemógł jakoś panikę, wysiadł na stacji docelowej, następnie poczłapał przez pola do miejsca, w którym wszyscy mieli ujrzeć jego kalectwo. Po drodze zadecydował mężnie, że przebrnie wichury oszczerstw z głową hardo wytkniętą w górę, stanowiąc okaz trzeźwości, dojrzałości, autorytetu. Pomyje naczynia; odkurzy dywany; ugotuje posiłek; wezwie karetkę pogotowia dla zatrutych; podeprze na ramienu wymiotujących. Zostanie bohaterem imprezy!

Towarzysze powitali wieści o abstynencji Grzesia wyrazami zachwytu, waleniem dłońmi w stół, zachętami do nie pękania. Chóralnie zaoferowali wsparcie w tak ciężkich dla niego chwilach. Prawdziwi przyjaciele! Czegoż się tak lękał?!

Posadzili siłą na krześle, wypełnili mały kieliszek wódeczką, nakazali oberwować rytuał. Jak przystało na kandydatów do zawodu lekarza, profesjonalnie wyjaśnili etapy przyjmowania medykamentu:

  1. Weź głęboki wdech.
  2. Delikatnie ujmij lufkę palcami, przytykając ją do warg.
  3. Zamknij oczy.
  4. Jednym ruchem opróżnij naczynie, wylewając jego zawartość do jamy ustnej, synchronicznie odchylając głowę mocno do tyłu.
  5. Przełknij natychmiast całą ilość płynu. Szalenie istotny krok procesu, pozwalający na uniknięcie nieprzyjemnych objawów ubocznych: krztuszenia, dławienia, parskania.
  6. Po golnięciu spodziewaj się bezwarunkowego wydechu (często głośnego – nawet z okrzykiem), połączonego z automatycznym, szerokim rozwarciem powiek.
  7. Pieczenie gardła plus przełyku jest normalne, nie powinno wzbudzać zaniepokojenia i łagodnieje z sukcesywnymi dawkami. Pomocne są neutralizatory tego symptomu: kiszone ogóreczki, marynowane grzybki, soczek, dym tytoniowy.
  8. Dozowanie zależy wyłącznie od preferencji pacjenta. Organizm sam podszeptuje kiedy i ile, dając wskazówki trudne do racjonalnego opisania.

Będąc pilnym oraz utalentowanym uczniem, Grzesio migiem skopiował powyższą technikę, praktykując łykanie podczas partii 3-5-8.

Ferajna zachowywała się hałaśliwie, na co skrzywił buzię z niesmakiem. Ponadto alkohol nie działał podług wcześniejszych zapewnień, a karciane rozgrywki napawały obrzydzeniem (zajęcie dla meneli!).

Powiało nudą.

Dziecinada, wulgarność, zakopcona papierosami atmosfera, stracony wypad! Rodzice mieli rację co do ludzi trwoniących cenne dni na idiotyzmy: „Bezwartościowe matoły! Prymitywne kreatury! Nic nie osiągną w swym przebimbanym życiu! Umrą nędzarzami! Uważaj na tych błaznów, syneczku!”.

Po trzecim kielonku przejawił zaciekawienie niektórymi aspektami 3-5-8. Proszę bardzo: nawet marazm otoczenia nie ujarzmił wnikliwości człowieka światłego! Potrafił wyłowić inspirujące detale z banalnej gry! Podochocony przekonaniem o wyższość nad motłochem, mocniej ciskał kartami o blat.

Po pięciu rundkach drinków, ku własnemu zdziwieniu, akcentował zagrania nieartykułowanymi wrzaskami. Pozostali wtórowali, bez względu na wyniki rozdania.

Następne porcje Wyborowej wyostrzyły słuch na pewne frazy. Na przykład słowo „kurwa” waliło siłą dzwonu, niosąc echem po kościach czaszki. Dlaczego mózg selektywnie nagłaśniał akurat „kurwę”, a nie inne wyrazy, powiedzmy „kwiatek”, „serduszko” albo „dziękuję”?

Myślał w ociężale, wydymając wargi… Dlaczego „kurwa”?

Aaa-haaa! Bo to on ryczał „kurwa”! Bez ustanku, bez szczególnego powodu, bez namów, rzucał siarczystymi „kurwami”! Próby powściągliwości spaliły na panewce: „kurwa” sama wyrywała się z krtani niczym ogień z paszczy smoka!

Spoważniał, wyprostował sylwetkę, beknął – wzruszający moment, gdy zinternalizował sens wyprawy na łono przyrody. Tak! Gnicie w murach wieżowców to niezdrowa pasja! Nieskażony klimat, ujadające pasikoniki, chroboczące liście, ptaszy skrzek, pisk wody – raj! Zrozumiał, że był wrodzonym naturalistą – zakopany w książkach, przeoczył ewidentną predylekcję. Oto jego miejsce we wszechświecie, wsród fauny i flory, pod sklepieniem zagwieżdżonego nieba, pomiędzy konarami drzew!

Romantyczna noc pod gwiazdami

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Doniosłość chwili brutalnie przerwał pęcherz: siku! Poderwał się od stołu.

Meble, ściany, obrazy, kominek, osoby – cała zawartość pomieszczenia wpierw dokonała obrotu o dziewięćdziesiąt stopni, potem zamarła.

Pokój wypełniły spazmy śmiechu. Grzesio bezwiednie akompaniował, nie kumając jeszcze dlaczego. Wydarzyło się coś humorystycznego, więc należało rechotać. O! Rymsnął jak kłoda! Grzmotnął w półkę z butami! Ha ha ha! Nawet nie zauważył! Pobyt w dziewiczej biosferze wzmacnia, uelastycznia, podwyższa próg bólu! Ha ha ha!

Począł gramolić się przez kupę śmierdzących trzewików, kiedy zarejestrował ogromne, białe tenisówki.

Zamarł na czworakach.

Pepegi były doczepione do nawet zgrabnych kończyn jakiejś osobniczki, zajmującej fotel na biegunach. Skarpetki frote, sukienka przed kolanka, nóżka na nóżce. Zerknął w górę: krasawica miała mięsiste wargi, zastygłe w flirciarskim uśmieszku, zaś na uszach słuchawki marki Unitra Tonsil, o głośnikach wielkości talerzy na zupę. Okulary także imponowały gabarytami: masywne ramy, grube szkła, armatni kaliber. Bez pudła cierpiała na krótkowzroczność. Jedna ze stópek podskakiwała zadziornie w rytm muzyki.

Ekscytująca aranżacja… Zahipnotyzowany zwłaszcza dziewczęcym obuwiem, wstał niezdarnie. W rozbujanym rozkroku, stylem zapaśnika sumo, podążył ku źródłu podniecenia.

Rozpoznał Bożenę, znajomą z grupy akademickiej. Chryste, jaka ona piękna! Przez okrągły rok bezczelnie olewał jej urodę i seksowność! Zawsze nią pogardzał, nazywał brzydulą, tymczasem ona śliczna, powabnie odziana!

Nonszalancko oparł się o ścianę, wystawiając jeden z kulasów daleko w bok dla zapewnienia równowagi. Wciąż zjeżdżał w przód. Pomalowali chałupę śliską farbą, cholera! Niedorajdy!

Z miną playboya, wysyczał niedbale:

– Boooszena…

Przekrzywiła czupurnie główkę. Otaksowała amanta oczami o rozmiarach cyklopowych – powiększający efekt baniastych, minusowych soczewek.

– Grzesio, he he! Co słychać, he he!

Srebrzysty głosik!

– Masz fajne tenisówki…

– Dzięki! Prezent od mamy!

– Bardzo lubię twoje te… eee… tenisówki…

– Tylko tenisówki, he he?

Podstępna!

– Zaraz wracam, tego… Muszę siku… Poczekaj…

– Dobrze, he he!

Poszukiwał toalety. Chwiejnie przemierzał labirynty domostwa. Czasami przyklękał na jednym kolanie, jakby czegoś wypatrywał na podłodze, albo odmawiał modlitwę. Okazjonalnie wybuchał zdławionym chichotem. W trakcie włóczęgi zawitał do kuchni, wlazł do spiżarni, wyszedł na ganek. Zapomnieli zbudować kibel, kretyni! W końcu dotarł do drzwi łazienki, przez które wpadł z impetem do środka.

Na sedesie, z namaszczoną twarzą, kiwając korpusem na wszystkie strony, siedziała Zośka. Grzesio wszczął szaletową dyskusję.

– Chcę się odpryskać…

– Ale ja teraz pryskam… – wymamrotała Zofia.

Wyniknął dylemat: dwie osoby – równocześnie – pragną oddać mocz, natomiast klop jest tylko jeden. Co tu zrobić?

– Kiedy skończysz?

– Nie wiem…

No jasne: niby niby miała znać godzinę kompletnego opróżnienia pęcherza?

– Nie mogę wytrzymać – naciskał.

– To rób do wanny – zaproponowała. – Przecież razem się nie zmieścimy – dodała inteligentnie.

Polotne te studentki medycyny!

Tabu nie istniało; samokrytyka wyparowała; ocena wartości własnej poszybowała sięgnęła zenitu; odwaga granic nie znała, powiędły utrapienia. Alkohol rozwarł wrota edenu!

Zapadł zmrok. Mirek namówił Grzesia na trzeźwiący wypad. Wczesnojesienna noc oferowała niską, cucącą temperaturę. Zarzucili na głowy i barki śpiwór po czym, obejmując się czule, pomaszerowali w kierunku księżyca.

Była pełnia – łysy błyszczał ponad linią odległego o dwieście metrów lasu, rozświetlając ciemności jak latarnia morska. Niekiedy opuszczali trakt i brnęli przez pole ziemniaczane, upadając co rusz, wrzeszcząc „Kurwa!”, dokładając potem starań skoordynowania ruchów, aby powstać wespół bez utraty kumplowskiego uścisku. Często wykazywali konfliktowe tendencje co do kursu, idąc każdy w swoją stronę, napinając śpiwór niebezpiecznie, rżąc przy tym entuzjastycznie. Kiedy księżyc znikał za koronami drzew, zawracali i zygzakowali z powrotem ku kwaterze.

Obwieszczali dumnie reszcie grona: „Łazimy od domu do księżyca!”. „No to dalej! Zasuwajcie, zasuwajcie!” – zachęcali inni.

Bożena wcisnęła się pomiędzy dwóch dżentelmenów, stabilizując nieco konfigurację. Białe tenisówki migały w mroku niczym światła odblaskowe, otumaniając Grzesia tudzież przyśpieszając jego tętno. Przyjemne ciepło otuliło członki. Wódka? Pepegi? Bliskość kobiety? Wszystko naraz?

Wielka przygoda ma nierzadko kuriozalne preludium. Obserwujemy ni mniej, ni więcej, inaugurację pierwszego dojrzałego związku Grzesia: niewiasta z imprezy awansowała do rangi dziewczyny, z którą zaczął (potocznie mówiąc) chodzić. Ergo, został chłopakiem!

Już nazajutrz odbyli spacer wokół jeziorka, przysiadając na powalonych pniach, gaworząc, żartując, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia. Gra wstępna, panie! Od kroku do kroku, rytuał nabierał barw: rąsia-rąsia, buźka-buźka, tego-owego.

Bożenka poporosiła o pomoc w pakowaniu bambetli. Bezzwłocznie poleciał na ratunek.

Problem stanowił śpiwór, którego sama nie zdołała upchnąć w pokrowcu. Ciasno zrolował część kołdrzastą, podczas gdy ona otwarła szeroko opakowanie. Zespołowo podjęli wysiłek wetknięcia jednego w drugie.

– Nie chce wejść… – stękał Grzesio.

– Jest za duży – jęczała Bożena.

Sapali, próbując na różne sposoby.

– Za moco ściskasz, jakbyś chciał mu łeb ukręcić.

– Jeżeli popuszczę, to zwiotczeje. Powinien być sztywny.

– Może miękkszy łatwiej się wślizgnie?

– Nie jestem pewien. Zazwyczaj robię to w ten sposób. Dziura jest zbyt mała.

– Nigdy przedtem nie miałam trudności.

– Ja też. Rozewrzyj mocniej, to wskoczy.

– Nie mogę bardziej. Powinniśmy zmienić pozycję.

– Racja. Klęknij, to uzyskasz solidniejsze podparcie. Inaczej się odsuwasz.

– OK. Wsadź teraz! Au! Nie tak mocno! Przecież to boli! Skórę mi zedrzesz!

– Wytrzymaj momencik! Już prawie! Wlazł!!!

– Uff! Nareszcie!

Zza zamkniętych drzwi sypialni doszedł ich ryk śmiechu. Pognali wyszpiegować, co tak rozbawiło resztę towarzystwa.

Wiara akademicka oficjalnie nazwała nowonarodzoną parkę Misiami. Dziwne: mianowano Grzesia Misiakiem, aczkolwiek sylwetką nie przypominał niedźwiedzia.

Uwielbiał niepospolitą ksywą, wybijającą go ponad szare masy. To znaczy, z początku uwielbiał…

Czytaj dalej: część II Odsłona 39 - Pancerne drzwi - Część II

Publikacja umieszczona w kategorii INNI | Format PDF (1.0 MB) – 3 części Pobierz 3 części publikacji Pancerne drzwi w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: