Pancerne drzwi (Część II)

Pancerne drzwiZapoznanie z familią sympatii było nieuniknione. Mieszkali w falowcu mającym tyle klatek, iż zabrakło liter alfabetu na oznaczenie poszczególnych segmentów. Robotniczy z pochodzenia klan składał się z ojca-stoczniowca, mamy-kasjerki (starszej kopii Bożeny) oraz korpulentnego brata w wieku lat czternastu, demonstrującego przeuroczy uśmiech na licu, słodki ton głosu, baletniczą płynność ruchów. Z jakiegoś powodu chciał zostać księdzem.

Lokal kategorii M-3 należał do wzorów katolickich kwater: mury przozdobione krzyżami, obrazkami świętych ze złotym obręczami na czachach, zdjęciami papieża; półki oblężone literaturą religijną; różańce zwisające niedbale na oparciach foteli. Pachniało zaawansowaną aktywnością liturgiczną.

Po służbowych powitaniach, achach i ochach, poczęstunku rosołem, tata bożeny poufnie złapał go za łokieć, ciągnąc w kierunku korytarza. Zagaił tajemniczo: „Coś tobie pokażę!”. Kolekcję starych zegarków? Arsenał broni? Teleskop? Mercedesa? Grzesio dygotał z ciekawości! Pozostali skromnie podreptali za mężczyznami.

Pochód dotarł do końca przedpokoju, gdzie tatko ceremonialnie wskazał na drzwi wejściowe. Czyżby coś ukryto we framudze? Tymczasem wrota uchylono gwoli prezentacji ich mechanicznej architektury.

Nad wyraz grube, obite gąbczastym tworzywem i pokryte brązowym skajem podwoje wyposażono w unikalne urządzenie zamykające. Klucz przypominał klocowaty trzpień, posiadający mnóstwo nacięć o różnej głębokości z każdej strony – pasował do wielgachnej dziury pod masywną klamką. Włożenie tego misternie wyrzeźbionego sztyftu do równie skomplikowanego strukturalnie wykrotu, z jednoczesnym przekręceniem, uruchamiało zespół stalowych szyn, obsługujących wysuwanie i wsuwanie aż dziesięciu rygli! W futrynie zainstalowano odpowiednią liczbę gniazd, nawet po stronie zawiasów.

Niesamowite przeżycie, pozostawiające ślady w pamięci na zawsze!

Toż w zamczyska montowano prymitywniejsze bramy! Właz tego rodzaju odstraszał każdego zawodowego włamywacza! Rezydencja wyekwipowana w czarno-biały telewizor marki Neptun, pralkę Franię, magnetofon szpulowy ZK 140, solidne krzesła, czajnik, garnki, klamerki itd. zaiste kusiła oprychów bogactwem.

Drzwi wyciągnięto z obudowy celem demonstracji pracy gigantycznych zasuw, ślizgających się synchronicznie w takt obrotów kluczyska. Manewry powtórzono wielokrotnie, aż nagle maszyneria odmówiła posłuszeństwa. Rotacje wywoływały wyłącznie przeraźliwe zgrzyty. „Drobna awaria! Zaraz naprawię!” – zawyrokował stary Bożeny. Używając klatki schodowej jako tymczasowego warsztatu, pieczołowicie ulokował pancerne drzwi na czterech zydlach-podpórkach i momentalnie począł je rozwarstwiać.

Grzesio jechał do domu oniemiały.

Nowy rozdział rzeczywistości – dotychczasowy świat przeobraził się we wspólny świat dwóch Misiów. Nie był już singlem, lecz funkcjonował w duecie, reagując na potrzeby drugiego człowieka. Harmonogram dni uległ weryfikacji: częściej odwiedzał (odwiedzali) kościół; jadł (jedli) kolację później, niż przywykł; nagle zaczął studiować w grupie (on i ona), chociaż preferował samotną naukę; zrezygnował z treningów karate.

Wstąpił do klubu tanecznego, albowiem ukochana dysponowała klasą „D” w pląsach towarzyskich. Dzielnie szlifował wygibasy w czasie profesjonalnego szkolenia: tango, jive, walc, foxtrot, samba, cza-cza, inne. Trzy razy w tygodniu. Przez dwa lata.

Przeniósł książki medyczne, notatki, trochę ciuchów, drobniejsze szpargały do jej siedliska. Układała mu włoski w przedziałek, wyciskała wągry, karmiła zupkami warzywnymi.

Wentylator-grzejnik domowyPapa lubej słynął autorytetem złotej rączki. Jednym z wielu jego rzemieśliniczych sukcesów był wentylator domowy, przeprofilowany na grzejnik. Do osłony wirnika skrupulatnie przymocował dwumetrowej długości sprężynkę, która wiła się jak ten wąż po stalowych prętach. Końce spiralki podłączył do źródła prądu. Tym sposobem skonstruował najdłuższy na ziemi opornik, rozżarzający się do czerwoności po wciśnięciu osobnego, spryciarskiego guziczka, co ogrzewało nadmuchiwane powietrze do temperatur hutniczych. W moroźne, zimowe wieczory agregat nie tylko rozgorączkowywał, ale i wskrzeszał romantyczną atmosferę wulkanicznym blaskiem.

Pewnego dnia postanowili ukoić nerwy aktywnościami relaksującymi. Po półtoragodzinnej mszy świętej, zakończonej wyczerpującą litanią, objęci niczym zapaśnicy podążyli do mieszkania Bożeny.

Przy wyłomie w ścianie zastali ojca najdroższej. Majsterkował przy powalonych drzwiach. Grzesio, sympatycznie, okazał zaintrygowanie.

– Dobry wieczór! Co się stało?

Zapracowany fachman nie przerwał roboty.

– Cześć Grzesiu! Szyna wyskoczyła z prowadnicy.

– A to pech!

– Nic to, zreperuję w trymiga.

– Aha. Życzę powodzenia!

Słuchali muzyki przy skwarze wentylatora-grzejnika. Wciśnięty w fotel, dzierżył swą miłość na kolanach, obejmując delikatnie w pasie. Ona wdzięcznie wtulała twarz w męskie torso. Z głośników sączył się nastrojowy kawałek zespołu The Cars: „Drive”.

Nigdy nie zawieruszy ani nazwy grupy, ani tytułu utworu, ani nie powiąże kompozycji z żadną inną postacią oprócz Bożeny, bowiem rozrzewniający refren („Who’s gonna drive you home, tonight…”) przerwał rumor nie do opisania – coś w rodzaju tysięcy śrub grzmocących w blachę.

Wirnik urządzenia prażącego wyskoczył z miejsca nań przeznaczonego, rozbił pokrywę w drobny mak i wściekle śmigał po pokoju. Kawałki szprych obudowy, rozpalonej sprężyny oraz szkła z potłuczonych obrazków dewocyjnych bryzgały po ciasnym pomieszczeniu jak szrapnele. Grzesio walczył o przetrwanie, wykorzystując Bożenę w charakterze tarczy przed gradem odłamków.

Roztrzęsiony, uciekł na własne pielesze, gdzie klimatyzację gwarantował normalny grzejnik marki POLAM-FAREL.

Kult Kościoła Katolickiego, sp. z o.o., stanowił kwintesencję doczesności bożenowego klanu. Mieli detaliczną orientację w obrządkach sakralnych, kupki przedmiotów bigoteryjnych w każdym kącie chałupy, ceremoniały pacierzy przed posiłkami. Chcąc nie chcąc, Grzesio zgłębiał zasady wiary.

Sam na sam z dziewczyną

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Nadchodził adwent (a może wielki post): tłumy waliły wyspowiadać wszeteczeństwa duchownym, posadzonym rzędem na taboretach w terenie. Dzielnica była młoda, niezagospodarowana – nie zdążono jeszcze ukończyć budowy świątyni, w planach dorównującej wielkością piramidzie Cheopsa. Nabożeństwa inscenizowano na nieużytkach osiedlowych.

Ubrany w odświętną koszulkę, pokornie przybył na umówioną godzinę, aby razem z Bożeną pójść na religijną randkę.

Już na parterze dobiegł go metaliczny stukot, spływający echem po schodach. Poręcze drgały rytmicznie. Huk intensywniał w miarę wspinaczki.

Przy częściowo obnażonych z tapicerki wrotach działał tata wybranki grzesiowego serca.

– Dzień dobry! Jakieś kłopoty?

Wyga spozierał przymróżonymi oczami na gąszcz komponentów mieszkaniowej śluzy.

– Witam Grzesiu! Górne rygle nie działają. Pomierzę odległości, wbiję na miejsce.

– O rany! Brzmi to poważnie!

– Ależ gdzie tam! Za godzinkę skończę!

– Świetnie!

W przedpokoju dopadł go brat Bożeny. Ściskał w dłoniach modlitewnik.

– Halo Grzesiu! Bombowe ciuszki! – zaintonował z czarującym uśmiechem.

– Aaa… Cześć. Dziękuję. Gdzie Bożenka?

– W miejscu ustronnym. Ślicznie pachniesz. Perfumidło z Pewexu?

– Tak! To znaczy nie! Poczekam na nią w pokoju!

Kolejki niecnych ciągnęły się po horyzont. Rozgrzeszano maszynowo.

Grzesio stał na taśmociągu, szukając w pamięci rozsądnych łajdactw do ujawnienia. Odkąd przekwalifikował stan z wolnego na zaangażowanego, jego nieskazitelność osiągnęła apogeum. Sondował skruszone ciżby, wyglądając natchnienia: co powiedzieć kapłanowi? Może przeprowadzić mały wywiad – pociągnąć parafianinów za języki, wygrzebać z ich worów przewinień parę fajnych szubrawstw dla siebie? Wszak niezręcznie podejść do polowego konfesjonału z niczym. Wypadnie na skończonego matoła, marnującego drogocenny czas słudze bożemu. Wyrzucą go na zbity pysk, zrobią pośmiewisko, wystawią za przykład debilizmu.

Wypaplał to i owo: przeklnął ze trzy razy, myślał perwersyjnie o Ewce z piątego, zżarł potajemnie czekoladę z lodówki, pozwolił koledze ściągnąć podczas egzaminu. Duszpasterz zaordynował dziesięć zdrowasiek.

Szacując liczbę oczyszczonych dusz, komunia wymagała kontenera opłatków.

Wspólne wycieczki rowerowe, wojaże w Bieszczady, imprezy towarzyskie, obiadki niedzielne, przechadzki brzegiem morza, wizyty na Jasnej Górze – sprawy przybierały obrót pryncypialny. Bożena dawała do zrozumienia, że kolejne stadium fuzji dwojga żywotów było jak najbardziej wskazanym.

Przyzwoici faceci deklarowali przywiązanie poprzez tzw. oświadczyny. Przypieczętowanie paktu stemplem, podpisem bądź przysięgą nie wchodziło w rachubę – należało zabulić. Wywalenie forsy na obiekt jubilerski ponoć udobnitniało intencje amanta.

Zacisnął zęby, nabył drogi pierścień. Kochał, więc czemuż miałby roztrząsać logikę tradycji? Trzymaj, kobito, klejnot! Co tam! Będziem razem – na wieki! Drobny wydatek, he he! Nic to!

Nic to…

Zaręczyny wyprawili nietypowe, bo dwuetapowe, a raczej podwójne. Rozseparowani rodzice Grzesia nie zniesili wzajemnej obecności, dlatego też uroczystość sobotnią powtórzono w niedzielę.

W „Zmówinach 1” aktorem goszczącym była mama Grzesia.

„Zmówiny 2” dały szansę odegrania charakteru teścia in spe tacie Grzesia.

Bliźniacze odsłony spektaklu, jakby publika zawyła: „Excelente! Bis!”.

Po zrękowinach nadszedł okres dezorientacji: co dalej? Nie umiał ani zdefiniować przyczyn koncepcyjnej pustki, ani zharmonizować samopoczucia ze scenariuszem egzystencji w związku. Niby ułożenie, niby idylla, zaś on zafrasowany. Analizował własne emocje i doświadczenia, lecz rozwiązanie zagadki wewnętrznego niepokoju ginęło w enigmatycznych mrokach. Mówiąc bez owijania w bawełnę, coś było nie tak.

Medytacyjną sielankę przerwała mamusia Bożenki. Nie czekała długo – zaledwie miesiączek od nałożenia na palec córuchny pierścienia. Gdy Grzesio, nikomu nie wadząc, przeglądał spokojnie magazyn „Razem”, ścierająca kurze kobieta rzuciła nagle niewinnym pytaniem: „Kiedy ślub?”.

Żadna komenda nie postawiłaby szybciej chłopa na baczność. Bystrość umysłu wróciła jak z bicza strzelił, przepędzając filozoficzne rozterki w niebyt. Chwila moment, pani kochana! Biżuteria to nie kajdany! Stanowczo podkreślił fakt bycia studenciakiem, na garnuszku starych, toteż kwestie małżeństwa oddalił do epok odległych. Istniała konieczność długodystansowego planowania, a nie podejścia na łapu-capu.

Wydarzenie rozwiało częściowo mgły otępienia: począł dostrzegać, fragmentarycznie, klarowniejszy obraz sytuacji, aczkolwiek wciąż walczył z odnalezieniem siebie w tej uczuciowo-zdarzeniowej gmatwaninie.

Z obłoków wychynął Superman w postaci ojca Grzesia, prujący na ratunek. Syn nie miał wówczas pojęcia o wcieleniu papy, który dopiero retrospektywnie wyszedł na herosa w tle.

Otóż dobry tatko zafundował dziecku wojaż do Grecji, w nagrodę za dzielne przebrnięcie przez połowę studiów. Ekapadę zorganizował dzięki znajomościom w kręgach towarzyszy partyjnych, wykluczając tym samym Bożenkę z kandydatury na podróżnika, nad czym niby ubolewał. Po latach wyznał, że wydelegował latorośl na południe Europy z premedytacją, by chłopiec oprzytomniał.

Nic nie zastąpi troskliwej familii!

Ostatni egzamin sesji letniej zaliczał się do katorżniczych: biochemia. Setki substancji, procesów, cyklów. Organizm ludzki zobrazowany na diagramach, łączących strzałkami substraty natury w pulsujące życie. Arcytrudna nomenklatura hormonów, enzymów, węglowodanów, kwasów tłuszczowych, innych związków organicznych. Nie dziwota, iż krwiożerczy test oblewał 50% nieszczęśników.

Analityczny mózg Grzesia posegregował fizjologiczny kogel-mogel na komponenty łatwiejsze do zapamiętania. Osobliwie, uwielbiał szkicować schematy reakcji oraz wzory chemiczne. Perspektywa greckiej odysei dodawała skrzydeł, przekształcając go w nieustraszonego Pegaza.

Bożenka dysponowała mniej ścisłym intelektem tudzież mniej rozrzutnym tatą – ani predyspozycji do przedmiotu, ani bodźca ku zwycięstwu. Wizja samotnych wakacji dodatkowo zniechęcała. Ukochany stanął na wysokości zadania, ofiarując doradztwo, wsparcie psychiczne, kiwaniem główką ze zrozumieniem w trudniejszych chwilach.

Z pierwszorzędnymi notatkami w torbie, gnał na odsiecz pogrzebanej w biochemicznej lawinie lubej. Schody wibrowały od ciężkich uderzeń chyba młota. Remont bloku?

Przy rozpadlinie wiodącej do mieszkania krzątał się kreator Bożeny. Wydźwignął pacerną bramę z zawiasów. Teraz ją optymalizował.

– Dzień dobry! A cóż to się stało?

Machnięcie ręką, wzruszenie ramionami, westchnięcie.

– Dzień dobry Grzesiu! Wyobraź sobie, klucz w ogóle nie wchodzi w zamek. Patrzę co i jak.

– Nieprawdopodobne! Może coś tam w środku siedzi?

Fachura obdarzył laika współczującym spojrzeniem.

– Raczej mechanizm się obluzował. Jestem pewien. Szukam odpowiedniego wiertła.

– Uhm. W takim razie nie przeszkadzam.

Po dwóch godzinach wkuwania przedziwnych mian i rysowania marsjańskich algorytmów, Misak-ona zaordynowała:

– Na razie dosyć! Idziemy na mszę!

Misiak-on zbaraniał. Zebrał odwagę na protest.

– Przecież jutro egzamin… Musimy doszlifować wiedzę…

Z powiększonych soczewkami oczu biły pioruny bożego gniewu.

– Nie pamiętasz?! Mamy okres (nie pamięta nazwy)! Poza tym chcę się pomodlić za pomyślne zdanie testu.

Niebezpieczny moment dla stabliności unii: samica gwałtownie przebudziła samca ze snu zimowego. Najpoutlniejsze misiaczki zarejestrują absurd, dochodząc na płaszczyźnie męskiego pragmatyzmu do dalekosiężnych wniosków, na przykład o ubliżaniu ich inteligencji lub dyrygowaniu ich życiem. Nieodwracalny kres fazy treserskiej.

– Posłuchaj mnie uważnie. Nie ma sprawy, potowarzyszę tobie w pacierzach. Jestem przekonany, że umiem materiał na tyle dobrze, aby zaliczyć biochemię, zatem klęczenie w kaplicy nie wpłynie zasadniczo na końcowe rezultaty. Ty natomiast powinnaś powtórzyć wiele rozdziałów, co ewidentnie widzę. Nie wmodlisz chemicznych wzorów w pamięć – musisz się ich nauczyć. Zostańmy w domu, przelećmy przez resztę notatek.

– Nie!

Po nabożeństwie poprosił o wybaczenie: zmęczenie zwalało go z nóg, pragnął odpocząć.

Mówił prawdę. Nie miał zwyczaju dziobania książek na ostatnią chwilę. Wolnym krokiem dotarł do dworca podmiejskiego, poczekał na niebiesko-żółtą SKM-kę, usiadł rozprężony przy oknie, przymknął oczy. Wsłuchany w rytm wystukiwany na torach, pozwolił kolejce ukołysać go do snu. Zamaskowany fetysz Grzesia: pociągi. Chyba atawizm – relikwia błogostanu wegetacji w matczynym łonie.

Pierwszy etap dezintegracji związku: zanik empatii dla partnera.

Odsłona 38 - Pancerne drzwi - Część I Czytaj część I | Czytaj dalej: część III Odsłona 40 - Pancerne drzwi - Część III

Publikacja umieszczona w kategorii INNI | Format PDF (1.0 MB) – 3 części Pobierz 3 części publikacji Pancerne drzwi w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

2 Responses to Pancerne drzwi (Część II)

  1. ugoldenbrown says:

    Oprzytomnieje ten Grzesio, czy nie..?;)))

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: