Pancerne drzwi (Część III)

Pancerne drzwiObłęd egzaminacyjny środowiska medycznego nie ma sobie równych. Fizjonomie odzwierciedlają zgrozę pomieszaną z paniką. Wielu stoi w kątach, kiwając się nad skryptami jak judaiści pod Ścianą Płaczu. Trwa finalna, konwulsyjna wymiana informacji: „Zadadzą pytanie o cykl Krebsa na mur!”; „Sterydy są najważniejsze!”; „Mam w nosie enzymy trzustki – nigdy nie były w teście!”. Po sprawdzianach nastrój jest współmiernie histeryczny: „Chyba zdałem!”; „Na pewno oblałam!”; „Pytać o pepsynę to już przesada!”.

Grzesio unikał nerwowego przerzucania stron, wyłuskiwania odrobin danych, presumpcji, siania psychozy. Obsesjonalny ton studentów dekoncentrował przed testem plus wytrącał z równowagi po teście.

Poczekał na Misiaka przy szatni. W drodze powrotnej zasypywała mu głowę domniemaniami co do rezultatów egzaminu.

Drzwi przechodziły następną renowację.

– Dzień dobry! Czyżby coś… eee…

Bzdurna indagacja…

– Cześć Grzesiu! Niespodziewanie wyrwały się zawiasy. Trzeba wzmocnić!

– Rozumiem…

Opacierzony obiad. Przesłodzony głos braciszka. Pytlowanie mamusi.

– Misiaczku, za kwadrans zaczną nabożeństwo z litanią.

– Ja idę na spacer.

Cisza jak makiem zasiał…

– Należy wypoprosić u Pana pozytywne wyniki egzaminu – przekonywała.

– Ja idę na spacer – powtórzył stanowczo.

Nie zawędrował daleko. Trzysta metrów od świątyni zauważył bar piwny z wabiącym szyldem „Pod kasztanami”. Zakupił Żywca. Błąkał się pomiędzy stolikami w poszukiwaniu kącika na dwie godziny (tak długo trwała msza).

– Młody, gdzie liziesz? Siadaj, kurwa…

Przyjacielskie zaproszenie wycharczał praktycznie bezzębny Menel Mietek. Na krzesełku obok drzemał Menel Wacek, z licem zakopanym w imponująco owłosionym torsie.

– Dziękuję! Dzień dobry!

– Nie pieprz trzy po trzy, siadaj! Mietek mi na imię – wyciągnął zniszczoną rękę.

– Grzesio!

– Wacuś, kurwa… Wstawaj, mamy gościa!

Powietrze przeszyło przeraźliwe beknięcie Menela Wacka, zagłuszające kościelne dzwony. Pomimo tego jego twarz była wciąż ukryta. Bełkotał do swojego krocza:

– Co, kurwa…

– Ogłuchł, czy co?! Cież mówię: mamy gościa!

Menel Wacek odessał pysio od klatki piersiowej.

– Kopsnij szluga… – wymamrotał.

– Nie palę – wyznał Grzesio.

– O kurwa… – wystękali pospołu Menele Mietek i Wacek.

Nauczony doświadczeniem wiedział, że dyskusja chyżo nabierze sensu, co zależało jedynie od ilości skonsumowanego piwa. Po pół godzinie, istotnie, rozprawiali na ciekawe tematy. W tle, coraz bardziej zamazany, majaczył zlekceważony gmach kultu katolickiego.

Konsekutywne stadium rozpadu narzeczeństwa: szybko zapominał…

Tablica ogłoszeniowa w katedrze biochemii. Wywiesili kartki upstrzone kolumnami nazwisk i stopni. Tłuszcza zainteresowanych parła ku ścianie. Stojąc na czubkach palców, wydłużając szyje jak żyrafy, wypatrywali niespokojnie swoich imion. Rozdzierające okrzyki radości, przy wtórze stłumionych westchnień.

Zdał.

Nie zdała.

Ostatnie zakupy przed wyjazdem. Misiaki jechały przepełnionym tramwajem. On – rozpromieniony wizją pobytu w jakże fascynującym kraju. Ateny, Kreta, Peloponez! Ona – pogrążona fiaskiem, sesją poprawkową, rozłąką z oblubieńcem. Odmienne stany; odmienne oczekiwania; odmienne światy.

Zduszony łzami szept:

– Mam wrażenie, że wolisz spędzić wakacje beze mnie…

Przytulił ją, poniekąd bratersko.

– Pleciesz głupotki – skłamał.

Wcisnęła w niego szczupłe ciałko. Chciała go przeniknąć, posiąść, zatrzymać…

– Naprawdę, Misu?

– Tak – skłamał ponownie.

Zwiastun nieuchronnego rozłamu: łgał. Szczególna wariacja obłudy, zabezpieczająca potencjalny odwrót w niewieście ramiona. Pewny jej miłości, reżyserował perypetie dwóch Misaków. Perfidnie wzniecał nadzieję w lękliwym serduszku, co teraz pojmuje. Wówczas był zwykłym tchórzem, nieszczerym wobec i niej, i siebie. Wygospodarowywał przestrzeń decyzyjną, cwaniaczek.

Partner opuszczający związek ma rażącą przewagę nad porzucaną stroną, mogąc manipulować przebieg wypadków. Przeciąga, szachruje, konfabuluje, udaje, zaprzecza itd., a wynikające z tych krętactw poczucie winy posiada nieporównywalnie lżejszy ładunek emocjonalny niż przeżycie odtrącenia.

Greckie przygody zasługują na oddzielną odsłonę. Rozrywkową ekipę tworzyło dwanaście osób z różnych środowisk: osiem dziewczyn, czterech facetów. Utworzyli cztery grupki operacyjne – na każdego szczęściarza przypadały dwie laski. Tym sposobem usprawniono przemieszczanie się z punktu do punktu (na przykład autostopem) oraz sprawiedliwie rozłożono obowiązki (taszczenie i rozbijanie namiotów versus sprawunki i przyrządzanie posiłków).

Grzesio-fuksiarz obsługiwał parkę odlotowych blondyn, przyprawiających Greków o bolesne wzwody. Południowcy błędnie przypuszczali, że polski młodzian ma fantazję, wzięcie, klasę, pieniądze – wszakże podróżował w trójkącie erotycznym. Biorąc go za alfonsa, dokładali starań pozyskania przywilejów łóżkowych, zapewniając całej trójce pierwszorzędną reakreację: obwozili po zabytkach, karmili pysznym jadłem, poili winem, ciągnęli po dyskotekach, kupowali podarki.

Monumentalne wysiłki Hellenów spełzały na niczym, bowiem urodziwe panienki transportowały Grzesia przy sobie nawet wtedy, gdy był on w stanie stuporu alkoholowego.

Miesiąc zabawy, figlów, relaksu. Krotochwilne życie w beztrosce, kiedy strapienia padołu ziemskiego odpływają w nicość, zaś dni przepełnia śmiech.

Ocucenie z bachusowego amoku nastąpiło w przedziale ekspresu PKP, pędzącego na północ. Tam, w kraju ojczystym, za pancernymi drzwiami, otoczona różańcami, czeka narzeczona o ksywej Misiaczek. Tam karmy regularne, pląsy klasyczne, obrzędy liturgiczne, landrynkowy brat. Gnał ku wstrzemięźliwemu, statecznemu bytowi. Ascetycznemu bytowi? Pustelniczemu bytowi?!

Tym razem nie miałby żadnych problemów ze znalezieniem grzechów do wyspowiadania. Pokuta uwzględniałaby pieszą pielgrzymkę – na obnażonych kolanach – do Watykanu.

Nieee!!! Ludzie dobrej woli – ratujcież! On niewinny! Ot, biedny student, zbłądził na manowce przez zupełny przypadek! Nie chciał nikomu nic złego zrobić, a wyszło jakoś nie tak, jak powinno. Toż on niegotowy, zieloniutki niczym pączek wiosenny, wciąż niesforny, trochę psotliwy. Zrozumcież! Przebaczcież! Odczepcież się!

Zapadł wyrok ostateczny: NIE! Pozostawała kwestia realizacji przedsięwzięcia, czyli obwieszczenia Misiaczkowi grzesiowego werdyktu.

Okoliczności sprzyjały dezerterowi. Niebiosa – bez żadnych modlitw – okazały łaskę w postaci wyekspediowania ukochanej poza granice miasta. Tata Bożenki, wzorem przyszłego teścia, zapragnął zaimponować rozrzutnością, zatem po zaliczeniu przez córkę egzaminu poprawkowego także sprezentował jej wypad na południe – w Beskid Żywiecki. Grzesio rozporządzał czterema dobami (od dnia powrotu z Grecji, do dnia powrotu z gór niedoszłej żony) na potajemną ewakuację fizyczną. Niezmiernie ważny element gładkiej rejterady: usunąć rzeczy materialne z pola bitwy przed faktyczną konfrontacją.

Porwał dwie największe torby, zarzucił plecak ze stelarzem na bary, zdeterminowany pomaszerował na kwaterę Bożenki.

Skokiem komandosa wparował przez rozpadlinę w ścianie do mieszkania. Dzień dobry, witam, co słychać, dużo by opowiadać. Gromadzi literaturę edukacyjną na kolejny rok, sprzedaje stare książki, kupuje nowe, zabiera swoje szpargały – robi porządek. Tak: albumy zdjęciowe i ciuchy też, bo tego… No, taki generalny remont.

Niech poczeka, aż Bożenka przyjedzie! Czyż nie lepiej tak wspólnie, razem?

Przerwał pokojowe projekty dyktatorskim tonem: nie, lepiej tak w pojedynkę, osobno.

Nabijał sakwy sprawnie. Nie wszystko się zmieściło po pierwszym ataku – powrócił za godzinkę, aby skolekcjonować resztę dobytku.

Objuczony jak wielbłąd, zaś lekki na duszy jak piórko, po raz ostatni przeprowadził standardową dyskusję przy pancernym włazie.

– A co to takiego tutaj się to nam stało?!

– Ech, nie uwierzysz. Pękła rama. Dwie szyny nie działają. Organizuję wspornik.

– Kuriozalne zjawisko!

– Co?!

– Nic! Toż ci dopiero niespodzianka! Pasztet nie lada!

– Dla mnie betka – pół dnia i po krzyku!

– Jasne! Ja to nawet gwoździa nie potrafiłbym porządnie wbić.

– Ha ha! Leć już, kawalarzu! Do zobaczenia!

– Do… No to lecę!

Pancerne wrota

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Dobra passa trwała. Mianowicie, Bożenka przyjeżdżała pociągiem akurat w pierwszy dzień zajęć na uczelni. Pobłogosławił zarząd PKP za opóźnienia powakacyjne – niech żyje państwowy tabor kolejowy! Miał krocie czasu na odkrycie kart przed kolegami, którzy ocenili inicjatywę rozwiązania misiowego związku jako fenomenalną oraz (ku zdębienu Grzesia) dawno oczekiwaną.

Towarzysze broni zlustrowali teatr działań wojennych, czyli salkę wykładową przy oddziale anestezjologicznym. Jakaś szlachetna dusza postanowiła uprzyjemnić atmosferę dydaktyczną pomieszczenia – oprócz szablonowych krzesełek, zainstalowano kanapy, fotele, niskie stoliki, a nawet romantyczne lampki. Urozmaicenie umeblowania sprzyjało manewrom unikowym, pozwalającym osaczonemu na odparcie akcji zaczepnych tudzież baczną obserwację ruchów napastnika.

Wybrali strategicznie usytuowaną sofę: trudno dostępną, z widokiem na wejście, mieszczącą akurat trzech chłopa. Tam też się przyczaili w formacji obronnej: defensor-Grzesio pośrodku, oskrzydlony Bogusiem po lewej, zaś Andrzejkiem po prawej.

Bożenka wtargnęła na arenę w kwadrans po rozpoczęciu seminarium, z kopyta zaskakując orężną brawurą, prąc bezkompromisowo ku przyczółkowi rebeliantów. Ufortyfikowali pozycję zwarciem szyku, wyeksponowaniem zdziwienia na twarzy, bezradnym rozłożeniem rąk – ostraszająca postura ,wyrażająca stan rzeczy: o co chodzi; tutaj nie ma miejsca; otomana trzyosobowa. Grzesio zastosował dodatkowy fortel, kiwając lekko dłonią na znak „Cześć! Jak się masz?” (gest usypiający, tymczasowo, agresję prześladowcy).

Z odsieczą pośpieszył lektor, rozkazując szarżującemu Misaczkowi przycupnąć na twardej ławce pod ścianą.

W przerwie umknęli na zewnątrz przez wyjście awaryjne, ukryte za palmą w rogu audytorium. Znaleźli schronienie daleko – hen! – w kantynie w innym budynku, zaułku nie do wytropienia. Po kawusi bezszelestnie wkradli się z powrotem i zajęli te same siedlisko, udając głupich ponad miarę: przecież oni tutaj cały czas siedzieli!; to ona gdzieś polazła!; dlaczego ich olała?!

Trwające trzy godziny wybiegi komunikowały nieszczęsnej reformy w jej życiu, podkreślając jednocześnie, że osobnik inicjujący te reformy cieszy się protekcją otoczenia. Bezlitosna prawda ulegała cementacji bez awatur, publicznych zawodzeń, skandalu, mordobicia itd.

Obraz jest wart tysiąca słów. Po wizualnej prezentacji aktualnego stopnia zaangażowania uczuciowego, wystarczyło do dziewczyny podejść, położyć rękę na ramieniu, spojrzeć ze smutkiem w oczy, powiedzieć cicho „sorry”, poklepać dla otuchy po łopatkach, myknąć w mgłę zapomnienia. Mężczyźni nie przepadają za drobiazgowym uzasadnieniem decyzji.

Nie poszło tak gładko. Przemaglowała go porządnie – okropność! Stał skruszony, odpowiadał półsłówkami, pocieszał niezdarnie.

Inkwizycja zogniskowała się na węzłowej łamigłówce: DLACZEGO? Eee… Mniemał, że to to, ale to nie to… Nie wie gdzie, co i jak, ale nagle (z zaskoku!) zupełnie inaczej myśli… Taka raptowna odmiana – sam jest bezgranicznie zdziwiony! Ochoczo walił pięściami w grzeszne piersi: to jego wina! Ona niepokalana – on łajdak! Czy może już pójść? Bo ten… koledzy czekają… He he?

Zatajał autentyczne przesłanki, zoszczędzając jej niby bólu. Typowa hipokryzja, odsuwająca na dalszy plan zaspokojenie kardynalnej potrzeby człowieka rozdartego rozłąką: poznania przyczyny.

Uświadamiał sobie dlaczego. Misiaczkowy świat zalatywał nudą. Schematyzm dowolnego dnia przywalał siłą obucha. Przesmyk ku bardziej ekscytującej rzeczywistości zagradzały pacerne wrota, na straży których stali: obsesyjny ojczulek, zboczony brat, świętoszkowata mamusia, zindoktrynowana Bożenka, Jezus Chrystus we własnej osobie. Odstępstwo od ich fanatycznej linii groziło wpierw wyklęciem, później wrzuceniem do ognia piekielnego. W końcu powalą przemocą na parkiet, otoczą świeczkami, przywdzieją kaptury, zainicjują bardziej zaawansowany ryt z mamlaniem kabalistycznych formułek.

Nie mógł znieść wiecznych pouczeń, wynikających z dysonansu polotu obu Misiaków: posiadał widoczną przewagę, więc kobieta nadrabiała wytykaniem jego religijnych czy obyczajowych niedociągnięć. Jako przyzwoite chłopisko, tolerował bożenkową bogobojność, wspierał bożenkową naukę, znosił bożenkowe fochy, nie otrzymując w zamian grama ani uznania, ani zainteresowania jego światopoglądem. Wyzuty z synergii układ. Symbioza – nie pasożytnictwo – buduje fundamenty unii dwojga ludzi.

Sam sobie pościelił łóżko, pozwalając babie obskubać go z piórek świetności. Wzorem woła sunął na rzeź, zamiast zaryć kopytami w ziemię, wyjaśnić klarownie osobiste stanowisko, wyegzekwować przestrzeń męskiego komfortu. W tym miejscu przyznaje, iż Bożena grała uczciwiej, demonstrując wierność swoim ideom. Była sobą – on udawał.

Pokiełbasił partnerstwo z uległością, a stabilizację z monotonią, czego serdecznie odradza każdej szanującej się osobie.

Grzesiowe zachowanie może napawać obrzydzeniem, lecz jak uprzyjemnić podobne chwile? Czy często słyszymy okrzyki zachwytu ze strony porzucanego?

  • „Wiesz, Edek tak wspaniale ze mną zerwał, że jestem pod wrażeniem! Nikt nigdy nie uczynił mnie szczęśliwszą!”
  • „Beata cudownie zerwała ze mną – wręcz poprawiła mi humor! Umówiliśmy się na następne zerwanie, aby przeżyć fantastyczny moment raz jeszcze!”

De facto, historia miała happy end: małżeństwo Misaków stanowiłoby gehennę dla nich obojga, wcześniej lub później. Zapobiegł tragedii, bo był przezorny. I sprytny! I mądry!

Och, jest najlepszy!

Odsłona 39 - Pancerne drzwi - Część II Czytaj część II

Publikacja umieszczona w kategorii INNI | Format PDF (1.0 MB) – 3 części Pobierz 3 części publikacji Pancerne drzwi w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

5 Responses to Pancerne drzwi (Część III)

  1. Kamilalila says:

    Czy zakończenie jest intencyjne czy naprawdę rzeczywiste?

  2. ugoldenbrown says:

    Uff..!! A wszystko przez to, że się Grzesio zatruł alkoholem..;)

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: