Minuty (Część I)

Minuty, czyli co czeka ludzi pasywnychGrzesio nie cierpiał zebrań. Obowiązki na nowej posadzie zakładały jednak uczestnictwo w cotygodniowych naradach, przeto posłusznie przychodził, siadał na krzesełku, pokornie kiwał główką na znak aprobaty, uśmiechał się miło. Milczał, ażeby nikogo nie drażnić tudzież nie przerywać patetycznych debat.

Dyskutanci, czyli ordynatorzy oraz siostry przełożone, unikali pracy ramię w ramię z personelem medycznym. Siedzieli w biurach, patrząc w ekrany komputerów, jakby tam mieli znaleźć odpowiedzi na nurtujące dylematy. Akcja przebiegająca za ścianą, na oddziale, nie stanowiła wystarczającej inspiracji do wykoncypowania usprawnień, natomiast urzędowe e-maile były podobno motorem przeobrażeń na wielką skalę, ku korzyści wszystkich.

Poza tym robota przy pacjentach to wredne hobby: chorzy narzekają, są upierdliwi, jęczą, okazjonalnie nawet bezczelnie krwawią. Zwariować można! Lepiej w zaciszu gabinetu, przy delikatnym szumie klimatyzatora, za przyciemnionym ekranem plazmowym, na foteliku. Kawusia po jednej, czipsy po drugiej stronie… Odprężenie… Co poniektórzy przeobrażają pokoiki w małe mieszkanka: kwiatuszki, zdjęcia najbliższych, radyjka, relaksujące akwaria z rybkami, łóżeczko w kąciku.

Rebelianckie odcięcie się zwierzchników od wyuczonego fachu, którym jest służba cierpiącym, sprzyjało roztrząsaniu kompletnie nieistotnych kwestii w trakcie szpitalnych posiedzeń:

  • Donoszono o paru przypadkach opóźnienia ambulansu, co już zostało skorygowane. No dobrze…
  • W jednej z przychodni zabrakło jodyny, więc ktoś ze zgromadzonych ochoczo przyrzekł wywąchać przyczynę deficytu. Dziękujemy!
  • Lekarz ten i ten powiedział „kurwa” na obchodzie, a inny palił papierosa w miejscu niedozwolonym. Profesor zaoferował zbesztanie drani.

Omijano zagadnienia kluczowe:

  • Przepełnienie instytucji klientami, uniemożliwiające dokładne zbadanie delikwentów czy operowanie bez wyścigów, nie wspominając nawet o luksusie zaoferowania łóżek.
  • Przepracowanie kadry, powodujące stres, traktowanie poszkodowanych przekleństwami, płacz mniej odpornych doktorów (istne dzidziusie!), wzrost ilości urlopów zdrowotnych (zwłaszcza w piątki i poniedziałki).
  • W związku z powyższym, narastanie liczby godzin dyżurowych, dalsze otępienie zespołu, wściekłość schorowanego ludu. Zombie na horrorach wyglądały wcale przyjemnie w porównaniu z wycieńczonymi medykami.

Wymienione kataklizmy przechodziły niezauważalne dla tzw. grup kierowniczych. Jak mogło być inaczej, skoro decydenci unikali kontaktu z wymiętolonymi, utyskującymi ciżbami? Zrozumienie może nastąpić tylko po bezpośrednim doświadczeniu tarapatów, to znaczy poczuciu na własnej skórze sytuacji w terenie. Przytulne pomieszczenia służbowe odrętwiały zmysły do takiego stopnia, że reakcje na wieści z frontu były zaiste groteskowe: „Cóż my możemy na to poradzić!”; „No tak, no tak… Przejdźmy do następnej sprawy…”; „Faktycznie, straszne, niemniej jednak rozwiązanie tkwi poza naszą sferą interwencji.”.

Jeżeli menadżerstwo cechowała bezsilność w korekcie kardynalnych komplikacji, to Grzesio nie pojmował celu ani zwoływania mityngów, ani kreowania zarządu. Po co gnuśnieć, bajdurząc o rzeczach nie mających żadnego wpływu na świadczone usługi, zadowolenie petentów, świeżość zatrudnionych? Równie dobrze mogliby trajkotać o najlepszym kolorze skarpetek dla mężczyzn, drogach skolonizowania Marsa, typach sznurówek do butów, taktykach przerzucania słomy.

Brak zaangażowania szefostwa zarażał pozostałych. Meldunki o bezładnych kupach pacjentów, wypełniających korytarze po sufity, poprzedzano czymś w rodzaju przeprosin: „Nic do raportu z naszej przychodni, oprócz znanych kłopotów z ilością chorych oraz niedostatkiem pielęgniarek, he he! Wciąż to samo – wszak głową muru nie przebijemy, he he!”. Donosiciele sami nijako strofowali swoje chojractwo, uzyskując gorliwą aprobatę reszty: „He he! Ha ha! Hi hi!”.

Dom wariatów.

Znany myśliciel Grzesio miał ideę przełomową: nakazać komediantom miesiąc zarobkowania w funkcji przeciętnego pracownika, co migiem zaowocowałoby deszczem pomysłów racjonalizatorskich, możliwych do utilizacji werbalnym nakazem. Niestety, grono wolało utrzymać status quo – wiecznie odgrywać role rozpuszczonych arystokratów, przypisane w scenariuszu tragifarsy.

Przemądre zloty podsumowywano w sprawozdaniach. Każdy krytyczny punkt debaty umieszczano w tabelce:

  • Problem: dr X powiedział „kurwa”.
  • Środek zaradczy: pogrozić gierojowi palcem.
  • Ochrzaniający – prof. Y.
  • Termin – w najbliższym miesiącu.

Ten unikatowy protokół nazywano po angielsku minutes, co eskulapy z Polski ochrzcili swojsko brzmiącym „minuty”. Jak można wykorzystać termin definiujący jednostkę czasu do zatutułowania bilansu obrad? Anglik potrafi, skracając łacińskie słowo minutiae (w dosadnym tłumaczeniu oznaczające „trywialne detale”).

Minutki i sikundki

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Pewnego sennego, grudniowego dnia, na ostatnim w roku spotkaniu z cyklu „sondaż stereotypowych pasztetów naszej organizacji”, zadano Grzesiowi cios nożem w plecy. Oto kolegium oświeconych zaproponowało, by objął pozycję przewodniczącego zebrań! Za co?! Wzorem cichej myszki pod miotłą, zawsze skromnie kucał z boczku, zaś tutaj, nagle – trach! Czym zawinił tak potwornie?!

Począł się wić jak piskorz w tłumaczeniach swojej niekompatybilności z suponowaną godnością: on laik, infantylny szczyl, angielski analfabeta, zwykły szeregowiec, za wysoki, za chudy, poza tym blondyn. Kwilenie o litość jednomyślnie przegłosowano, po czym zarechotano, pogratulowano, grzmotnięto w łopatki, życzono szczęścia. To na razie, do widzenia panu!

Wstrząśnięty, uciekł zapalić papieroska, przegryźć czekoladką, popić colą. Co teraz?! Opatrzność ograbiła go z genów plecenia idiotyzmów na zawołanie bądź umiejętności skupienia uwagi na absurdach. Nie potrafił pogodzić wrodzonych wrażliwości i uczciwości z politykowaniem.

O Boże – zostały przecież minuty! Do obowiązków wodzireja nasiadówek należało wszakże przelewanie na papier obgadanych bzdetów! Nic, tylko strzelić sobie w łeb!

Na pierwsza sesję poszedł rozdygotany. Zasypano biedaka nieznanymi mu akronimami oraz pojęciami: Best Care Always; BUGS; ESMOE; MOMS. Nobliwe programy władz wyższych, nierealne do wdrożenia w szpitalu, którego zaganiana na amen załoga chodziła do toalety dopiero po zmoczeniu majtasów. Pot spływał Grzesiowi po krzyżu, głos drżał. Na szczęście tradycyjny porządek konsylium dawał wytchnienie – mógł uroczyście anonsować konsekutywne odsłony przedstawienia: „Kontynuujmy! Pora na ploteczki radiologiczne! Zapraszam!”.

Jakoś przebrnął. Na miękkich nogach, natychmiast po forum, pogalopował do swojego pustego gabinetu. Pragnął, według polskiego patentu, piorunem uporać się z misją klecenia minut i sprzątnąć szkopuł z mentalnych horyzontów. Zadanie pochłonęło godzinkę, a pięknie przygotowane dyrdymały w formacie MSWord pognały pocztą elektroniczną do kolektywu mocodawców. Wcześniej sporządził e-mailową listę dystrybucyjną – jedno kliknięcie myszą rozsiało plik do setek skrzynek odbiorczych. Laba na okrągły miesiąc!

Krzysio, człowiek starszego pokolenia, więc światły, poruszył elokwetnie sprawę minut podczas rozmowy telefonicznej z Grzesiem.

– Grzesio! A wy tam też macie te zasrane minuty?!

– Naturalnie…

– Co za jełop w ogóle wymyślił minuty?! Po co one są?!

– Nooo… One są streszczeniem zebrań. Sam muszę je teraz przygotowywać.

– Posłuchaj Grzesio, ty mnie nie wpieniaj! – syczał Krzysio w słuchawkę. – Takich knotów to ja w życiu nie widziałem! Ty wiesz, ile my mamy porodów miesięcznie?

– Eee… 200?

– Siądź na tyłku, przyjacielu, bo czeka cię szok. 600, rozumiesz? 600!

– W tak małym ośrodku 600 narodzin?!

– To jeszcze nic – ciągnął rozjuszony rodak. – Teraz skalkuluj liczbę lekarzy na te 600 rozwiązań.

– 20 ciężarnych na dzień, dyżury, weekendy… – rachował głośno skupiony Grzesio.

– Weź liczydło w graby, abyś błędu nie zrobił!

– Przynajmniej 16 doktorów – powiedział ostrożnie.

– Ha ha! – zaryczał ironicznie Krzyś. – Co?! 16?! W Szwajcarii siedzisz, czy w RPA?!

Grzesia ogarnęła irytacja.

– Daj mi spokój! Skąd mam znać waszą dolę?

– Teraz nastaw uszu, pisarzu minut. Jestem tutaj sam jak palec, kapujesz? Nie uwzględniam orki w przychodnich przyszpitalnych, obchodów na oddziałach, zasuwania do nagłych przypadków. Opuszczony na pastwę losu, walczący z tym bajzlem niczym partyzant, otrzymuję nagle śmierdzące minuty. Na przykład, szanowni illuminati doradzają, aby bezwzględnie wołać przynajmniej 2 kolegów na pomoc do brzemiennej w stanie rzucawki. Mogę sobie przez okno wrzeszczeć – może przechodnie okażą dobrą wolę. Praktykuję także inną strategię – z dachu sygnałami dymnymi, to anioły ześlą dobrego samarytanina. Do dupy z takimi instrukcjami! Roztyta, ogłupiała, leniwa banda kawalarzy!

– Przestań! – zaoponował histerycznie Grzesio. – Zignoruj minuty! Złością nic nie wskórasz, oprócz rozstrojenia własnych nerwów.

– Nie przerywaj seniorowi, gołowąsie! Skrobiesz brednie, minuciarzu, to potulnie rejestruj nowinki zwane prawdą. Barany rekomendują maksymalnie 30 minut na przelot karetką pogotowia do centrum specjalistycznego, oddalonego o 150 km od nas, w którym właśnie zlokalizowano bazę transportową, bo my nie mamy nawet rowerów. Schumacher w Ferrari nie wyrobi 300 km w pół godziny! Na dodatek zachęcają do rozkręcenia programu nauczania. Kto ma edukować kogo i kiedy, na miłość boską?! Ja samego siebie w kiblu, gdy mam szansę się wysikać?! Szajka nierobów mości tyłki w fotelach, produkując abstrakty w postaci minut, a ty z nimi spiskujesz?!

– Zmusili mnie… – kwilił Grzesio.

– Zmusili?! Batami?! Przypiekając ogniem?! Co ty gadasz, konspiratorze?! Won z waszymi kretyńskimi wypocinami! Rękawy zakasać, marsz do roboty! Zgraja debilnych minutowców!

Czytaj dalej: Część II Odsłona 45 - Minuty - Część II

Publikacja umieszczona w kategorii FILOZOFIA | Format PDF (0.7 MB) – 2 części Pobierz część I i II publikacji Minuty w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: