Gry

Gry sportowe i życioweGrzesio wparował na śniadanie pięknie wypachniony wodą kolońską WARS, w nieskazitelnym białym kitlu, ze słuchawkami nonszalancko dyndającymi na szyi. Lekarz pełną gębą, panie! Minął już tydzień od jego przylotu do kraju złotem tudzież diamentami płynącym, więc zabiegał o wywarcie przedniego wrażenia. Przecież chciał zostać szanowanym i bogatym człowiekiem, co RPA lansowało dla białych. Będzie magnatem!

Przestronną świetlicę hotelu lekarskiego podzielono na kuchnię, jadłodajnię oraz kącik wypoczynkowy, gdzie na brzegu fotela, z łokciami opartymi na kolanach, przysiadł doktor Nel. Ledwo widoczny w kłębach dymu papierosowego, z napięciem wpatrywał się w telewizor. Był nałogowym palaczem, kopcącym nawet podczas obchodów – nad łóżkami pacjentów – nie czyniąc bynajmniej żadnego zgorszenia w liberalnych latach 80.

Mistyczno-emocjonalna atmosfera wokół telewidza porwała uwagę Grzesia. Czyżby nadawali reportaż o zbiorowym mordzie? Demonstrowali efektowne fajerwerki, wywołane bombardowaniem jakiegoś wszetecznego państwa? Karambol na autostradzie, z porozgniatanymi ludzkimi członkami? Natychmiast wbił wzrok w ekran, bo sam umierał z ciekawości.

Kamera pokazywała stadion z lotu ptaka. Nigdy w życiu nie widział podobnego – idealnie okągłego – boiska. Na murawie stało porozrzucanych, mniej więcej równomiernie, z 15 chłopa. Nic nie robili – po prostu sterczeli w inercji, a niektórzy tworzyli parki, tocząc przyjazne pogawędki. Analizując ich konfekcję pomyślał, że to chyba wczasowicze: czapeczki z daszkami, przeciwsłoneczne okulary, białe koszule i spodnie. Spozierali w różne strony, czasami splatali łapki z tyłu w amerykańskiej postawie „spocznij”, kilku siedziało po turecku na trawie. Czekali na coś.

Nie umiał rozszyfrować celu przedstawienia. Zaiste, sceneria zdezorientowała postkomunistycznego Grzesia atypowością. Gwóźdź programu tkwił jednak pośrodku areny, gdzie ubito mały prostokąt. Zbliżenie obrazu ujawniło 2 facetów, zajmujących pozycje na przeciwległych, krótszych bokach centralnego placyku. Na łby założyli kaski z metalową siatką ochraniającą twarze; dłonie pokrywały potężne rękawice; nogi osłaniały grube ochraniacze do połowy uda. Dzierżyli masywne dechy, na których niedbale się operali. Sprawiali wrażenie agresywnych. Hokejowi bramkarze bez łyżew?

Za każdym opancerzonym gościem wbito w ziemię 3 patyczki, na szczycie uwieńczone poprzeczką. Niewielkie konstrukcje, sięgające do kolan, wyglądające kruchawo, o przeznaczeniu Grzesiowi nieznanym. Tajemniczość widowiska rosła w oczach.

Nagle jeden z nich z lekka przykucnął, spojrzał hardo w bok i począł walić kłodą w grunt. Oto z grupy turystycznie odzianych osobników wyprysnął zadziorny gość. Miętosząc coś w rękach, wykonał rodzaj rytualnego tańca: wpierw dreptał szybciutko w miejscu, następnie przyśpieszył do tempa majestatycznego biegu (sążniste skoki, pozornie w zwolnionym tempie, przypominające susy gazeli), a na samym końcu zrobił długi wykrok na prostej nodze (rzepka tylko cudem nie pękła z trzaskiem). Finałowe stąpnięcie uwieńczył ciśnięciem przedmiotu – dotychczas ugniatanego jak ciasto – w typa ze sztachetą. Wybitnie niestandardowy rzut – raczej wiatrakowy obrót w barku sztywną kończyną górną, porównywalny z miotem granatu przez ruskiego sołdata. Zagadkowy pocisk rażący musiał być albo kamieniem, albo ciężką śrubą, sądząc z uzbrojenia atakowanego. Grzesio oczekiwał rozbryzgu krwi, przeto struchlał z przerażenia, gdy tymczasem chroniony pancerzem jegomość ustawił sztyl pionowo, blokując zgrabnie lecący ku niemu obiekt – maleńką piłeczkę!

Aktorzy niecodziennego seansu powtarzali pantomimę ad nauseam: ceremonialny suw, wygibas przy majtnięciu kuleczką, barykada lotu dechą. Na boisku trwał bezruch. Komentator sporadycznie mamrotał pojedyńcze frazy chrapliwie brzmiącym językiem.

Oniemiał na amen. Kulturalnie zapytał, o co chodzi w prezentowanych igraszkach? Doktor Nel, nie odrywając oczu od monitora, wycedził: „To jest krykiet.”. Krykiet?! Poprosił o bliższe wytłumaczenie terminu. W odpowiedzi usłyszał, że był to sport. Został zasypany lawiną informacji o zasadach gry: runs, overs, innings, wickets, batsmen, bowlers, fours, sixes itd., z czego nie zrozumiał absolutnie nic. Pokiwał główką niby w aprobacie, posłał przyjemny uśmiech, podziękował, uciekł na posiłek.

W połowie dnia pracy powrócił na obiad. Doktor Nel nie zmienił aranżacji ciała. Niedopałki petów przepełniały popielniczkę, zaś stęchlizna w powietrzu nie miała sobie równej. Widok na ekranie pozostawał praktycznie ten sam, aczkolwiek ilość fanów na widowni wzrosła. Kibice kopiowali maniery zawodników: leżeli na ławach zażywając słońca, piekli mięso na ogniu, pili piwo, gawędzili.

Grzesio zagaił o wynik poprzedniego meczu – tego trasmitowanego rano. Riposta zbiła go z nóg: pojedynek cięgiem w toku. Azaliż dogrywka?! Nie, taż sama partia. Niemożliwe! Toć minęły ponad 4 godziny! Jak długo garstka samców ma zamiar tłuc gałkę kawałkiem drewna?! Do wieczora, a nawet nocy, w zależności od runs, overs, wickets i co tam jeszcze. Poza tym miał okazję obserwować turniej testowy, czyli 5-dniowy.

Doza wieści przekraczała wyobrażenie polskiego uchodźcy. Nie dziwiło go bynajmniej zachowanie krykiecistów, bezceremonialnie pytlujących z widzami, przeciągających się, zaczepiających seksowne panienki – wszystko, aby nie zasnąć z nudów. Innymi słowy, sielanka na całego.

Toż to rodzimy palant w eleganckim wydaniu!

Przez głowę przebiegały mu setki pomysłów racjonalizatorskich, ewidentnie pominiętych przez odseparowanych od świata południowoafrykańczyków: używać piłek lżejszych, bardziej sprężystych, natomiast rzucać nimi dowolnym stylem, bez akrobatyki; paletę wymienić na tenisową; oswobodzić odbijających ze zbroi; zlikwidować jedną z bramek, powiększając drugą; skrócić okres spotkania do 2 godzin. Więcej dynamizmu, frajdy oraz ruchu dla otyłych graczy.

Prosił niebiosa o nie skazywanie go na państwo, którego obywatele pogardzili nogą, siatą czy koszem w imię nużącego krykieta. Więzienie wydawało się rajem! Wizja reszty żywota w towarzystwie kurzących doktorów Neli, spędzających doby na markotnej obserwacji mężczyzn z kijami, przyprawiała o histerię.

Optymizm zagościł ponownie w starganym, grzesiowym duchu, kiedy przekazywali relację na żywo z rozgrywek sportowych o zgoła innym charakterze. Tym razem boicho było zwyczajnym czworokątem, a tłumne audytorium nad wyraz wrzaskliwe. Sprawozdawca tryskał energią. Normalny mecz! Czekał z utęsknieniem na rozwój wypadków.

Spotkanie rozpoczęło kopnięcie bochenkowatej piłki w powietrze, za którą popędzili wszyscy bez wyjątku zawodnicy o posturze wykidajłów. Jeden chwycił jajo, lecz w okagnieniu przywaliła go czerada napastliwych indywiduów. Utworzyła się skotłowana kupa ludzkiego mięsa. Po paru sekundach, spod pulsującej zgrai, wychynęła piłka – na wskroś magiczne zjawisko, przeczące podstawowym prawom fizyki. Porwał ją ogromny typ, jednakże na momencik, ponieważ banda znowóż bezlitośnie przygwoździła farciarza do murawy.

Non stop ta sama sytuacja: co kto przebiegł parę metrów, dopadło go stado rozwścieczonych goryli, taranując, zgniatając, tłukąc ukradkiem pięściami. Przeżycie tak brutalnego napadu stanowiło fenomen natury.

Bramki miały słupki do wysokości 5 piętra. Nie posiadały poprzeczki, co stwarzało szeroką przestrzeń deliberacyjną na temat potencjalnych goli. Punkty zaliczano także za przeniesienie jaja za linię końcową pola przeciwnika – zadanie nader trudne, albowiem chronicznie popełniali błąd rzucając piłkę w drugim kierunku, ku swojej części pola.

Czasami sędzia przyznawał rzuty wolne za niepojęte dla Grzesia przewinienia. Jak rozpoznać niedozwolony cios? Wszakże wszyscy lali beznamiętnie wszystkich! Wyselekcjonowany umyślny, specyficznie przeszkolony do strzelania nogą, stabilizował z namaszczeniem bulwiastą piłkę na kopczyku usypanym z piasku, po czym oddalał się wstecz na kilka kroków. Manewr cofania egzekwował wyjątkowo ostrożnie, prawdopodobnie w obawach o wstrząsy gruntu, potencjalnie zagrażające stabilności ustawionego pionowo jaja. Przez minutę stał na baczność: patrzał intensywnie na piłkę, na bramkę; na piłkę, na bramkę; na piłkę, na bramkę. Po powyższych obrzędach przygotowawczych zadawał potężnego kopa, zabiegając o trajektorię lotu owalnego pocisku pomiędzy strzelistymi tyczkami. Często chybiał, szokując do granic: cel kolosalny, świetnie widoczny, nikt nie przeszkadza, a tu pudło!

Dlaczego krańcowo pokomplikowali prostą grę?! Zamiast podawać do przodu, podawali do tyłu; w miejsce fajnej futbolówki wstawili nieporęczne wrzeciono; zasady bezkontaktowego, finezyjnego współzawodnictwa wymienili na mordobicie; jasny system 1 gol = 1 punkt wymienili na zagmatwaną strategię przyznawania 2, 3, ewentualnie 5 punktów za to, tamto i owamto. Południowa półkula ziemska wyraźnie nie katalizowała logicznego myślenia. Dziury ozonowe? Upał? Jodłowanie kaszalotów ich odrętwia?

Doświadczenia krykieciarsko-rugbiarskie martwiły Grzesia. Przebrnął dotychczas przez małpy zaglądające przez okno do pokoju, jaszczurki bezczelnie łażące po ścianach, strasznego karalucha ze skrzydłami, włochatego pająka o gabarytach wróbla – horrory pozostawiające niezmywalne ślady w pamięci! Którykolwiek z wyliczonych koszmarów powodował chęć spakowania walizki i ucieczki do ojczyzny, wolnej od wrogiej zwierzyny, wstrętnych gadów, jadowitych insektów. Mężnie wytrzymał chwile grozy, oczekując ukojenia w relaksie – na przykład podczas śledzenia spektakli sportowych. Niestety, tubylcy pchnęli go nożem w plecy, proponując mieszankę rozrywkową dla wałkoni bądź zadymiarzy. Kompletny brak balansu! Nie sposób dopingować ani nygusów, ślęczących dniami na trawniku przy 3 patyczkach, ani awanturników, umiejących wyłącznie miażdżyć się nawzajem.

Koszmary doktora w RPA

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Po ponad 2 dekadach pobytu na obczyźnie zinternalizował istotę emigracji. Tolerancja różnic rasowych, religijnych, językowych lub klimatycznych obrazowała czubeczek góry lodowej. Zwiewając do środowiska o milszych warunkach ekonomicznych, nie wziął w rachubę okoliczności społeczno-kulturowych – reprezentatywny przypadek przehandlowania dobrobytu materialnego (dyskusyjnego obecnie) poza granicami kraju za wygodę egzystencji w swojskich, rodzimych kręgach.

Aprobowanie obcych obyczajów nie konkuruje z głębokim poczuciem przynależności do grupy: pierwsze jest wyuczone (nabyte), drugie zakorzenione (wessane z mlekiem matki). Do dzisiaj, w dowolnym punkcie Polski, Grzesio bezzwłocznie doznaje identycznych emocji, jakie przenikały jego serce w dniu odlotu „na zawsze”. Można wygonić Grzesia z Polski, ale nie Polski z Grzesia. Zbagatelizował rangę bliskości rodziny, wsparcia przyjaciół ze szkoły średniej czy studiów, przyzwyczajeń do typowych interakcji z krajanami, systematycznego odwiedzania ulubionych zakątków itd.

Strona tytułowa magazynu Stowarzyszenia Polskiego w Kapsztadzie - Kapsztad.pl. Wydanie lipiec-pażdziernik 2013, nr 21.Potrzebował 15 lat na skojarzenie reguł krykieta i rugby. Prawdę powiedziawszy, nie mógł uniknąć tej edukacji, przesiąkającej podstępnie komórki mózgowe wbrew zainteresowaniom. Przestał już warczeć na widok facetów w kolonialnych ubrankach, miotających kuleczkami do drewienek wkłutych w glebę. Nie rzuca też przekleństwami pod adresem chaotycznej lataniny barczystych samców, gotowych zabić za dostęp do piłki-jaja. Sympatia? Nie, raczej spolegliwość…

Na szczęście jakaś dobra dusza wynalazła w końcu internet: w sieci odnajduje to, co rzeczywiście lubi. Telewizja satelitarna także zawitała do RPA, oferując wachlarz programów zza równika.

Gry sportowe i życiowe… W obu bataliach przegrać należy z honorem, następnie wyciągnąć wnioski. Każda porażka to lepiszcze cementujące wytrwałość, iskierka zaostrzająca bystrość umysłu, dywanik wyścielający dróżkę do spełnienia.

Jeżeli, oczywiście, starcza odwagi na przyznanie się do fiaska…

Tekst opublikowany w magazynie Stowarzyszenia Polskiego w Kapsztadzie – Kapsztad.pl (wydanie lipiec-pażdziernik 2013, nr 21 (127).

Publikacja umieszczona w kategorii MIGAWKI | Format PDF (0.5 MB) – pobierz tutaj Pobierz publikację Gry w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

2 Responses to Gry

  1. ugoldenbrown says:

    Nikt nie myśli o takich niuansach, wyjeżdżając z Kraju Ojców na obczyznę. A okazuje się, że jesteśmy tak przesiąknięci polskością, że trudno jest się zaadaptować do innych warunków. I wychodzi, że jest to na „przetrzymanie”. I po latach powrót do kraju nad Wisłą.. Tylko, czy jest się wtedy tutejszy, czy tamtejszy?

    • Dziękuję za komentarz.

      Chęć powrotu do ojczyzny jest poruszana przy praktycznie każdej okazji. Rzadko kto wyrazi skłonność do powrotu ochoczymi słowami – jest to nijako zachowanie tabu. Najczęściej słyszy się utyskiwania na sytuację w Polsce, uzewnętrzniane w twardym zaparciu pozostania poza granicami ojcowizny. Nie ma wątpliwości, że emocje rwą sercem, bowiem dlaczegoż w kółko powtarzać identyczne pytanie, by usłyszeć tożsamą odpowiedź, po czym poprzeć zarzekającego się kawalkadą podobnych złorzeczeń na państwo? My wszyscy jesteśmy Polską, a nie wybrany rząd, więc każdy emigrant, który miał szczęście załapać jakąś pracę, a potem dzielnie wygraża piąstkami enigmatycznej „Polsce”, w efekcie biadoli nad samym sobą.

      Tamtejszy czy tutejszy? Zawsze polski! Kolejna obłuda: po wielu latach niby nie można ulec ponownej integracji w rodzimym kraju. Rasowe Niemcy, Angliki czy inne się porobiły! Na palcach ręki policzyć tych, którzy rzeczywiście płynnie mówią innym językiem, nie dotykając problemu dosadnego rozumienia obcych fraz (odczuwania podświadomego, na głębszym poziomie), czytania bardziej skomplikowanego tekstu lub kulturowego przeobrażenia. Pozostawić na samotnej wyspie przez miesiąc i po krótkiej wylince wyjdzie Polak jak ta lala, ponieważ scalenie z cudzym to tylko wyuczone nawyki, odzywki, reakcje – cieńka skorupka ozdobnicza, zanikająca w okamgnieniu.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: