Modus operandi (Część I)

Modus operandiKtóż idzie studiować medycynę?

Pospolite wyobrażenie nasuwa natychmiast myśl o tzw. powołaniu. Jedynie osobniki z misją służby wbitą w genotyp śpieszą wchłaniać tony teoretycznej lub klinicznej wiedzy. Od lat dziecięcych fantazjowali o niesieniu pomocy innym: chłopcy udawali kierowców karetek pogotowia, dziewczynki dawały lalkom sztuczne zastrzyki, natomiast w grupkach przyszłe eskulapy i eskulapki bawiły się w doktora. Brzdąców nie opuszczała wizja ratowania ludzkiego życia za wszelką cenę, z poświęceniem własnych wygód, czasami za darmo. Szczególnie ponętną była praca w nocy, w skrajnym zmęczeniu, walcząc z pijanymi delikwentami na izbach przyjęć (czysta rozkosz!). Urwisy marzyły o takiej przyszłości.

To wszystko jest bzdurą, przynajmniej w zniewalającej większości przypadków.

Nie odbierajmy jednakże lekarzom kompletnie chwały za heroizm tudzież wytrwałości w dziobaniu mądrości z grubych tomiszczy. W końcu Grzesio ma zaszczyt przynależeć do kasty medyków, zna profesję od podszewki, przebrnął przez tresurę akademicką – nie może sam sobie pluć w twarz niczym idiota!

Przyjdzie czas na scharakteryzowanie standardowego łapiducha, opisanie prawdziwych bodźców skłaniających do wyboru zaszczytnego zawodu, rozpatrzenie związków przyczynowo-skutkowych (czy istnieje predyspozycja, czy raczej widzimy efekt końcowy ujeżdżania mózgu studenciaka). Na razie skupmy uwagę nad ciekawą kwestią testowania zasobu wiadomości niedoszłego konsyliarza.

W latach 70. i 80., kiedy Grzesio miał mleko pod nosem, a procę w kieszeni, popularnością cieszyły się egzaminy ustne. Z jednej strony dawały margines bezpieczeństwa dla spietranego żaka: gdy coś ze strachu zapomniał, profesor zadawał pytania dodatkowe, nijako naprowadzające na wątek, wygrzebując tym samym nieboraka z katastrofalnej sytuacji (czasami kompletnie zagrzebując, ale to już inna sprawa). Z drugiej strony pozwalały na uczciwszą ocenę z uwagi na:

  • bezpośredni kontakt (zamiast weryfikacji kalibru człowieka z kartki papieru, bez spojrzenia w uczciwe oczy);
  • możliwość sondowania informacji dotyczących wachlarza patologii (w przeciwieństwie do stania okoniem przy wysegregowanym zagadnieniu – tym nieznanym studentowi – doprowadzając kursanta do szaleństwa);
  • elastyczność czasowa (dopuszczająca przedłużenie maglowania petentów podejrzanych o debilizm, natomiast skrócenie sesji dla mądrali).

Teoretycznie piękne rozwiązanie, przynoszące tolerancję, empatię oraz sprawiedliwość, których studenty łaknęły jak powietrza. Aliści praktyka stanowi autentyczny pomiar słuszności dowolnej koncepcji, choćby tej najpiękniejszej, bowiem oprócz dostatecznej znajomości materiału znaczenie miały szczęście w duecie z taktyką.

Przygotowania do sprawdzianów eruducji musiały zatem uwzględnić wywiad środowiskowy, czyli nabycie informacji o nawykach, preferencjach, stylu, a nawet zainteresowaniach egzaminatora. Rzeczywiści pasjonaci medycyny byli rzadsi niż jednostki o wzroście ponad 2 metrów, zaś ci wykuci na blachę napawali obrzydzeniem i kolegów, i (co interesujące) pedagogów. Dzięcioły należały do gatunku skrycie nienawidzonego, odizolowanego w rezerwacie samotności, wytykanego szyderczo paluchami, obdarzanego sarkastycznymi grymasami, pomijanego w zaproszeniach na imprezy.

Niestereotypowym był także fenomen oryginalnego talentu zapamiętywania szczegółów – cecha do pozazdroszczenia, nie mająca nic wspólnego z bezmyślnym ryciem detali. Co Grzesio musiał powtórzyć 10 razy w celu utrwalenia w pamięci na parę dni (żłopiąc kawę, zajadając czekoladki, gadając do siebie w kółko na głos niby opętany), istota obdarzona darem zapisu niemalże komputerowego potrzebowała przeczytać raz w autobusie, by wyrecytować pochłonięte dane 20 lat później. Żywe, twarde dyski!

Pozostała banda przeciętniaków – około 95% zbiorowości – uciekała się w połowie do panicznej nauki, w połowie do przebiegłości. Głęboko wierzący dysponowali w pakiecie manewrów wstępnych modłami o pomyślny wynik (do Pana ewentualnie Maryi, w zależności od zaufania). Pieniądze względnie znajomości – atuty niezwykle wyjątkowe, przeważnie sfabrykowane przez zawistników – są pominięte w rozważaniach tego tekstu.

Zanalizujmy przykłady sprytu i dobrej passy w akcji.

Anatomia

Pierwsze kolokwium dotyczyło kośćca.

Edukacja medyczna odbywa się przez stopniowe przyzwyczajanie przyszłych doktorów do obrzydliwych rzeczy. Wywalenie na stół odciętej głowy po tygodniu od rozpoczęcia nauki wywołałoby wymioty, wobec tego inicjowano urabianie odporności psychicznej od niewinnej rzepki, szczęki bądź piszczeli, bez dowieszonych farfocli (kawałków mięśni, ścięgien, nerwów itd.). Dawno temu populacja nie korzystała z sieci, gdzie obecnie można pooglądać sceny powypadkowe z rozkwaszonymi członkami, dekapitacje, wydłubywanie oczu, palenie żywcem, sekcje zwłok, inne wspaniałe dokumenty.

Aczkolwiek implikujące prostotę patyków, gnaty posiadają labirynty wyżłobień, płaszczyzn, dołków, narośli. Każdy element, dla uproszczenia, ma nazwę łacińską. W ten sposób głupia łopatka posiada tak zawiłą nomenklaturę poszczególnych części, że terminologia kraterów księżycowych to betka.

Piszczel i piesek

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Laik może mieć przeto błędne mniemanie odnośnie kontroli kostnej biegłości: proces nie polega na sterczeniu przed szkieletem i wskazywaniu, gdzie mieścić się ramię, miednica, czaszka czy noga. Student dostaje w łapę, przypuśćmy, krąg szyjny, po czym o nim długo pyluje w prehistorycznym języku.

Grzesio chciał wejść przed wszystkimi, aby mieć sprawę z głowy. Asystent egzaminował po 3 osoby, więc grono studenckie dokonało spontanicznego podziału na grupki skazańców.

Z najlepszym przyjacielem Andrzejkiem zabiegali o zwerbowanie kogoś do utworzenia trójcy. Ochotę wyraziła ona.

Lilka nie była po prostu ładną dziewczyną. Określenia „atrakcyjna”, „ponętna”, „apetyczna” czy podobne – prymitywne – rysopisy urągały, wedle rozognionego do granic możliwości Grzesia, nieprzeciętnej urodzie tego cuda na ziemi. Bajeczne, kruczoczarne, kręcone włosy; rozmarzone, piwne oczy; śnieżnobiałe zęby, opatulone wybłyszczonymi usteczkami; seksowne, okrągłe okularki; zwiewność ruchów; hipnotyczne kołysanie bioder; zgrabność modelki. Czarodziejskie zjawisko!

Oparty na łokciach, z główką spoczywającą w dłoniach, wzdychając, wbijał wzrok w Lilkę podczas wykładów. Gdy zajmowała na sali ławkę kilka rzędów niżej, miał doskonałą pozycję obserwacyjną. Zapominał wówczas o mówcy, treści prelekcji, przedmiocie, zmartwieniach, głodzie, świecie – przecież ona tam siedziała! Wstyd frasować umysł marnościami egzystencjalnymi – jedzeniem, ubikacją, karierą! Wszak w polu widzenia strawa duchowa!

Czasami się obracała, spoglądała na wiernego admiratora, posyłała uśmiech, mający moc zwalić z nóg słonia. W takich chwilach prostował sylwetkę, podnosił łapki, nastawiał uszka, rozdziawiał radośnie mordkę, machał wściekle ogonkiem – przybierał w ułamku sekundy pozycję „służyć!”. Ahoj, tutaj jestem! To ja, Grzesio! Hej-hej! Niewątpliwie dawał do zrozumienia, iż uwielbienie i miłość platoniczna mają swoje granice, nawet dla dżentelmena jego pokroju. Rytualne tańce nie mogą trwać wiecznie! Serce nasycone, więc pora na te… no wiesz…

Jego brak asertywności zawsze zabijał końcowy sukces: żadna kobieta nie ulegnie facetowi, pozbawionemu odwagi wydukania o co mu właściwie chodzi. To znaczy, ona wie, co jest grane, niemniej jednak musi to usłyszeć, bo w jej ambicjach nie ma miejsca na mięczaka u boku.

Teraz mieli pójść razem na pierwszy egzamin. Nimfa wdziała czarne rajstopki, tegoż samego koloru obcisłą sukienkę przed kolanka, białą bluzeczkę (półprzeźroczystą, chociaż królowała już jesień). Rozpuściła kędziorki luźno na ramiona, spryskała się odurzającym afrodyzjakiem, rozpięła 2 górne guziczki pod szyją. Szpileczki oraz delikatny makijaż dopełniały wizerunku bóstwa.

Do Grzesia doszło jego fatalne położenie: Lilka już zaliczyła anatomię kości, natomiast on pewności nie ma żadnej. Sztuczki w formie obnażania kulasów, prężenia wątłej klatki piersiowej lub wachlowania mizernymi biodrami skreślił jako pomysły chybione. Na dodatek stąpał krokiem robota, wydzielał zapach trwogi, a czuprynkę mógł jedynie przylizać. Na tle Lilki prezentował aparycję nędznego paprocha.

– Który macie numer? – piskliwy głos Ewki wyrwał go z rozważań o gwarantowanej klęsce.

Wybałuszył oczy w bezdennym zdumieniu.

– Jaki numer?!

– Kolejność wejścia na kolokwium – zaszczebiotała Lilka.

– Jeden – opowiedział bez namysłu.

– To wy już wylosowaliście? – kontynuowała przesłuchanie Ewa.

No tak: kretyński system ustalania porządku. Każde trio studentów powinno wysupłać los z małego woreczka, demokratycznie ustalając sekwenecję egzaminacyjną.

– Tak – skłamał automatycznie.

– Kiedy? – organizatorka ciągnienia nie dawała za wygraną.

Przybrał namaszczony wyraz twarzy, udając intensywne skupienie. Posiadał talent budzenia zaufania.

– Hmmm… 10 minut temu? – zasugerował z kamienną powagą.

– Aha… – ochłonęła Ewka, lecz na krótko. – Nie pamiętam, abyś losował!

– Coś ty?! Tak szybko umknęło tobie z głowy?

– Pokaż papierek!

– Wyrzuciłem!

– Gdzie?!

– Do któregoś z koszów!

– Bujasz! Proszę bardzo: wyciągaj losa!

– Drugi raz?! To nie ma sensu! – zirytowany, brnął w coraz to większy gąszcz obłudy.

– Grześ, daj spokój – zainterweniował Andrzej.

– Dobrze! Niech będzie! Chcecie dublować procedurę, to macie! – włożył rękę w mieszek. Na dnie wyczuł parę zwitków. Niechętnie jeden wyselekcjonował, wyłowił, rozwinął i… zamarł. Reszta grona też skamieniała.

Na karteczce widniała cyfra „1”.

– No widzisz?! – triumfował po chwili osłupienia. – Toż mówiłem!

Ewę zatkało dokumentnie, toteż nic nie dodała. Teoretycznie rzecz biorąc nie oszukał, ponieważ początkowe stwierdzenie okazało się prawdą: byli na czele.

Szczęście dopisało. Z reguły, na starcie sesji indagacja jest mniej szczegółowa, atmosfera swobodniejsza. Poza tym odpada stres oczekiwania na swoją kolej.

Chuderlawy, wysuszony, markotny asystent w średnim wieku tkwił na krześle za niewielkim stolikiem. Na blacie przygotował około 20 kości, na które smutno spozierał niczym pijak na pustą butelkę. Miał niedbale porozrzucane kończyny – przypominał wyświechtaną kukiełkę, ciśniętą w przygodne miejsce. Nie podniósł głowy, tylko wskazał od niechcenia na 3 wysokie taborety po drugiej stronie stanowiska studenckich tortur.

Wymamrotali grzecznie „Dzień dobry”, poczęli gramolić się na zydle. Lilka ulokowała swą boskość na przyczólku po prawej stronie: odstawiła grzędę o pół metra do tyłu, zwinnie wskoczyła na czubek, oparła stópki na poprzeczce u dołu konstrukcji, zarzuciła nóżkę na nóżkę. Motylek na kwiatku, nie do zignorowania przez osobnika o genotypie XY.

Za pomocą niewidzialnych sznureczków, sylwetka adiunkta uległą powolnemu wyprostowaniu, na twarz wypełzł grymas chyba zadowolenia plus rumieniec.

– He he… – zachrobotał ni z gruchy, ni z pietruchy. Albo pragnął rozładować podenerwowanie obecnych, albo testosteron dał o sobie znać poprzez mimowolne wyrażenie sekretnych rojeń.

Z celebracją ujął piszczel. Mocno pochylając się nad stołem, przekazał gnat bogini. Trochę drżał.

– Proszę pani… – zaczął bajer. – Oto piszczel. Czy usłyszę, która?

Lilka miękko umieściła anatomiczny eksponat na udach, bezspornie z zamiarem dogłębniejszej wiwisekcji. Żaden z samców obecnych w pomieszczeniu nie rejestrował durnej kości, tylko (naturalnie) czarne pończoszki, obciągnięte na apetycznych kolankach. Ona tymczasem kokieteryjnie zerknęła spod grzywki na podrajcowanego hormonalnie egzaminatora.

– Lewa? – praktycznie wyszeptała. Udekorowała buzię subtelnym uśmiechem, zagryzając przy tym dolną wargę.

Gość doznał bolesnego wzwodu, co wyraźnie biło z jego przeszklonych oczu.

– Prawa! – zaskrzeczał.

– No właśnie… – wymruczała.

Dalsza interlokucja pomiędzy nimi polegała na sprawdzianie wiedzy egzaminatora:

  1. On przedstawiał kwestię do rozwikłania.
  2. Ona natychmiast zadawała pytania dotyczące danego problemu, głosem pieszczotliwym, z aranżacją ciała nęcącą.
  3. On posłusznie wypluwał odpowiedzi, gorączkowo gestykulując, odrywając plecy od oparcia, ściskając chudziutką dupinkę w wielkim podekscytowaniu.
  4. Ona wspaniałomyślnie przytakiwała każdej sugestii, wchłaniając z natchnieniem prawione mądrości, muskając krasomówcę marzycielskim spojrzeniem, podpierając miękko bródkę na rączce.

Fraza „zaliczenie” nabrała dwuznaczności: kto miał nadzieję zaliczyć i co?

Grzesio pomyślał, że facet za moment wyskoczy na środek pokoju, rozedrze koszulę, zagrzmoci pięściami w klatę, zadudni rykiem goryla. Klarownie nadciągał limit wstrzemięźliwości chłopa, tzn. utrzymania chcic w lejcach taktu: po przekroczeniu pułapu kindersztuby, spuści spodnie, wyrwie przyrodzenie z majtasów, zainicjuje obsesyjną masturbację, wyjąc: „Ooooooooo!!! Aaaaaaaaa!!! Yyyyyyyyy!!!”.

Niezaspokojone napięcie seksualne zostało wyładowane w zgoła inny sposób: Andrzej dostał do opisu podstawę czaszki, natomiast Grzesio samą czaszkę. Obie struktury tak porównują się w złożoności architektonicznej do piszczeli, jak katedra Notre Dame do zapałki.

Dama dostała 4 z plusem. Samce po 3 z komentarzem: „Tym razem wam popuszczę, ale przy następnym kolokwium musicie rzeczywiście umieć!”. Kolejna ekspozycja męskiego ego wobec skromniutkiej, praktycznie roznegliżowanej, gotowej do schrupania niewiasty.

W powyższym przypadku ani oczytanie, ani fortuna, nie miały nic wspólnego z sukcesem, bowiem liczyła się wyłącznie sztuka wojenna. Lilka była strategiem doskonałym – istnym generalissimusem, gromadzącym detale od szpiegów, musztrującym manewry mylące, realizującym plan akcji w najmniejszych szczegółach, obserwującym z kamiennym spokojem pole walki, napawającym oczy przesądzonym triumfem. Z kolei Grzesio postępował w stylu sołdatów radzieckich: na ilość, na chama, na farta.

Dodajmy: Lilka jest wyśmienitą, szanowaną – wciąż szalenie atrakcyjną – internistką w prywatnym szpitalu, zaś Grzesio – niezmiennie nieurodziwy, o którym słuch zaginął – tkwi w Afryce. Poniekąd sam wybrał… Niby nic złego…

Szczęście kocha ludzi dalekowzrocznych…

Czytaj część II Odsłona 53 - Modus operandi - Część II

Publikacja w kategorii WTEDY | 8 części Modus Operandi w formacie PDF (1.29 MB) – pobierz tutaj Pobierz wszystkie 8 odcinków Modus Operandi w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

2 Responses to Modus operandi (Część I)

  1. goldenbrown says:

    Ekspresyjny opis egzaminu, Grzesiu. Czy Lilka zawsze tak postępowała? A egzaminy u kobiet czy ubierała się, jak mniszka? ;)

    • Dziękuję za komentarz :)

      Lilka ubierała się strategicznie. Oczywiście, to zależało od egzaminatora (egzaminatorki). Ale czyż kobiety nie przywiązują wagi do stroju? Przecież nie przywdziałaby miniówki, idąc na agzamin z patomorfologii do 70-letniej profesorki! Grzesio miał zdecydowanie mniejsze pojęcie o znaczeniu ubioru… Lilka wylądowała bardzo dobrze, co tylko podkreśla fakt głębokich wad zinstytucjonalizowanej edukacji. Nie chodzi o to, że zasługiwała na oblanie – nie! Sęk w przymuszaniu do uczenia się rzeczy zgoła niepotrzebnych i w braku elastyczności programu dydaktycznego. Testy czy egzaminy nie wyłowią prawdziwych entuzjastów, ale wypromują dzięciołów :)

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: