Modus operandi (Część II)

Modus operandiHistologia

Z rzeki danych, wyszczególnionych w podręczniku histologii, Grzesio pamięta dzisiaj (po 30 latach) wyłącznie, że nasienie ma zapach kasztanów. Tę niezwykle cenną informację podano małym druczkiem u dołu strony na temat budowy spermy. Co ciekawe, w ten niezwykły sposób nabył wiedzy, jak pachną kasztany, których wcześniej wnikliwie nie wąchał, ponieważ nie wydawały się wydzielać żadnej woni.

Zapach kasztanów

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Wówczas, będąc kursantem 1 roku medycyny, znał książkę na wskroś. Niektóre rozdziały nawet go intrygowały – czytał detale z zainteresowaniem. Tym samym, nie tylko nie drżał ze strachu przed egzaminem, ale pewniaczek wręcz pozwolił sobie na zrobienie brzydkiego kawału kolegom i koleżankom.

Co namieszał?

Część praktyczna testu polegała na rozszyfrowaniu pochodzenia tkanek, zaprezentowanych w formie preparatów na tzw. „szkiełkach”. Delikwenty przechodziły od stanowiska do stanowiska, spozierając przez mikroskop na plasterki narządów, po czym próbowały napisać, co wypatrzyły. Zabawa na 102, gdyż wiele organów posiadało zbliżoną budowę komórkową, więc należało strzelić odpowiedź. Niczym w kasynie przed jednorękim bandytą: pociągnąć wajchę, przymnknąć powieki, zacisnąć kciuki, wymamrotać modlitwę, czekać z nadzieją na farta.

Faza mikroskopowa miała jedną dobrą stronę: otóż dana partia studentów analizowała próbki histologiczne przygotowane przez własnego asystenta. Innymi słowy, wszyscy wiedzieli, czego się mniej więcej spodziewać. Atmosferę rozluźnienia wykorzystał bezczelnie Grzesio. Mianowicie, pół godziny przed sesją, wpadł pomiędzy powtarzających z góry przewidywany materiał żaków by obwieścić załamanym jękiem, iż nieoczekiwanie zweryfikowano system. Właśnie otrzymał cynk o decyzji przetasowania opiekunów, zatem każda grupa zostanie przetrzepana przez obcego adiunkta. Straszna wiadomość! Podstępni spiskowcy wystrychnęli nas na dudka! Świnie!

Aktorem był wyśmienitym, przekonywującym: tragiczny ton głosu, drżące witki, trwoga w rozbieganych oczach. Uzyskał piorunujący efekt: bractwo ogarnęła zgroza. Poczęto w panice wymianiać notatki, zasięgać języka, przeklinać siarczyście, mieć wizje straconych wakacji. Kawalarz stał z boku, obserwując z chorą satysfakcją wywołany zgiełk.

Po kwadrasie na scenę pandemonium wkroczyła Ewka, która w mig sprostowała brednie o mniemanej rotacji egzaminatorów. Jako osoba śpiąca z jednym z wykładowców, cieszyła się niepodważalnym zaufaniem. Grzesio musiał rejterować do bufetu przed rozszalałą z gniewu ciżbą oszkapionych kumpli, pragnących go obedrzeć ze skóry, posypać solą, wykastrować plus spalić żywcem.

Powyższy przykład obrazuje doskonale mechanizm posłuszeństwa, wyrobiony w trakcie instytucjonalnej edukacji, uczącej nie jak, ale co myśleć. Ludzie wierzą dowolnemu komunikatowi z uwagi na taktykę standardowego szkolenia – ładowania danych łopatą do łba. Kwestionowanie jest surowo zakazane: należy wykuć, wyrecytować dokładnie, zasalutować, odmaszerować. W toku koszarowego kształcenia szczegóły ulatują z pamięci, pozostawiając jednakże wrytą na amen matkę naiwności – karność. Stąd podatność ludzkich zachowań na manipulacje, co Grzesio chytrze wyeksploatował.

Po tygodniu – w dniu wyprawy na uczelnię w celu zobaczenia listy wyników – los odpłacił figlarzowi za idiotyczne żarty. Arogancko rozwalony na siedzeniu kolejki podmiejskiej, dumał o nadchodzących 3 miesiącach wolnego. Zrelaksowany, z uśmieszekiem pod noskiem, rozważał ocenę końcową: dostał 4, 4 z plusem czy 5? Przed wyprawą przyodział wyświechtaną białą koszulkę, wymiętolony dresik w kolorze ciemnobrązowym, czapeczkę z daszkiem oraz rozczłapane trampki – wczasowicz pełną gębą! Trzydniowy zarost dopełniał obrazu kompletnego relaksu.

Podszedł frywolnym krokiem pod tablicę, zadarł butnie głowę, począł lustrować rezultaty. Jedna trzecia grona zdała, natomiast jego zakwalifikowano do 5% wymagających ustnej weryfikacji wiedzy, czyli tzw. dopytki.

Coś podobnego! Co za osły! Toż to potworna pomyłka! Kretyńscy, zidiocieli durnie! Pełzające, śmierdzące, nic nie warte glizdy! No cóż, zaniecha bezowocnych pyskówek z akademickimi bezmózgowcami: ściągną go do swojego poziomu tępoty i pokonają doświadczeniem. Niech tam – pójdzie na debilną dopytkę! Przypuszczalnie napisał sprawdzian celująco, toteż dydaktycy przebierają nogami, łaknąc osobiście spotkać geniusza. Kiedy ma zademonstrować swą błyskotliwość?

Za pół godziny…

30 minut?! Założył nieodpowiedni uniform na okazję – skąd miał wiedzieć?! Helikopterem nie obróci do domu i nazad! Głupole nie potrafią chociażby przewidzieć indywidualnych okoliczności! Prycha na to!

Para uszła z chojraka przed obliczem szefa katedry: rozczochrany, nieogolony, miętoszący w spoconych dłoniach czapkę, przestępujący z pepega na pepeg, mamrotał usprawiedliwienia dotyczące szokującej garderoby tudzież odrażającej prezentacji higienicznej. „Mógł pan przyjechać wcześniej i się zorientować! Nieodpowiedzialne postępowanie! Dodatkowa godzina spóźnienia oznaczałaby niezaliczenie egzaminu. No dobra! Wchodź już pan!” – ostre słowa profesora, autora dzieła o aromacie spermy, nie zwiastowały sukcesu.

Przysiadł cichutko na brzegu krzesła. Oczekiwali na pozostałych 2 skazańców.

Echo sprężystego kroku, wystukiwanego na posadzce korytarza, usłyszeli już z daleka. Bezdyskusyjnie chód niewiasty, stroniącej od ozdabiania stópek gumiakami. Bicie szpilek ustało – zaległa pełna napięcia cisza. Grzesio z profesorem tkwili w pozycjach pozornie obojętnych, lecz ich wyobraźnia galopowała z werwą stada mustangów: co robi za drzwiami? Poprawia delikatnie włoski? Obciąga spódniczkę? Dlaczego zwleka, do cholery?! Samcza niecierpliwość…

Po chwili miękkie pukanie, powodujące bulgotanie krwi w ciałach jamistych. Egzaminator, gwoli zagwarantowania obiektywności, powinien w tym momencie nakazać dziewoi odmaszerowanie, proponując alternatywną formę testu, powiedzmy telefonicznego przez syntezotor głosu. Niestety, uległ pokusie i wypiszczał: „Proszę!”.

Rzeczywistość przerosła wyuzdaną imaginację. Do pokoju wpłynęła Ania, dziewczę perfekcyjnie zaokrąglone w słusznych miejscach. Specyficzny gatunek kobiety: odrobina nadwagi czyniła ją stokroć seksowniejszą. Czarne rajstopki, w tym samym kolorze przykrótka kiecka, biała bluzeczka – niby szablonowy strój, a jednak umiejętnie skrojony oraz przywdziany powoduje natychmiastowy wzwód u mężczyzn. Proste, ciemne włosy prawie do ramion; pastelowy makijaż; cieńki, srebrny łańcuszek na szyi; zmysłowe usta; zaczepne spojrzenie; jędrne, duże piersi, żebrzące o ściśnięcie. „Dzień dobry. Jestem Ania…” – wyszeptała ponętnie. Z gracją modelki przemierzyła pomieszczenie, wyszczerzyła zawadiacko ząbki, podała podnieconemu szefowi swój indeks.

Nie potrafił znaleźć odpowiedniej strony: rozdygotane ręce prawie rwały kartki. Troskliwie pochyliła się tuż nad nim, miękko przewertowała książeczkę, lekko wskazała paluszkiem rubyczkę histologii. Dziwne, że nie miał analogicznych problemów z dokumentem Grzesia.

Ania usadowiła swą anielskość strategicznie, to znaczy w takiej lokalizacji, aby żaden fragment jej osoby nie był zasłonięty. Pryncypał pozostał w fotelu rozpalony, z erekcją, wyssany z resztek bezstronności. Ofiara nieskrępowanego, odruchowego wytrysku testosteronu.

Oczywiście zdała w śpiewających kolorach. Profesor osobiście za nią odpowiadał, snując erudycyjne opowieści o komórkowej architektonice tkanek. Ania potakiwała, wyrażała akceptację pieszczotliwymi „uhm”, połykała wieszcza wzrokiem. Jednym słowem, zaofiarowała mu to, co sprzedaje przeciętny psychiatra: tolerancję, wysłuchanie, aprobatę. Na bonusik dorzuciła adorację. Brakowało tylko masażu.

Nadszedł czas uregulowania należności za wywindowanie go na piedestał uwielbienia. Dysponował podpisem zaliczającym przedmiot – Ani to wystarczało na dobicie targu.

Kolejny przesłuchiwany – niejaki Marek – sztywno wmaszerował do pokoju, złożył scyzorykowaty ukłon, następnie zastygł na taborecie. Przybrał konfigurację posągu egipskiego władcy: kulasy zwarte razem, wszystkie stawy zgięte pod kątem prostym (skokowe, kolanowe, biodrowe), rączki grzecznie spoczywające na kolankach, kręgosłup prosty jak kij. Granatowe spodnie z kantem, lakierki o połysku bombki choinkowej, białe skarpetki, szary mundurek z pękatymi guzikami. Koszulę zapiął pod samą brodę, zaś w połę kombinezonu wpiął krzyż harcerski z ochoczym hasłem „Czuwaj!”. Grzywkę przylizał à la Hitler.

Grzesio odetchnął z ulgą na widok tego druha: należało gościa oblać za wszelką cenę, niezależnie od poziomu pochłoniętych wiadomości. Nie potrafił normalnie mówić – szczekał. Gdy pytlował, aranżacja jego ciała pozostawała niezmienna – jedynie wargi uzewnętrzniały ruchliwość. Przypominał drewnianą kukłę, opuszczającą żuchwę w rytm sylab. Chyba umiał – strasznie dużo nawijał. Nieistotne detale, skoro i tak nikt nie rejestrował, co skaut ma do wygłoszenia w jakiejkolwiek kwestii. Odrażający typ.

Powyższe zdanie podzielił profesor, oceniając harcerzyka na dwóję z wykrzyknikiem, czym pośrednio udowodnił męską solidarność. Tym samym Grzesio – rasowy chłop – odzyskał uznanie w oczach egzaminatora: zdał.

Dumał potem: za 10 minut zwłoki, z dużym prawdopodobieństwem zapłaciłby 2 terminem. Bezsprzecznie, możliwość krótkiego wytłumaczenia kondycji łachów, które miał na sobie, pozwoliła na wypracowanie względnego pola manewrowego, ale zadecydował inny epizod… Kiedy w atmosferze rosnącego zainteresowania czekali razem na wejście nieznanej dziewczyny, przez ułamek sekundy ich wzrok się spotkał. Moment wystarczył na nawiązanie niewidzialnej nici porozumienia – układu nigdy nie planowanego, spisanego, odczytanego lub nawet świadomie pojętego, a mimo wszystko przypieczętowanego w wirach potężnych, hormonalnych wichur. Oczy nie kłamią. Dwójka kumpli wybuchnęłaby w podobnej sytuacji diabeliskim chichotem. Okazja do telepatycznego paktu zostałaby wszakże zaprzepaszczona, gdyby przydreptał do gabinetu po ustawieniu na scenie Ani, Marka bądź ich obojga.

Nauka na przyszłość: szybsi mają ekstra szanse. Reguła nie dotyczyła Ani, bowiem ona dysponowała atutami niwelującymi konieczność przesadnej punktualności.

Odsłona 52 - Modus operandi - Część I Czytaj część I | Czytaj część III Odsłona 54 - Modus operandi - Część III

Publikacja w kategorii WTEDY | 8 części Modus Operandi w formacie PDF (1.29 MB) – pobierz tutaj Pobierz wszystkie 8 odcinków Modus Operandi w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: