Modus operandi (Część V)

Modus operandiFilozofia

Sceptycy kwestionujący ideę wpajania filozofii w przyszłych doktorów są w wielkim błędzie.

Medycna nie stanowi dziedziny dla rzemieśliników. Na człowieka składa się nie tylko wypadkowa procesów fizjologicznych, biochemicznych czy biofizycznych organizmu, ale i skomplikowanych zachowań o naturze duchowej (reakcje uczuciowe, myśli, aspiracje, marzenia, przewidywanie itd.). Lekarz z prawdziwego zdarzenia rozumie wieloaspektowość zdrowia, zatem donośność dobrego samopoczucia w parze z siłami czysto witalnymi. Najefektywniejsza kuracja następuje po uwzględnieniu indywidualnych okoliczności osoby szukającej pomocy, a nie wyłącznie poprzez skonsolidowane leczenie wyselekcjonowanego objawu bądź choroby.

Ból jest specyficznie rejestrowany tudzież przeżywany. Nie istnieje metoda mierząca poziom tej udręki – medyk dysponuje jedynie skargą niedysponowanego. Często nie sposób zlokalizować definitywnego źródła boleści, lub zdiagnozować patologicznego jej podłoża – kontekst jednoznacznie podkreślający znaczenie zaufania w relacji lekarza do pacjenta. Innymi słowy, bez wiary w prawdziwość symptomów, konsyliarz byłby zdany totalnie na niepodważalne metody naukowe dowodzące szczerości badanego.

Z drugiej strony, dolegliwość może nagle wyparować jak po machnięciu czarodziejską różdżką, bez żadnej interwencji służb zdrowia. Trądzik znika po znalezieniu przez nastolatka nałożnicy (lub vice versa), nieprawdaż? Standardowy scenariusz, do wyjaśnienia przez endokrynologa, aczkolwiek można przytoczyć plejadę innych historii ustąpień zwiastunów chorobowych, których nijak wytłumaczyć się nie da. Na przykład, ból wielokrotnie daje nura w czeluści zapomnienia w efekcie transformacji egzystencjalnych (reforma stylu życia, nowa praca, świeży związek, urlop, stosunek płciowy po 10 latach abstynencji, resuscytacja zaniedbanej pasji itd.).

Powyższa logika wręcz nakazuje inkorporację nauk humanistycznych (socjologii, psychologii, filozofii, polityki) w codzienną praktykę przeciętnego eskulapa, bowiem one uwypuklają złożoność pojęcia „zdrowie”.

– Pani znowu tutaj?! Co jest grane?!

– Oj boli, panie doktorze… Tak boli…

– Gdzie teraz?!

– Tutaj, w dole brzucha…

– Zrobiliśmy już zdjęcia rentgenowskie, badania krwi, ultrasonografię, tomografię, nawet laparoskopię. Tam nic nie ma, kobieto! W głowie panią boli!

– Lecz cięgiem doskwiera, panie doktorze…

– No do kurwy nędzy! Wytłumaczyć głupiej babie nie sposób!

– Co ja mam biedna poczynić?

– Pomasuj se pani brzusio! Do psychiatry wysyłam – w te pędy!

– Ależ mój mózg pracuje bez zarzutu!

– Nie sądzę! Co za upierdliwa gadzina!

Grzesio szedł na egzamin z Mirkiem, chłopem postury herkulesowej: 192 cm wzrostu, bary szerokości bramy, 110 kg wagi, masywna żuchwa, wystająca zaczepnie kwadratowa broda.

Kolega kulturysta zebrał wywiad nadzwyczaj detaliczny o pani doktor filozofii: kochała żeglarstwo oraz zadbanych facetów. Wbili się tedy w wykrochmalone białe koszule, przednie czarne garnitury, szykowne lakierki. Bajeranckie spinki do mankietów, szwajcarskie zegarki i francuskie krawaty pożyczyli od ojców. Perfumy z Pewexu zapewnił umyślny sąsiad Mirka.

W dzień przed egzaminem każdy z nich powtórzył osobisty bajer jachtowy. Grzesio fuksiarz odwiedził rok temu Mazury z ferajną studencką, gdzie popływał łódką o romantycznej nazwie Venus. Instruktor wymusztrował go w terminologii wodniackiej, przeróżnych trikach na łajbie (balastowanie, zwroty itd.), kleceniu podstawowych węzłów. Wypad wspomina z łzą w oku, ponieważ potejemnie pokochał dziewczynę o imienu Beata: długie, ciemne włosy (które myła w jeziorze o porankach); smukłe nóżki (skomlące o wypieszczenie); rozmarzone, czarne oczy; półotwarte, ponętne usta… Ech, długo by pisać!

Sunęli dostojnym krokiem w kierunku gmachu nauk humanistycznych. Wytworna konfekcja powoduje metamorfozę nastawienia do świata – sprawiali wrażenie panisk, mających plebs głęboko w dupie. To samo też czuli.

Ostatnią przeszkodę napotkali u wejścia do budynku. Jakiś napalony społecznie wypierdek zorganizował losowanie kolejności egzaminacyjnej dla pospólstwa. Horda liczyła z 200 osób, adiunktów dostarczono zaledwie 5, zaś pierwsze miejsca na liście w ogonku do ich pani doktor już wybrano. Mirek zignorował nygusa niczym natrętnego żebraka. Odciągnął przestraszonego Grzesia na bok, zlustrował sąsiedztwo, zaordynował:

– Ona wejdzie do gabinetu od tyłu – wiem od Olka. Idziemy na zwiady. Gdy kobieta wychynie na horyzoncie, ciągnij za mną.

Zaczaili się za rogiem, obserwując bacznie okolice i paląc Marlboro (tata podarował na okoliczność). Po niespełna 10 minutach dostrzegli ruch indywiduum za płotem – to ona! Zdeptali nonszalancko pety, spojrzeli sobie w oczy, kiwnęli lekko głowami.

Wyprostowani, pewni siebie, wkroczyli w zbity tłum. Miras taranował drogę z mocą buldożera, natomiast przygarbiony Grzesio podążał za nim suwem piechura osłoniętego czołgiem. Nie należał do osobników niskich (185 cm), niemniej jednak wyglądał przy kumplu jak sarna przy słoniu. Dochodziło do niego dosadne, monotonne buczenie Mirka: „Przepraszam… Przepraszam…”. Nie napotkali oporu – wszakże nikt nie przypuszczał podstępu. Zresztą trudno było walczyć ze spychaczem.

Przy samym gabinecie towarzysz broni posłał gawiedzi miły uśmiech gwoli usprawiedliwienia.

– Ja chciałem tylko o coś zapytać…

Znowóż brak sprzeciwu. Uchylił drzwi, wetknął olbrzymi czerep do środka, zagadnął szarmancko:

– Czy można?

– Tak, oczywiście!

Zwinnie prześlizgnęli sie przez szparę do wewnątrz. Grzesio delikantnie zamknął wrota za sobą.

– Dopiero co przyszłam. Proszę zająć miejsca.

– Dziękujemy, dziękujemy – Mirek zaciągał nad wyraz ponętnie.

– Panowie tacy eleganccy! Jakaż to okazja, ha ha?

– Przecież mamy egzamin z panią doktor!

– Aha! Ha ha! Dla panów to ostatni sprawdzian przed wakacjami?

– Tak wychodzi – zagaił Grzesio w stylu podrywacza z dyskoteki. – Mamy nawet gotowe plany rekreacyjne – rzucił przynętę.

– A gdzie panowie wyjeżdżają?

– Na Mazury – zaintonowali niezwłocznie pospołu.

Wszyscy eksplodowali śmiechem. Ot, przez zbieg okoliczności, odpowiedzieli bliźniaczo! W tym samym momencie! Jaja jak berety! Komiczny kazus – przystoi wesoło rżeć. Jenocześnie trwali w napięciu: połknie haczyk, czy nie?

Ktoś zapukał i otworzył drzwi bez pozwolenia. Co za tupet! Ten sam jełop, który montował loterię ludową pod hasłem „Sekwencja studentów do egzaminu ustnego z filozofi”. Zdębiał na widok rozluźnienia panującego w pokoju.

– Pani doktor! – cham prawie krzyczał. – Sporządziliśmy wykaz…

– Jestem w tej chwili zajęta – odpaliła. Wyraźnie nie trawiła grubiańskiego zachowania ze strony typków ubranych w tanie koszulki. – Niech pan wyjdzie, porozmawiamy za 20 minut.

Ordynus niezwłocznie czmychnął. Popsuł, zaraza, cały projekt! Uciął fantastycznie kwitnącą dyskusję! Masz babo placek!

– Gdzie utkwiliśmy? No właśnie – na Mazury? Co panów kusi do krainy jezior?

Wspaniała! Kochana! Otwarła podwoje sezamu bajeru na ościerz!

Długo gawędzili o klasach żaglówek, uwarunkowaniach pogodowych, najlepszych zbiornikach wodnych, fajnych przystaniach, przygodach z miejscowymi. Grzesia zatkało: Mirek dzierżył stopień jachtowego sternika morskiego! Niebanalny wyczyn, biorąc pod uwagę fakt, iże nigdy nie postawił nogi na pokładzie łodzi (ten fakt wyjawił wcześniej: nie cierpiał pływać ani w basenie, ani łajbami).

Zerknęła na zegarek, podskoczyła na krześle, klasnęła w dłonie.

– Podryfowaliśmy w siną dal! – prawie zajodłowała.

– Wiatr nas wywiał! – zauważył rubasznie Mirek.

– Prąd nas zniósł! – dorzucił krotochwilnie Grzesio.

– Ojejku! Czas na obligacje służbowe! Co panowie pragną omówić? To znaczy z zakresu filozofii, ha ha! Proszę nominować dowolny temat.

– Ha ha! – wtórowali figlarnym rechotem.

Grzesio wybrał Nietzschego, a Mirek Sokratesa.

Dostali po 5, obydwoje kurtuazyjnie ucałowali dłoń pani doktor, zwiali przez tylne wyjście, unikając tym samym gniewu czeredy zrobionych w konia, przeto rozwścieczonych, kursantów.

Po południu, za pośrednictwem przygodnego posłańca, wysłali jej śliczny, ogromny bukiet róż, na który zasłużyła bez dwóch zdań.

Sokrates i Nietzsche na Mazurach

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Komentarz jest zbędny…

Ostatecznie, Grzesio również zasługuje na odrobinę szczęścia…

Odsłona 55 - Modus operandi - Część IV Czytaj część IV | Czytaj część VI Odsłona 57 - Modus operandi - Część VI

Publikacja w kategorii WTEDY | 8 części Modus Operandi w formacie PDF (1.29 MB) – pobierz tutaj Pobierz wszystkie 8 odcinków Modus Operandi w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

2 Responses to Modus operandi (Część V)

  1. goldenbrown says:

    Zawieruszył mi się komentarz…
    No, to jeszcze raz piszę.

    Można powiedzieć, że to było „ślizgiem przez studia” ;)
    I ja miło wspominam filozofię i naszefo filozofa. Traktował nas po ludzku, czasem mieliśmy zajęcia w pobliskiej restauracji, gdzie na stołach królowało piwo i obowiązkowa zakąska w postaci plasterka boczku na talerzyku ;) Oczywiście, nikt nie jadł tej zakąski, bo ona często wracała z powrotem do gabloty… ;)

    • Kwestia tkwi w tym, że to wszystko wygląda na niby „ślizg”, a tak naprawdę podkreśla wiele straconych miesięcy na pochłanianie kompletnie zbędnej wiedzy (nie tylko z filozofii). Wspomnienia należą do wspaniałych, humorystycznych, lecz pomyślmy o straconym potencjale, który mógłby być wykorzystany na naukę bliską sercu (zamiast kucia bezsensów). Tak czy siak, zajęć w restauracji nie przeżyłem – i do tego z zakąskami?! No proszę bardzo!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: