Modus operandi (Część VI)

Modus operandiInterna

Gdyby regulamin akademii medycznej sankcjonował zrezygnowanie z jednego egzaminu, to Grzesio bezzwłocznie wybrałby choroby wewnętrzne.

Po pierwsze, każda dostępna książka na temat tej zacnej dziedziny zniechęcała grubością. Cieńsze pozycje cieszyły do momentu przeczytania na okładce „Tom 1” – 3 kolejne części czekały w kolejce na pochłonięcie. Strony tomiszczy zapełniano monotonnym tekstem, przerywanym co rusz milionami danych: wykresów, tabel, odnośników do literatury źródłowej, dawek leków. Diagnozy różnicowe ciągnęły się w nieskończoność pod koniec dowolnego rozdziału – jeden spis podobny do drugiego, jakby wszystkie patologie należało porównać z pozostałymi. Po godzinie lektury człowiek głupiał ze szczętem, po 2 godzinach donośnie chrapał, pomimo paczek papierosów zakrapianych dzbanami kawy.

Po drugie, krążyły makabryczne opowieści o srogości pryncypałów, przepytujących długo i wnikliwie. Owiano legendą pewnego karzełkowatego profesora, potrafiącego maglować przez cały dzień, do godzin wieczornych, następnie oblewającego bezlitośnie wycieńczonego delikwenta. Rzekomo aprobował półgodzinną przerwę obiadową. Czasami, pod koniec morderczej debaty, gdy mrok już zasnuł senne miasto, oznajmiał strupiałemu studentowi: „Nie jestem dostatecznie przekonany pańskimi wiadomościami… Muszę dokonać dokładniejszej ewaluacji, dotyczącej zwłaszcza badań dodatkowych. Proszę przyjść nazajutrz o 8 rano – dokończymy pogawędkę, dobrze?”. Padała ochocza odpowiedź „Nie ma sprawy, panie profesorze! Dobranoc!”, po czym nieborak szedł prosto do toalety, aby się wybuczeć tudzież poprzysiąc okrutną zemstę na belfrze-sadyście (polewanie kwasem solnym, wyłamywanie kończyn, strzaskanie głowy młotkiem, miażdżenie jąder itd.).

Wobec tak przerażających wizji, oczekiwanie listy dystrubucji kursantów na poszczególne oddziały internistyczne było porównywalne w napięciu do przejścia wskroś autostrady z przepaską na oczach, ponieważ przy nazwiskach żaków widniały też godności egzaminatorów. Pod tablicą skazań falowały spietrane tłumy: co rusz ktoś skakał w radości pod sufit, rechocząc bez mała w obłędzie, całując wściekle innych. Pechowcy wpierw bledli, później wychodzili chwiejnym krokiem w grobowym milczeniu niczym zombie. Próba zagadania felernych groziła odruchami strasznej agresji z ich strony.

Grzesiowi przypadł szpital podmiejski, słynny z sympatycznej atmosfery, fleksybilnego harmonogramu zajęć, wątpliwej dyscypliny, nader wysokiej śmiertelności. By fuksowi było zadość, ordynator tejże placówki, przynależący do gatunku wielkich luzaków, został mianowany egzaminatorem Grzesia! Fakt posiadanego farta (prawdopodobieństwo około 1 na 40, czyli 2,5%) nie zwalniał go zupełnie z nauki, ale napełniał otuchą.

Rzeczywistość przerosła oczekiwania. Doktory-równiachy, zatrudnieni przez tę fantastyczną instytucję, dążyli do ściśle specyzowanego celu – świętego spokoju – unikając poganiania, wrzasków, pograżania palcem, wytykania niewiedzy, karania spóźnialskich, besztania lekko podpitych. Zapraszali nawet młodszych kolegów na okazyjne imprezki z pielęgniarkami, które miały miejsce w niewielkim pomieszczeniu rekreacyjnym, dla zmyłki oficjalnie nazywanym „pokojem lekarskim”, wyposażonym w sprzęt niezbędny do pracy eskulapa: rozkładaną kanapę, fotele, elegancką ławę, włochaty dywanik, barek, telewizor kolorowy „SONY” z darów, video, wieżę „Radmor” z pokaźnymi głośnikami, prysznic. Ciepłe oświetlenie zapewniały 2 lampki o abażurach czerwonych. Przytulne gniazdko, gdzie sterany konsyliarz miał warunki do odprężenia, zazwyczaj w jakimś towarzystwie. Dostęp do wnętrza ograniczono solidnym zamkiem oraz potężną tablicą informacyjną na drzwiach: „Wyłącznie dla personelu!”.

Szpital zbudowano strategicznie na skraju miasta, z dala od wścibskich mieszkańców, nieopodal małego lasku. Szum drzew, świergot ptaszków, sącząca się muzyczka z kolumn „Tonsil”, ciasteczka, kawusia, papieroski, szczebioczące siostry w przykrótkich (zaiste symbolicznych) fartuszkach – rozrzewniające wspomnienia!

Szpital idealny

Ilustracja: Szczepan Sadurski

O dziwo, sielanka pozwalała na sporadyczne doglądanie obowiązków. Najbardziej ciekawe były obchody, kiedy chmara medyków wędrowała od łóżka do łóżka, analizując karty obserwacji pacjentów, kiwając czerepami, prezentując mądre minki, dyskutując to i owo, zapisując polecenia. Okazjonalnie nawiązywali kontakt z chorymi w celu wyłuskania niezbędnych detali. Potem uciekali. Rytuał napawał każdego nieokreśloną dumą, poczuciem kontroli i impresją uwielbienia ze strony cierpiących.

Po wizycie jednej z sal, facet po zawale zaczepił ordynatora:

– Panie docencie… Przepraszam, że mam śmiałość…

Masz babo placek! Właśnie sfinalizowali inspekcję, harując z zapałem wołów, a ten wyskakuje z męczącymi problemami! Grupa spojrzała nań z wrogością w oczach.

– Słucham – riposta przełożonego wiała chłodem. Jego wyraz twarzy nadawał wyraźne sygnały: „Jestem zajętym człowiekiem! Śpieszę do ważnych spraw! Proszę się odwalić!”.

Przestraszony jegomość ciągnął pokornie:

– Tamten kolega pod oknem – rzekł wskazując na wyro w kącie – nie poszedł rano zrobić siusiu. Bardzo niecharakterystyczne, bo on zawsze idzie do toalety o 7.

Zwariował! Co ma sikanie wspólnego z postępem leczenia?! Kretyn!

– Przypuszczalnie nie miał parcia na pęcherz, pomyślał pan o tym? – ordynator rozbawił resztę grona jakże ciętą, profesjonalną uwagą! Wesołe rżenie kasty odzianej w białe kitle poszło echem po budynku.

Uparciuch nie dawał jednak za wygraną.

– Nie chciał z nami wieczorem rozmawiać, tylko uderzył w kimono. Śniadania nie tknął. Może jego stan uległ pogorszeniu? Ja jeno, ot tak, obserwuję… Mogę się mylić, za co z góry przepraszam, ale byłby pan docent uprzejmy sprawdzić, co w trawie piszczy? Martwi mnie nagła słabość towarzysza…

Zawzięty, bezczelny typ! Kwadrans temu spędzili wieki w okolicach „towarzysza”, wnikając w zawiłą historię jednostki chorobowej, wertując stosy rezultatów testów laboratoryjnych, prowadząc rozwlekłą polemikę dotyczącą przypadku, podejmując decyzje, gryzmoląc wnioski! Teraz mają niby zawrócić, ażeby powtórzyć przedstawienie?! Jezus Maria!

Herszt oddziału, pomimo stresującego stanu rzeczy, znowóż zademonstrował zawodową kulturę. Dzielnie przełamał ciągoty do wyłożenia impertynentowi zasad dobrego wychowania i podążył z powrotem ku oknu, ku obiektowi dysputy. Rozsierdzony orszak posłusznie pomknął za wodzem, powiewając połami śnieżnych fartuchów. Okrążyli pryczę delikwenta, przypominając krąg duchów. Nie widzieli twarzy chorego – schował głowę pod kołdrę.

– Panie Michale, co z panem? – zagaił naczelny.

Cisza…

– Niechże pan coś powie – zachęcał.

Brak odzewu…

Grzesio potrząsnął przez pokrycie ramię Michała, przemawiając doń podniesionym tonem:

– Panie! Panie! Pobudka!

Michał ani drgął.

Szarpał go coraz silniej, aż koc zsunął się na dół, odsłaniając bladoszarawe oblicze śpiącego. Chyba nie drzemał, bowiem oczy miał szeroko otwarte. Także nieruchome. Cosik przeszklone.

– Panie, p…. – przerwał kawalkadę zdławionym głosem, a jednocześnie cofnął błyskawicznie rękę i odskoczył jak porażony prądem. Wyczuł lodowaty chłód michałowego ciała, skamieniałego w stężeniu pośmiertnym. Szacunkowo, zmarł z 12 godzin przed obchodem.

No cóż… Założyli, iż kimał, więc grzecznie nie krępowali…

Nadchodził nieuchronnie termin sondażu internistycznej erudycji. Grzesio zmobilizował kumpli do wynagrodzenia elastycznego ordynatora prezentem, który sam zakupił. Oczywiście, spryciarz wykombinował drogę pośredniej, przedegzaminowej korupcji, aczkolwiek bodźcem zasadniczym była niekłamana wdzięczność za przyjacielskie traktowanie studentów oraz miły czas spędzony w zespole podmiejskiego ośrodka.

Na podarunek wybrał piękny reprint zatutułowany „Lecznictwo ludu polskiego”. Atrakcyjnie wydana publikacja w sztywnej, grawerowanej złotymi literami, częściowo skajowej okładce, zawierająca setki staropolskich metod terapeutycznych sprzed setek lat. Dla przykładu, na torbielowatą infekcję powieki (popularnego jęczmienia) pradziadki wykombinowały skuteczne, podręczne panaceum: niedysponowany rozpalał w chałupie ognisko w kominku, brał w grabę parę nasionek jęczmienia, odwracał się plecami do żaru, wypowiadał trywialną formułkę „Odejdź precz, przeklęty jęczmieniu! A kysz, a kysz!”, przerzucając równocześnie wcześniej zorganizowane ziarna przez bark w kierunku buchających płomieni. Taktyka gwarantowała 100% efektywności pod warunkiem wiernego odtworzenia ceremoniału (znaczenie miały zwłaszcza sekwencja słów w wyszeptywanym zaklęciu i liczba ziarenek ciskanych w ogień). Współczesna, rozpieszczona do rozpuku populacja żąda recept, okładów, maści, operacji plus bóg wie czego, zaś wystarczy zaaranżować powyższą – doprawdy podręczną – procedurę made in Poland.

Opakowany ślicznie upominek wręczono w ostatni dzień zajęć. Grzesio (bez żadnego przymusu!) skromnie zaofiarował przekazać księgę szefowi w imieniu wszystkich. Palnął przy okazji przemówienie dziękczynne, wychwalając pryncypała pod niebiosa.

Jakkolwiek przestudiował archaiczne „Lecznictwo ludu polskiego” od dechy do dechy z zapartym tchem, takkolwiek gorzej poszło z asymilacją bardziej akademickich nowin. Męczył się bida z 3 opasłymi tomiszczami jak koń pod górę.

Doba za dobą wyglądały podobnie:

  1. Mycie ząbków, śniadanie.
  2. Pół godziny dziarskiej edukacji.
  3. Przerwa na herbatkę z czekoladką.
  4. Kwadrans coraz to wolniejszego czytania.
  5. Leżenie na wznak, obserwując bacznie sufit, przez bliżej nieokreślony czas.
  6. Próby skoncentrowania uwagi na treści podręcznika, zakończone nieuniknionym fiaskiem.
  7. Faza tłumienia poczucia winy za pośrednictwem powtarzania w myśli budujących ducha sentencji („Ciężko wkuć wsio od razu!”; „Pozostali również walczą – nie jesteś ewenementem!”; „Teraz nie pamiętasz, lecz potem sprawnie wyrecytujesz! Normalne!”; „Nie będzie aż tak źle – nie pękaj!”).
  8. Po procesie afirmacyjnym – video („Rambo”, „Robocop”, „Dirty Dancing” lub inny intelektualny seans z lat 80.).
  9. Obiad.
  10. Godzinka żwawego wertowania kartek, notatek z wykładów, osobistych adnotacji.
  11. Spacer (niezdrowo cięgiem siedzieć w murach!).
  12. Telefony do kolegów: narzekania na ogrom materiału, wyczerpanie nauką, generalny bezsens czegokolwiek.
  13. Dreptanie po mieszkaniu w kółko.
  14. Kolacja.
  15. Ostatnie wysiłki absorbcji wybranego rozdziału, trwające w porywach do 2 godzin.
  16. Toaleta wieczorna.
  17. Krzątanie się.
  18. Parę minut sunięcia wzrokiem po rozmazujących się linijkach tekstu.
  19. Donośne chrapanie.

Niekiedy dom nachodzili kamraci z winem i było po zawodach.

W finałowy tydzień następowało jednak przyśpieszenie tempa kodowania teorii, przekraczające granice przeciętnego mózgu, doprowadzające do mentalnego odrętwienia.

Etap praktyczny egzaminu Grzesio przefrunął z elegancją sokoła. Dostał do przebadania fajnego pacjenta, który z entuzjazmem powitał projekt awansowania go do rangi nierozgryzionego przypadku. Władał gruntowną wiedzą odnośnie własnej przypadłości, czym chciał się gwałtem podzielić. Gawędził zatem w natchnieniu o zwiastunach, symptomach, zdjęciach radiologicznych, przeróżnych testach laboratoryjnych (z przytoczeniem prawidłowych i patologicznych poziomów wskaźników badań krwi), rozpoznaniu (polskim oraz łacińskim), diagnostyce różnicowej, dawkach leków (uwzględniając objawy uboczne, antidota w razie przedawkowania czy zagraniczne odpowiedniki rodzimych specyfików), najnowszych metodach terapeutycznych (dotykając kwestii medycyny alternatywnej). Przestrzegał osłupiałego Grzesia, jak uniknąć pospolitych błędów w odpowiedziach (cytował podchwytliwe pytania adiunktów).

Ten weteran oddziałowy – istne wcielenie anioła w piżamie – służył społecznie wielu studentom! Pokorny sezam wiedzy, rozsiewający szczodrze potrzebującym! Polski Robin Hood! To on powinien zainkasować suwenir w postaci drogiej książki, a nie leniwy ordynator!

Spisał drogocenne wskazówki w najdrobniejszych szczegółach, wręcz wycałował dobroczyńcy stopy, pocwałował do wyznaczonego lekarza na indagację, zaliczył na 5.

Komedię miał za sobą. Niestety, podniosła się kurtyna na scenie tragikomedii, czyli fazy teoretycznej. Wkroczył do komory tortur na chwiejnych kulasach.

Minęły 3 godziny spektaklu. Szef systematycznie sondował płyciznę wiadomości Grzesia, próbując wymacać głębsze miejsca – Syzyf miał lżejsze zadanie.

Drążony nieszczęśnik dokonywał cudów, aby sprawić wrażenie otrzaskanego w zakresie chorób wewnętrznych: zastygał w pozie mędrca, podpierając bródkę paluszkiem; układał wargi w trąbkę, niby deliberując, marząc natomiast o panicznej ucieczce galopem; odmalowywał wyraz zachwytu na twarzy i frenetycznie potakiwał, gdy pan docent odpowiadał na własne pytania; epizodycznie sam nawijał – w rzadkich momentach wyłuskania z pamięci okruchów informacji. Przedstawienie nie należało do kategorii przebojowych.

– Niestety, nie umie pan tak, jak trzeba! – padło uczciwe orzeczenie egzekutora. Otworzył grzesiowy indeks, wstawił ocenę, podpisał, zamknął, podał skazańcowi. – Przykro mi, do widzenia!

Tym razem umknął z Grzesia talent aktorski, zaś jego reakcje odzwierciedlały nagą prawdę. Dostał sprawiedliwie po nosie, tymczasem czuł wewnętrzne zdruzgotanie. Żegnajcie, wakacje!

– Do widzenia – wyszeptał smutno.

W drodze do drzwi gabinetu otworzył machinalnie indeks, zerknął na rubryczkę interny i… zarył nogami w dywan! Sekunda bezdyskusyjnie szczytowego zaszokowania w ciągu całej kariery akademickiej! Nie ma frazy ilustrującej dostatecznie emocjonalnego tornada, rwącego przez jego członki w tamtej chwili.

Dostał 3 – zdał. Na policzku poczuł wilgoć łzy…

Tkwił w paraliżu przed wyjściem niczym skończona fujara. Z tyłu dobiegł go cyniczny głos szefa:

– To za tę książkę!

Do dzisiaj nie ma pojęcia, czy zasłużył przynajmniej na tróję z kilometrowym minusem. Zamiast tryskać euforią z powodu uśmiechu losu, ma wyrzuty sumienia – taki dziwny z Grzesia człowiek…

Hmm… Może nie dziwny, a normalny?

Odsłona 56 - Modus operandi - Część V Czytaj część V | Czytaj część VII Odsłona 58 - Modus operandi - Część VII

Publikacja w kategorii WTEDY | 8 części Modus Operandi w formacie PDF (1.29 MB) – pobierz tutaj Pobierz wszystkie 8 odcinków Modus Operandi w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

2 Responses to Modus operandi (Część VI)

  1. goldenbrown says:

    Opasła Interna Prof. Szczeklika rozpycha się na mężowskich regałach i czasem drwi z medyka.. Gdyby człowiek był mniej skomplikowany, pewnie Interna byłaby grubości Norm laboratoryjnych ;)
    Przyznam, że z przerażeniem czytałam ten fragment o szpitalu na peryferiach.. Mam nadzieję, że takie „umieralnie” już nie istnieją, ale kto to wie tak naprawdę..?
    :)

    • „Umieralnie” istnieją, ale nie aż w tak dosłownym pojęciu tego słowa. Są to szpitale o obniżonej jakości opieki medycznej, gdzie zgonu możnaby uniknąć poprzez zwykłe zwiększenie uwagi na stan pacjenta. Często moralność personelu wynika z okoliczności: lokalnej polityki, interesów szefa, niedostatków finansowych, przepracowania, czyli przybysz odziedzicza kulturę nowego miejsca pracy.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: