Modus operandi (Część VII)

Modus operandiPediatria

Na dzień przed egzaminem praktycznym przeżywał gehennę. Ból rozrywał wnętrzności, paraliżował myślenie o czymkolwiek, bezustannie wyduszał z krtani ciche skomlenie. Oczka Grzesia zamarły w przeraźliwym wytrzeszczu, jakby był niezmiernie czymś zdziwiony. Minimalny ruch paluszkiem bądź powieką powodował momentalne uczucie przebicia szpadą – prądy katuszy rwały od dołu do czubka głowy i z powrotem, niczym szalone błyskawice eksplodujące na chybił trafił. Temperatura rozgrzała członki do czerwoności, wyciskając z biedaka siódme poty. Wstrząsające mdłości dopełniały obrazu zgrozy.

Schodzi z ziemskiego padołu z powodu tajemniczej choroby! Nadszedł kres marnej egzystencji, na domiar złego tuż przed ukończeniem akademii medycznej! Nie dożyje odpytania z pediatrii! Po cóż się męczył na marne, czytając książczysko wielkości pustaka? Miał tyle planów na przyszłość: służyć bliźnim w cierpieniach, zrobić specjalizację, uzbierać pieniążki na nowy zestaw LEGO z serii Technic, skolekcjonować wszystkie albumy Billy Idol’a, poćwiczyć wątłe mięśnie… Plany zrujnowane! Pójdzie do trumny, potem w piach! Powiedzą: „Taki młody… Śmierć nie wybiera! Przeznaczenie, panie!”. Następnie zapomną.

Skowyty zaniepokoiły starego, który z zainteresowaniem zajrzał do pokoju syna. Czego chlipiesz? On niezdrów, umiera na coś… Pomocy! Ojciec stanął na wysokości zadania: zaserwował polopirynę, pomógł pokuśtykać do windy, zawiózł do przychodni.

Lekarz dręczył dociekliwością. Co jest grane? Oj boli, panie doktorze, tak boli… Gdzie boli?! Wszędzie boli… Jak to „wszędzie boli”?! No tak to, całe ciało boli… A gdzie najbardziej boli?! Nie wiem, nie wiem… Przecież musi być miejsce największej boleści?! Nie ma takiego miejsca, po prostu wzdłuż i wszerz boli…

Medyk dał spokój interlokucji z wariatem. Począł tykać pacjenta to tu, to tam, aż nacisnął okolice krocza: tym razem niedysponowany zareagował rykiem rozsierdzonego King Konga, zaś badający prysnął w kąt gabinetu, inaczej oberwałby w mordę.

Po krótkim wywiadzie, oględzinach oraz delikatnym obmacaniu, padła diagnoza: zapalenie najądrza. Skrzyknięto praktykujących studentów, aby zaprezentować przypadek – 8 par oczu lustrowało z zaintrygowaniem genitalia Grzesia. Każdy pragnął ująć mosznę w dłonie, pougniatać jądra w celu zweryfikowania konsystencji patologicznego jaja, doświadczyć grymasów udręki delikwenta. W czasie procesu inspekcji ich twarze, przyozdobione dwuznacznymi uśmieszkami, wyrażały fascynację zmieszaną z ukontentowaniem.

Dostał rozogniający pośladek zastrzyk penicyliny, wykład na temat odpowiedzialnego zachowania seksualnego, folderek ze zdjęciami zadowolonych obywateli plus instrukcją obsługi prezerwatywy, parę kondomów do kieszeni, termin wizyty kontrolnej, grzmotnięcie w łopatki na pocieszenie.

Przejścia w poradni poważnie nadwątliły jego przekonanie do szlachetnej dyscypliny, jaką niby była medycyna.

Leżąc na wznak z rozczapierzonymi nogami, analizował przyczyny nieszczęścia. Głupi Miras ściągnął na kameralną imprezkę 2 laseczki, podobno kursantki z uniwerku, ale oceniając pobieżnie ich elokwencję Grzesio doszedł do wniosku, że projekt edukacji porzuciły w szkole podstawowej. Wątpliwości co do erudycji panienek rozwiała jednak wódka Wyborowa: po kilku kieliszkach zmienił zdanie radykalnie, sam oskarżając się o bezpodstawne wątpliwości, ponieważ dyskusje z dziewczynami autentycznie należały do kategorii inteligentnych. Ponadto (zupełnie niespodziewanie!) wyszczuplały, natomiast wydzielany przez nie odór, omylnie zwalany początkowo na tanie perfum, nabrał ponętnej woni. Emanowały swobodę, co bardzo ułatwiało komunikację werbalną tudzież fizyczną. Zaproponowały wspaniałomyślnie pląsy – nie durne podskoki w takt muzyki disco, lecz zmysłowy akt taneczny, gdy partnerów przenikają nuty doskonałej kompozycji, ciepło wtulonych w siebie ciał, wibracje rozpędzonych serc, płomienie nadchodzącej intymności. Mirek, wisząc na swojej wybrance, gustownie podkreślał romantyczność chwili: mrugał do Grzesia porozumiewawczo, szczerzył łobuzersko zęby i zachęcał: „Język laryngologa, bracie! Język laryngologa!”.

Dalsze wspomnienia uległy zatarciu, aczkolwiek tylko do godzin porannych, kiedy obudził się z głową cięższą od ołowianej kuli. Obok niego spoczywał potwór płci żeńskiej, na którego widok wpierw wrzasnął ze strachu, po czym uciekł w siną dal susami kangura, bez pożegnań czy dochodzenia wypadków zeszłej nocy – pragnął izolacji na drugim końcu świata w podziemnym bunkrze, gdzie nikt go nie namierzy.

Propozycja zapalenia najądrza

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Tata przerwał nieprzyjemne reminiscencje. Przyszedł z chłopską poradą: otóż należy unikać przecierania ślipi, bowiem infekcja posiada tendencje translokacji w rejony śluzówek ocznych, co z kolei grozi utratą wzroku. Po zaanonsowaniu przeraźliwych wieści, spokojnie odmaszerował w kierunku fotela przed telewizorem.

Wszetecznica! Zrujnowała przygotowania do egzaminu, roznieciła piekielne boleści, wystawiła na pośmiewisko przed kolegami w przychodni, przygnębiła, sponiewierała, prawie zamordowała bakteriami – nie dość, iż konstytuowała zarzewie tego wachlarza tragedii, to jeszcze chce niewinnego człowieka oślepić! Wstrętna, podstępna, niehigieniczna, tępa, brzydka jak kwit na węgiel wiedźma! On był jedynie uczciwie kującym, zdyscyplinowanym, poczciwym żakiem, więc za cóż go zdybała i poczęstowała zarazą?!

Od tamtego pamiętnego dnia postanowił obcować wyłącznie z kobietami niebagatelnej kultury, eleganckimi, prezentującymi rozstropność, wychowanymi w duchu dbałości o zdrowie, doceniającymi szerokie horyzonty mężczyzny. Na przykład Hanka z trzeciego, córka nauczyciela fizyki, zawsze przyzwoicie odziana, na balangach gustująca w dżinie zakrapianym tonikiem, paląca długie Marlboro – klasa całą gębą! Poza tym, zaprzestanie spożywania alkoholu, źródła ludzkich dramatów! Tak! No, może oprócz wysokogatunkowych win, ewentualnie cenionych odmian szkockiej whisky… Piwko także nie zaszkodzi – wszakże niskoprocentowe, nieszkodliwe… Nalewki ponoć korzystne dla układu krążenia, przeto nie przystoi wykreślać swojskiego trunku z listy dozwolonych…

Biedaczysko raczkował po mieszkaniu z wielką ostrożnością na rozstawionych kolanach, ze stópkami wytkniętymi ku sufitowi. Załatwiła go na amen, parszywa gnida!

Nazajutrz opatulił mosznę kłębem waty, założył obszerne spodnie, połknął 2 tabletki polopiryny. Powolutku, z namaszczeniem, w rozkroku, poczłapał w kierunku dworca kolejki podmiejskiej. Stał przez całe 40 minut jazdy, zachowując bezpieczny dystans pomiędzy sobą a pozostałymi podróżnymi, balansując na rozkraczonych kulasach przy hamowaniu, przyśpieszaniu oraz na zwrotnicach. Dobrnął do gmachu uczelni kompletnie wypluty.

Pani adiunkt nie trysnęła zachwytem na widok omdlewającego, zlanego potem, zmizerniałego studenta. Pan chory? Tak, bardzo… Wyjątkowo wredna angina… Toż pozaraża dzieci na oddziale! Nie, nie kaszle… Nietypowe – bezkaszlowe – zapalenie migdałków… Proszę założyć maskę! Oczywiście… Niestety, wedle regulaminu, egzamin jesteśmy zobowiązani przeprowadzić! On wie…

Pognała korytarzem ku sali wypełnionej żelaznymi łóżeczkami, w których tkwiły brzdące otoczone ścianami solidnych prętów. Grzesio podążył za nią tiptopkami. Wskazała ręką jednego z berbeci, rozkazała zdiagnozować, zniknęła ze sceny.

Szkrab miał roczek, zatem nie był wybujale rozmowny, za to fale dźwiękowe jego donośnego beku rezonowały na grzesiowych jądrach. Najtrudniejszy aspekt pediatrii, nie do przebrnięcia przez wielu: pacjenci nie obwieszczają konkretnych skarg zrozumiałym językiem, tylko monotonnie płaczą. Na domiar złego, w czasie badania przycisnął krocze do stalowych rur. Poleciały przekleństwa pod adresem bogu ducha winnego bobasa, który jakimś cudem uniknął uduszenia dłońmi młodego adepta medycyny.

Po paru mintach jęków, przeplatanych pieszczeniem poranionych genitaliów, zagłębił się w notatki lekarskie. Im dłużej studiował przeklętą historię przypadku, tym mniej rozumiał. Stosy wyników badań dodatkowych nie pomogły, chociaż świetnie pogłębiły dezorientację. Zero hipotez – dedukcyjna czarna dziura, wysysająca resztki koncepcyjnego animuszu z mózgu.

Nabazgrał parę spostrzeżeń na kartce papieru i tempem żółwia podreptał do gabinetu na spowiedź. Dziecię miało niezwykle rzadką patologię krwi (do dzisiaj nie potrafi przypomnieć sobie, co to takiego było). Wyemancypowana pani adiunkt nie pozostawiła na pechowcu suchej nitki, zalewając go mieszanką mian z danymi. Słabym głosikiem bąkał o braku wiadomości w podręczniku-cegle, jednakże ona przytargała tomiszcze na biurko, otworzyła migiem na właściwej stronie, następnie podsunęła dowód rzeczowy pod sam nos Grzesia. Na jego obronę, informacje na temat efemerycznego schorzenia zajmowały z 20 linijek tekstu, czyli w kontekście pediatrycznej biblii stanowiły przysłowiową kroplę w oceanie.

Wysłuchał krytyki dotyczącej swego fatalnego poziomu wiedzy, zaaprobował powtórne podejście do sprawdzianu za tydzień, zainkasował kopa w tyłek, pojechał zdegustowany do chałupy.

Ból ustąpił po 3 dobach, a z nim pokusy zamordowania lafiryndy z imprezy, roznosicielki zarazka mąk ludzkich. Energia do powtórzenia przepastnego materiału wyparowała – zrezygnował z wysiłków dokumentnie, poddając się perspektywie 2 terminu we wrześniu. Pioruńskie przeznaczenie…

Pediatrię cechowała pewna nietypowość, mianowicie zaliczenie części praktycznej egzaminu przeważało szalę na stronę finałowego sukcesu. Faza teoretyczna polegała na przepytaniu z tzw. propedeutyki chorób dziecięcych, czyli podstawowych doktryn postępowania terapeutycznego zawartych w niedużym skrypcie – spacerek nad brzegiem morza. Inne przedmioty promowały ważność fazy teoretycznej, toteż początkowe zwycięstwo na polu klinicznym nie oznaczało nic.

Z powyższych przesłanek Grzesio nie pokładał nadziei w fuksie, zwłaszcza po totalnej kompromitacji w inauguracyjnym występie: baba wynajdzie kolejny unikat patologiczny, udawadniając dosadnie niższość facetów względem Amazonek. Jedna zniszczy najądrze, druga obskubie z męskiej dumy. Przeczytał zaledwie te 20 przeklętych linijek tekstu, zakodowawszy je z efektywnością komputera.

Spędził tydzień wypoczywając, oglądając filmiki, gaworząc z kumplami, wałęsając się po mieście. Nieuchronnie nadciągnęła data egzekucji – dotrzymał słowa i pojechał pro forma na rozstrzelanie.

Tym razem pani adiunkt nie zawlokła go do żadnego gówniarza, ale posadziła na krześle, poczęstowała herbatką, zagaiła o rodzinę. Węszył podstęp: rozluźnia skazańca przed zadaniem znienacka ciosu nożem w szyję. Ona tymczasem zadała identyczne pytania, jakie zawalił podczas debiutu. Odpowiedział bezbłędnie. Skwitowała spotykanie stwierdzeniem: „Widzi pan? Przecież można się nauczyć, nieprawdaż?”. Poprosiła o indeks, wstawiła 4, pogratulowała, pożyczyła miłych wakacji. Seans trwał 15 minut.

Uwierzył w cuda…

Przebaczył wspaniałomyślnie nawet tej dziewczynie, która poczęstowała go mikrobem: wszak bezdyskusyjnie oblałby za pierwszym razem – nawet z jajami tryskającymi zdrowiem.

Odsłona 57 - Modus operandi - Część VI Czytaj część VI | Czytaj część VIII Odsłona 59 - Modus operandi - Część VIII

Publikacja w kategorii WTEDY | 8 części Modus Operandi w formacie PDF (1.29 MB) – pobierz tutaj Pobierz wszystkie 8 odcinków Modus Operandi w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: