Modus operandi (Część VIII)

Modus operandiDermatologia

Zmiany na skórze opisywane są językiem koneserów obrazów abstrakcyjnych: zlewające się wykwity żółto-brązowe, mimochodem wpadające na obrzeżach w tonację bordową; czerwono-sino-brunatne pobrużdżenia, pokryte lśniącym naskórkiem, przechodzące dyskretnie w zdrową tkankę; niedbale rozsiane karmazynowe plamki, nakrapiane z cicha akcentami makowymi, o nieporządnie postrzępionych rąbkach. Charakterystyka patologii zmienia klimat z poetycznego na geologiczny przy próbach deskrypcji trójwymiarowej: rozpadliny o kaskadowych ścianach, obejmujące głębsze pokłady; skorupowate wyniosłości, powstałe wskutek zasychania na powierzchni ropy; ubytek o architekturze krateru, sięgający warstwy kolczystej.

Po przeczytaniu informacji na temat pierwszego tuzina chorób, w mózgu Grzesia zagościł pejzaż dziwnych struktr o rozmytej kolorystyce. Atoli zadbano o uproszczenie procesu studiowania poprzez prezentację zdjęć nieszczęśników z podniszczoną cerą: każda fotografia była czarno-biała.

Dumał nad chytrym sposobem wbicia w łeb tint tudzeż ukształtowania poszczególnych zwyrodnień skórnych. Poleciał tedy do sklepu papierniczego, gdzie nabył worek pisaków i zakreślaczy. Później, z wyciągniętym w skupieniu jęzorem, począł mozolnie barwić linijki tekstu, aby utrwalić wiadomości drogą pamięci wzrokowej. Pod koniec zabawy każda kartka przypominała paletę akwarelisty, jedna strona podobna do drugiej w tym sensie, że wszystkie upstrzone tęczowymi pasmami o rozmaitych konfiguracjach.

Flamastry potrzebne do nayki dermatologii

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Rozróżnienie dolegliwości na matrycy objawów spełzło na niczym, bowiem pacjenci narzekali wyłącznie na swędzenie, co oczywiście prowokowało próby ukojenia dyskomfortu poprzez rozdrapywanie dokuczliwego miejsca do krwi. Nader to ubogi wachlarz symptomów.

Przeleciał podręcznik uczciwie 4 razy, powtarzał na głos, malował, robił notatki – po 2 tygodniach katorgi rozumiał dokładnie tyle samo, ile w okresie przedszkolnym. Po prostu dermatologii nie sposób było się nauczyć – kropka. Sęk tkwił w nielogiczności materiału – zbioru subiektywnych komentarzy odnośnie przypadkowych w prezentacji skórnej efektów zaburzeń metabolicznych, zakażeń, zatruć, alergii, ukąszeń itd. Brak związków przyczynowo-skutkowych oraz arbitralność opisów doprowadzał racjonalną naturę Grzesia do rozpaczy. Równie dobrze mógłby dokładać starań pojęcia krojów konfekcji damskiej.

Samopoczucie pogarszały opowieści o egzaminatorze – wiecznie rozsierdzonym knypku, odsyłającym regularnie połowę kursantów na 2 termin. Niezależnie od pory roku bądź indagowanej grupy, odprawiał z kwitkiem 50% nieboraków, jak wynikało ze skrupulatnych statystyk prowadzonych na uczelni. Nieobiektywny typ oblewał w teatralnym stylu: chwytał się kurczowo za resztkę włosów w geście przerażenia głupotą niedoszłych lekarzy; sarkastycznie kpił z niepoprawnych odpowiedzi; posyłał gniewne spojrzenia; wybuchał szyderczym rechotem. Sporadycznie robił większe przedstawienie, gdy dramatycznym piskiem nakazywał struchlałemu studentowi opuszczenie gabinetu. Zaatakowany pechowiec pryskał migiem na zewnątrz, a za nim frunął indeks z dwóją, który uderzał z impetem w przeciwległą ścianę korytarza, by potem, wachlując w powietrzu pomiętolonymi kartkami, spaść beznadziejnie na posadzkę, uwypuklając tym samym upodlenie pokonanego. Biedaczysko z upokorzeniem podnosił wywalony z obrzydzeniem rekwizyt, pakował do torby pokolorowaną własnoręcznie pozycję „Choroby skóry”, wychodził cicho z budynku ze zwieszoną głową. Kurtyna zapadała…

Zniechęcony legendami o profesorze-kretynie, wszedł do gmachu katedry bez szczególnej tremy. Złożyl wynik końcowy całkowicie na łaskę przeznaczenia, a rozgardiasz wokół ustalania sekwencji wkraczania do jaskini karłowatego tragika zignorował.

Tandetny nastrój poprawiło wkroczenie na scenę duetu Lilki z Anią. Rejterowały razem w góry na narty tego samego popołudnia, toteż przyszły przygotowane do wojażu. Wyglądały prześlicznie w sezonowych, napompowanych kurtkach, zaś ich seksowne buźki wystawały zaczepnie z kapturków obrzeżonych futerkiem. Zimowa kreacja potęgowała atrakcyjność tych już pięknych dziewczyn, przynajmniej tak uważał Grzesio, potencjalnie z uwagi na rozgalopowaną wyobraźnię odnośnie detali ukrytych pod grubymi warstwami odzienia. Niestarannie rzuciły wypożyczone deski z kijkami na podłogę pod ścianą, zdjęły plecaki, rozpięły skafandry. Wesoło oznajmiły, iż przyszły zaledwie dla przyzwoitości – wcale im nie zależy na zdaniu głupiej dermy. Nie umieją nic, więc im szybciej, tym lepiej, aczkolwiek mogą stawić czoła pajacowi jako ostatnie, ponieważ pociąg odjeżdża dopiero za 5 godzin.

Bezczelność tych kociaków zaintrygowała (w zasadzie podnieciła) Grzesia. Rewolucyjne nastawienie czyniło z nich zbuntowane boginie, niezastraszone męskim ego dziwotwora, oczekującego na ofiary w pieczarze.

Tymczasem szef testował po 6 osób naraz. Facet miał wprawę w przesiewie: oblewał metodycznie połowę klientów, toteż tłum oczekujących wartko topniał. Grzesia zwerbowano do sekstetu zamykającego kolejkę, którego pora nadciągnęła już po godzinie. Niespotykana efektywność egzaminatorska!

Nie zdążył nawet dobrze usiąść, kiedy otrzymał inauguracyjną zagadkę do rozwikłania. Padło pytanie o choróbsko o swojsko brzmiącej nazwie. Zamknął oczy, panicznie poszukując w pamięci jednego z wielobarwnych paragrafów, pasującego do zagadnienia (nagłówka). Niestety, oprócz bezładnego melanżu odcieni nie zobaczył nic więcej. Z trudem wyszperał kawałek, który potrafił swobodnie wyrecytować, aczkolwiek dotyczył on diametralnie innej patologii. Wyssany z rozsądnych koncepcji, począł bezwstydnie przytaczać treść bezsensownego znaleziska. Mógłby z równorzędnym efektem gaworzyć o, powiedzmy, obyczajowości afrykańskiego plemienia Zulu. W desperacji kombinował wytłumaczenie, że niby pomylił choroby. Ojejku! Pomieszał fakty z nerwów, he he! Nie miał jednakże żadnego planu na wypadek akceptacji przez profesora szczwanego usprawiedliwienia, co zaowocowałoby przyzwoleniem na powtórną odpowiedź.

Nie w ciemię bity dydaktyk przerwał popisy krasomówcze Grzesia po 30 sekundach tonem klarownie cynicznym: „Wspaniale! Wystarczy! To ja już panu dziękuję!”. Wpisał coś nerwowym ruchem w indeks, następnie kontunuował sondaż reszty skazańców, pozostawiając naciągacza sam na sam z ponętnym krajobrazem na oknem. Płatki śniegu goniły się nawzajem, łobuzersko zapraszając do skorzystania z zimowej aury: „Chodź do nas! Zjedź na saneczkach z górki! Strąć puszystą czapę z gałęzi świerczka! Ulep bałwanka! Rzuć kuleczką w kolegę!”. Cóż, miast rozkoszy styczniowych wakacji, on będzie analizował grudki, bąble, owrzodzenia, nadżerki, guzki i pozostałe pierdoły.

Po pierwszym kółku pytań, wzrok pryncypała ponownie spoczął na Grzesiu. Założył nogę na nogę, splótł dłonie na chudym brzuchu, zaczął balansować na tylnych nogach krzesła – ucieleśnienie dermatologicznego boga. Po chwili dywagowania z przymrużonymi ślipiami okazał łaskę władcy dla śmierdzącego pachołka: „Dam panu szansę, niech tam! Wstrząs anafilaktyczny – zasuwaj pan!”.

Oczywistą intencją złośliwego szefa było pogrzebanie chojraka Grzesia z kretesem, lecz spudłował fatalnie. Anafilaksja ma przyczynę w nadwrażliwości na alergen (czynnik wywołujący dysfunkcję – lek, produkt żywnościowy, jad owadów itd.), prowokującej lawinowo progresywny zespół objawów. Typową ilustrację stanowi ukąszenie uczulonego osobnika przez pszczółkę, doprowadzające do rozlanego obrzęku. Opuchlizna groteskowo deformuje facjatę, wzniecając kawalkadę żarcików ze strony obserwatorów, ale to nie finał cierpień ugodzonego żądłem, albowiem pęcznieją równocześnie inne części ciała, na przykład krtań (organ niezmiernie istotny do artykulacji dźwięków, czyli ględzenia bzdur albo jodłowania). Strategiczne umiejscowienie wokalnego narządu ponad tchawicą, na drodze przepływu powietrza z ust do płuc i z powrotem, jest niefortunne dla alergika – rozdęcie strun głosowych rygluje cyrkulację tlenu, pierwiastka poniekąd ważnego dla niezmąconej pracy organizmu człowieka. Poszkodowany wybałusza gały podczas daremnych wysiłków oddychania: bardzo chce, aliści nie daje rady. Gapie urywają dowcipkowanie właśnie w takim momencie, robiąc kupkę w majtasy ze zgrozy.

Sam wstrząs anafilaktyczny wchodzi w skład kompetencji anestezjologicznych, gdyż dermatolog nie potrafi założyć kroplówki, nie wspominając nawet o zaintubowaniu umierającego, natomiast interpretacja kontrastów reakcji różnych ludzi na identyczne alergeny (lokalne zaczerwienienie versus metamorfoza w balon z pełną zapaścią funkcji biologicznych) leży w nauce o odporności – immunologii – sekretnym hobby Grzesia. W tajemnicy nabył parę tomiszczy z tej dziedziny, które zafascynowany pochłaniał wieczorami przy muzyce Pink Floyd, Ultravox, The Alan Parsons Project względnie innych kapel tamtych czasów. Istne zboczenie: zamiast czytać magazyny młodzieżowe, beletrystykę czy Playboya, on dla rozrywki zgłębiał tajniki wąskiej dyscypliny badawczej, zaś szczególiki miał skondensowane w opuszku małego palca.

Sugerując wstrząs anafilaktyczny gwoli ostatecznego dobicia studenta, egzaminator otworzył puszkę Pandory. Grzesio wziął głęboki oddech, po czym zainicjował wykład na miarę przemówienia po odbiorze nagrody Nobla: eksplikował uwarunkowania fizjologiczne; opisywał patogenezę na poziomie wręcz molekularnym; uwypuklił dyplomatycznie symptomy skórne; podkreślił dla bajeru znaczenie dermatologów w międzydyscyplinarnym postępowaniu medycznym (chociaż przecier pomidorowy jest równie niezbędny do napędu samochodu); przytoczył najświeższe odkrycia ze świata nauki dotyczące nowatorskich terapii; debatował teorie; przytaczał dawki zachodnich leków; żonglował wynikami badań dodatkowych. Słowem, mówił o rzeczach profesorowi nieznanych, mających źródło w specjalistycznej literaturze ponadprogramowej, a nie w pokreślonym flamastrami podręczniku akademickim.

Towarzystwo osłupiało w obliczu natchnionej Pytii. Szefa zatkało na amen – Grzesio okupował całą przestrzeń tematyczną, pozostawiając zero perspektyw manewrowych. Nie było jak zadać pytania, bo eksperyment tego rodzaju groził totalnym ośmieszeniem. Wobec niekorzystnych warunków ofensywnych, pobity na kwaśne jabłko mistrz uniósł delikatnie dłoń na znak „Stop!”, kiwnął głową, kulturalnie dokończył egzaminowanie pozostałych studentów, w przestrachu grzecznie zaliczył wszystkim egzamin na 4 (bez ponownych propozycji dawania „ostatniej szansy”).

Zadowoleni czmychnęli na korytarz, a tam… No właśnie, zapomnieli o wciąż czekających Lilce i Ani!

Dziewczyny niezwłocznie podeszły do drzwi. Nie miały sposobności zapukać – bóg we własnej osobie wychynął z gabinetu. Stał twarzą w twarz z parką pociągających lasek, ubranych w ciepłe kurtki, z szyjkami opatulonymi puszystymi szaliczkami, których frędzlowate końce hipnotyzująco dyndały na jędrnych piersiach. W tle sterczały narty z kijkami, oparte o ścianę, ze spakowanymi plecaczkami nieopodal.

Facet nonszalancko włożył ręce do kieszeni w stylu ulicznego rozrabiaki.

– Panie czego sobie życzą? – zagaił buńczucznie.

– My na egzamin, panie profesorze – zaszeleściła Lilka. Dyskretnie przeciągnęła frazę „panie profesorze”, obniżając przy tym głos prawie do szeptu. Jednocześnie zademonstrowała prowokacyjny uśmieszek.

Szef kołysał wątłe bioderka na rozstawionych kulasach. Grał pewniaczka. Wciąż w progu pokoju, ciągnął pogaduszki dalej:

– Aha, na egzamin… Wobec tego niech pani mi powie łacińską nazwę rzeżączki.

Dla najgłubszego medyka, powyższe pytanie sprawia tyle kłopotu, ile podanie własnego imienia.

Gonorrhoea – szczerząc białe ząbki, tudzież trzepocząc rzęsami, wyszczebiotała Lilka.

Usatysfakcjonowany szpaner zahaczył z kolei Anię:

– Pani zna, być może, łaciński termin kiły?

Następny problem o skali trudności porównywalnym ze zdmuchnięciem świeczki.

Syphilis – zaświergotała Ania, zagryzając delikatnie dolną wargę.

– My tu sobie gadu-gadu, a gdzie to się podziały indeksy?

Wstawił po 4, puścił boginiom oko, pogwizdując pomaszerował w stronę oddziału.

Grzesio wpierw myślał, że halucynuje po stresowym dniu, lecz nie…

Czyżby profesor należał do fanów narciarstwa?!

—————————————————————————————————————-

Ostatnia z przytoczonych opowieści w pełni ilustruje kontrowersję, która zatacza obecnie coraz szersze kręgi, a ma związek nie tylko z obiektywnością egzaminów (ustnych, pisemnych, testowych), ale i skutecznością konwencjonalnego systemu dydaktycznego.

Grzesio osiągnął (i wciąż osiąga) zenit wydajności nauczania (przyswajania plus praktycznej aplikacji teorii) wówczas, gdy kształcenie wynikało z indywidualnego zainteresowania zagadnieniem. Co ciekawsze, spontaniczna autoedukacja sprawia frajdę, wrzyna się w pamięć na zawsze, natomiast zdobyte wiadomości odstawiają daleko w tyle wieloletnich profesorów.

Dermatologię zaliczył z powodu szczęśliwego zbiegu okoliczności: dostał możliwość odniesienia odpowiedzi do pasjonującego go przedmiotu immunologii, przytaczając dane z pozaprogramowych publikacji. Inaczej mówiąc, kompletne zbagatelizowanie odgórnie wymaganego materiału przyniosłoby tożsamy efekt. Niesprawiedliwym byłoby posądzenie biedaka o lenistwo, bo dokonywał akrobacji w celu zaabsobowania treści. Zwalanie winy na czarno-białe ilustracje bądź fatalny przekaz informacji słowem pisanym także wiedzie donikąd, skoro każda książka na temat immunologii ziała podobną bezbarwnością (czasy komuny, panie).

8-częściowy tekst „Modus operandi” naświetla parę przykładów nastawienia, stronniczości, uprzedzeń lub nawet kaprysów egzaminatorów, przeżytych osobiście przez autora. Testy z pytaniami zamkniętymi eliminują ludzkie widzimisię, wprowadzając w zamian element mechanizacji wdrażania wyselekcjonowanych detali, tłumiąc systematycznie naturalny pociąg człowieka do intelektualnej ekspansji we własnym zakresie.

Kwestia otwarta do dyskusji.

Lilka i Ania nie zdałyby sprawdzianu pisemnego z dermatologii, co też wydaje się Grzesiowi (do dzisiaj) cosik niesprawiedliwe… On by je przepuścił na mur-beton!

Odsłona 58 - Modus operandi - Część VII Czytaj część VII

Publikacja w kategorii WTEDY | 8 części Modus Operandi w formacie PDF (1.29 MB) – pobierz tutaj Pobierz wszystkie 8 odcinków Modus Operandi w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

2 Responses to Modus operandi (Część VIII)

  1. goldenbrown says:

    Bardzo dobrze czyta się Twoje wspomnienia z czasów studiów. Zwłaszcza, że teraz można sobie pozwoli,ć na przymrużenie oka, bo już wszystko poza Tobą (w sensie studiów, hehe ;;) )
    Na każdej uczelni zdarzali się tacy wykładowcy, jak opisujesz powyżej. Pamiętam jeden swój egzamin, który oblałam śpiewająco – profesor tak mnie sparaliżował, że zapomniałam języka w gębie, mimo, że gdybym zdawała ten egzamin pisemnie, myslę, że zdałabym. Ale ów profesor miał szczególny dar tremowania studentów. Wiem, że nie tylko mnie się to zdarzyło..
    Ciekawa opowieść, Grzesiu, i wielce pouczająca :)

    • Nie tak stara to historia – czasy ludzi z temperamentem, z charakterem. Wciąż uważam, że należy się cofnąć jeszcze bardziej, do epok, gdy każdy się uczył tego, czego pragnął. Wąska specjalizacja produkuje maszyny, a nie szeroko rozumianą inteligencję (elastyczność myślenia, kreatywność, chęć uczenia innych, działania na rzecz społeczną itd.).

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: