Du-ka-cja (Część I)

Du-ka-cja, czyli współczesna edukacjaTrudno obecnie znaleźć osobę, którą porywałaby nauka. Doświadczenie sugeruje, że poniekąd przyjemne zajęcie przyswajania wiedzy jest jednak mordęgą.

Znany obeserwator Grzesio duma: dlaczego?

Lata szkolne należały do przyjemnego okresu życia: zero administracji domowej, niewiele godzin spędzonych w budzie, masa spotkań towarzyskich w ramach programu edukacyjnego (potańcówki, wypady na łono natury, imprezy sportowe, interesujące sztuki w teatrze), co chwila długie wakacje – bezpłatny raj na ziemi w nagrodę za absorbcję mądrości z podręczników.

Z czasem sytuacja ulegała powolnej metamorfozie, ponieważ wymagania gimnazjum przytłaczały ilością zadań domowych tudzież lektur do przeczytania. Im bliżej matury, tym więcej stresów, pośpiechu, paniki, złożeczeń, wygrażania piąstkami belfrom. Z tajemniczych otchłani wychynął nieznośny rygor, przygważdżający człowieka akurat wtedy, gdy pragnął robić coś zupełnie innego niż to, czego żądali nauczyciele.

Słowem, w licealistów wpajano przekonanie o niezbędności dyscypliny w celu osiągnięcia sukcesu (niezależnie od definicji „sukcesu”, w zasadzie enigmatycznego – wręcz filozoficznego – pojęcia). Gwoli praktykowania moresu narzucano zakresy („od strony 156 do 231”), pułapy („nie mniej niż 60%”) terminy („do tego dnia”), cykle („1 klasa, 2 klasa itd.”; „1 kwartał, 2 kwartał itd.”), kary dla buńczucznych („dopytka”; „oblanie”; „wylanie”). W sielankę kształceniową wkradł się element koszarowego reżimu, podobno niesamowicie korzystnego dla zwiększenia chłonności mózgu, tymczasem systematycznie wypierającego koncentrację na esencji materiału w imię przestrzegania systemowych zasad. Nie co jest istotne, ale kiedy i za co, panie!

Faza akademicka uśmierciła resztki miłości do erudycji. Biedne żaki zarywały noce, aby tylko zaliczyć egzamin następnego dnia, zakrapiając zwycięstwo ilością alkoholu wystarczającą do zabicia nosorożca. Ponadto etanol pozwalał na swobodne wyrażenie opinii o beznadziejności studenckiego losu plus wypłukanie z pamięci dopiero co wyuczonych detali.

Uniwersytet (akademia medyczna w Grzesia przypadku) to miejsce albo dla twardzieli z mocną głową, albo niekwestionujących niczego kujonów, bowiem pośrednie odmiany ludzkie odpadają w przedbiegach. Indywiduum, mające czelność kwestionować ważkość przerabiania tego czy tamtego, zostanie niechybnie wyszydzone zarówno przez profesorów, jak i kolegów, następnie zmiecione z uczelnianego podwórka. Zadaje pytania, debil jeden! Niech na detektywistykę zaiwania, wstrętny wścibinos!

Po 4 do 6 latach intensywnego maglowania, kadet otrzymuje certyfikat do powieszenia na ścianie, legalizujący wykonywanie zawodu w danej dziedzinie.

Nadchodzi okres stażu – okazja doszlifowania, względnie pragmatycznej demonstracji, wyuczonego fachu.

Ostatnie zdanie jest bujdą na resorach, do czego wrócimy za momencik.

Ostatnio Grzesio wymęczył dodatkowy dyplom. Przeczytał parę tomiszczy, sfabrykowanych przez rzeszę ekspertów; omal nie umarł z wycieńczenia na 4-godzinnym teście; w epilogu dopuszczono go do 2-dniowego egzaminu praktycznego.

Lekarz z 2 dekadami etatu szpitalnego za pazuchą umie dostrzec stopień racjonalności analogicznych, treserskich przedsięwzięć. Zacznijmy od zawartości niby klinicznych lektur, sensu stricto stanowiących kompilację zasad uniformistycznych postępowań medycznych, przeplatanych listami przepisów organizacyjnych w obrębie służby zdrowia. Zaiste baza materiałowa dla aspiranta na eskulapa armijnego – wojna obfituje w wozy wyładowane jęczącymi rannymi, więc perfekcyjny harmonogram akcji w jednostce polowej urasta do rangi kardynalnej: błyskawiczna klasyfikacja poszkodowanych (do operacji; pod kroplówę; na później; do grobu); ekonomiczność interwencji chirurgicznej; unikanie czczych zabiegów; taśmowe pobłogosławienie dogorywujących.

Z drugiej strony, Grzesio wylądował w sytuacji nieporęcznej w trakcie sprawdzianu praktycznego, widząc młodszych od siebie egzaminatorów nie potrafiących, na przykład, zaprezentować prawidłowego założenia kleszczy za zatrzymaną główkę płodu przy porodzie pośladkowym. Zaoszczędził im mąk pańskich, wynikających z nieotrzaskania, pokazując profesjonalne wykonanie zadania. Głupia sprawa: kto weryfikuje kogo umiejętności?

Najlepsze opisy nie pobiją empirii…

Co współcześnie wy-du-ko-wa-ni wiedzą o przeciwnościach losu?

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Reasumując, dostał nowy glejt za odtworzenie danych teoretycznych, które wyparowały z głowy po paru tygodniach, przy okazji afiszując swą sprawność manualną, nabytą w toku kariery zawodowej, nieosiągniętą jeszcze przez osobników cenzurujących z kolei jego biegłość. Casus doprawdy groteskowy.

Przypomniał sobie parę faktów:

  1. Częste obiekcje studentów dotyczące sensu nauczania pewnych przedmiotów lub bloków materiałowych (np. szczególiki reakcji biochemicznych, potrzebne położnikowi w robocie tak bardzo, jak rozeznanie w rodzajach płetw stosowanych przez nurków głębokomorskich).
  2. Permanentne zmęczenie, rozdrażnienie bądź poglądy wyrażające zrezygnowanie. Nocne balangi, niewątpliwie, wpływały na kondycję fizyczną kursantów, jednakże nie powinny same z siebie rozjątrzać depresyjnych wizji.
  3. Natychmiastowe zapominanie świeżych wiadomości – bezapelacyjnie dziw nad dziwy, skoro wszyscy pożądali wiedzy z całego serca.
  4. Bezużyteczność ogromu informacji, wtłaczanych w młode czerepy przez lata. Manifestacja rozdźwięku pomiędzy obowiązkowym materiałem oświatowym a realiami następuje po inicjacji pracy w branży.

Powyższe sensacje podważają sens aktualnej machiny dydaktycznej, produkującej… No właśnie: produkującej kogo?

Pośrednia odpowiedź tkwi w kolejnej obserwacji. Mianowicie medycy-nowicjusze chronicznie stronią od nauki propagowanej przez typków o grzesiowym charakterze. Z uwagi na przeprowadzenie tysięcy procedur chirurgicznych, Grzesio nie zalicza się do ciżby przeciętnych konowałów – o nie! Ujawni sztuczki, chwyty, skróty; pokaże (na żywej istocie!) nietuzinkowe metody, redukujące krwawienie podczas operacji; przedłoży oryginalne działania prewencyjne, zapobiegające powikłaniom pozabiegowym.

Będąc istotą dobroduszną, łaknie przekazać swe doświadczenie potomnym, zaś oni kręcą łebkami z niedowierzaniem, robią ryjki w dzióbek, mrugają oczkami na znak dezaprobaty! „W książce inaczej piszą. Pani profesor odmiennie pytluje. Nie tak skrypt sprawę przedstawia.”.

Zaraz, zaraz, kochani! Źle wam mówią, dzieciaki! Patrzajta ino – cież moja technika jest piękna, logiczna! Pacjenty zadowolone, bez bólu! Zero komplikacji! Porównajcież z klientami wypatroszonymi w akademickim fasonie – sposępniali, anemiczni, z darciem w trzewiach! Przyznajcież obiektywnie!

„Eee… Niby racja, ale… Ale my musimy zaliczyć, to znaczy przytoczyć dogmy z literatury obligatoryjnej.”

Aha: oficjalne publikacje napawają zaufaniem, wieszczą słuszność, bez względu na prawdę.

Zinstytucjonalizowana edukacja – od klasy 1 – utożsamia dyscyplinę z aforystycznym powodzeniem w życiu, narzucając ryzy godne ćwiczeń poligonowych. Grzesio zatem zadaje światu pytanie: od kiedy szczęście może być wyegzekwowane jedynie pod przymusem?

Presja zabija frajdę, owocując w zamian… ślepą karnością.

Antyczny model kształcenia pod pręgierzem generuje podwładnych doskonałych, wytrenowanych w posłuszeństwie, akceptujących każdy tekst ochrzczony mianem autorytatywnego za pewnik, protestujących alternatywne rozwiązania, denerwujących innych sztywnością poglądową. Miarą pomyślności są awanse ze szczebla na szczebel, przypieczętowane nagrodą w postaci sukcesywnych pokwitowań – perfekcyjna taktyka podtrzymująca błędne, systemowe koło. Seryjny wypiek żołnierzy.

Czytaj dalej: Część II Odsłona 66 - Du-ka-cja - Część II

Publikacja umieszczona w kategorii FILOZOFIA | Format PDF (0.7 MB) – 2 części Pobierz 2 części publikacji Du-ka-cja w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: