Listy do Polski 1: „Nie każdy emigruje dla pieniędzy…”

Listy do PolskiDrodzy rodacy!

Minęło 25 lat, odkąd mnie wygnało na drugi koniec świata, co nie oznacza, że kompletnie Was opuściłem. Po pierwsze, składałem kilkakrotnie wizyty w kraju, ale przypuszczam, że mnie nie zauważyliście… Po drugie, jakaś dobra dusza wynalazła Internet, dzięki któremu śledzę z daleka czym się aktualnie emocjonujecie, jakie stadiony budujecie i po co, kto kogo oszukuje itd.

Zachowanie poniekąd żenujące – wykorzystuję postępy technologiczne w celu podglądania ziomków, jakbym był tchórzem lub szpiegiem, tymczasem marzę sekretnie o ponownej egzystencji w rodzimym otoczeniu. Dziwaczna postawa w dobie galopującej globalizacji, ekspresowej telekomunikacji, ujednolicania walut, promowania uniwersalnego (nad wyraz bezpłciowego) dialektu dla wszystkich Ziemian.

Rzec można, nie nadążam za modą, kulejąc w ogonie pod sentymentalnym ciężarem: oto pragnę gaworzyć skomplikowanym, pełnym spółgłosek językiem tudzież tkwić w jednym miejscu z ludźmi mi podobnymi. Przedstawiam wybryk natury, będąc uzbrojonym w geny odporności na kosmopolityzm.

Wyprzedzę standardowe pytania, śpiesząc z wyjaśnieniami.

Mickiewicz, Szopen czy Skłodowska nie tylko prezentowali wyborne talenta, ale i zostali wyparci za miedzę przez Ruskich, czego im zazdroszczę. Jakże łatwo przyszłoby wyłuszczyć tęsknotę z przyczółka sponiewieranego banity, władającego dodatkowo piórem, klawiszem bądź probówką! Niestety, ani nie natchnę dusz poezją, ani patriotycznie nie pomuzykuję… Ech, nie wyszperam nawet nowego pierwiastka, a gdybym cudem takowy wykrył, Marysia już zaklepała lojalistyczną nazwę Polonium.

Znani Polacy

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Nieprzepędzony i nieuzdolniony, stoję więc w trudnej sytuacji przytoczenia sensownych argumentów dania dyla, albo pozyskania sympatii poprzez stworzenie czegoś wielkiego ku dumie narodu. Prawda, obawiam się, wieje trywialnością: dokonałem indywidualnego wyboru. Chłodne kalkulacje zgasiły iskierki uczuć, selekcjonując drogę wyglądającą na mniej skomplikowaną oraz materialnie dostatniejszą. Emigracja kusiła izolocją od wachlarza problemów, które uległyby (tak koncypowałem) pogłębieniu w przypadku pozostania nad Wisłą.

Kontynuując wytartą śpiewkę, przebadałem perspektywy na przyszłość, uwzględniłem powszechne zniechęcenie ludu w latach 90., w konsekwencji zwątpiłem w szanse na poprawę koniunktury, spakowałem walizeczkę, wsiadłem w samolocik, czmychnąłem na łączki posiane trawką kapitalistyczną. Tamże jowialni tubylcy poklepali przyjacielsko po łopatkach, zapewniając od strzału robotę, niezłe zarobki, święty spokój. Sielanka, panie!

Ale…

Powyższy bieg przyczynowo-skutkowy, historycznie cytowany jako typowy, posiada wiele dziur – wiele „ale” – ponieważ gospodarka z polityką odzwierciedlają zaledwie głębsze namiętności wspólnoty, a tym samym moje. Słowem, zmiana lokalizacji geograficznej nie wyplewi osobistych niedoskonałości – nie uczyni z leniwca pracusia, z głupola mędrca, z łysego owłosionego.

Zrejterowanie „na gotowe” podkreśla niejako mój słaby charakter – wszak preferuję polecieć na szczyt helikopterkiem zamiast wspinaczki z plecaczkiem. Efektem pójścia na skróty jest kalectwo: chroniczne lekceważenie wysiłku, niezbędnego dla postępu; niedocenianie własnego wpływu na innych; zanik drygu racjonalizatorskiego na rzecz wegetacji podług narzuconych zasad.

Z wyjątkiem szczątkowej liczby usprawiedliwionych uchodźców (ordynarnie prześladowanych; nadzwyczaj błyskotliwych; nawiedzonych egzotycznymi kulturami; autentycznie zakochanych), reszta wpada w wór ekonomicznych wygodnisiów, niezdolnych do stworzenia alternatyw wpierw na swoim, później na cudzym podwórku. Do tych ostatnich należę: przykucnąć, przekąsić zaserwowaną strawą, wyszczerzyć ząbki w podzięce, zaklaskać, zapiać hymny pochwalne. Obraz odwrotnej kolonizacji: kiedyś okupywano lądy w imię cywilizowania zapóźnionych, obecnie najemcy dobrowolnie pukają do drzwi byłych prześladowców. Ponoć nastawienie zaawansowanych nacji uległo czarodziejskiej modyfikacji na… No, na tolerancyjne, wyrażające zachwyt, skomlące o pomoc, usłużne itd.

Po ponad dwóch dekadach spędzonych na obczyźnie wiem, że nie istnieje rzecz, którą osiągnąłem podczas tułaczki, a której nie umiałbym zrealizować w Polsce z nawiązką. Kwestia jasnych celów, pasji i wiary w siebie. „Dużo pieniędzy”, „fajne warunki”, „rozluzowanie” nie są celami, lecz łaknionymi stanami bytu – środowiskiem, będącym wypadkową działań komuny: pracy, dbałości, wsparcia, poświęceń itd. Raj w zasięgu ręki, zakładając przearanżowanie sposobów myślenia.

Ale…

Przytoczone światłe paradygmaty nie zapączkują w klimacie opresji. Nie sugeruję bynajmniej tyranii aparatu państwowego. Konszachty, mafie, samolubni dyplomaci, oszuści i złodzieje funkcjonują wszędzie, a pasożytnictwo tych uparciuchów nie ukształtowałoby mojego temperamentu. Niemniej jednak w dniu dezercji uosabiałem niedojrzałego szczyla, za co obarczam odpowiedzialnością…

Nie, nie… Dosyć obwiniania! Jestem zmęczony wytykaniem palcem innych. Proszę o zaufanie przynajmniej w tym punkcie: pozostanie oznaczałoby nieuchronną rezygnację z rozwoju, w dowolnym sensie rozumienia tego terminu. Chcielibyście spędzać czas z kaleką, niezdolnym do samodzielnego życia? Nieudacznikiem, poddającym własne aspiracje wpływom zewnętrznym? Człowiekiem płci męskiej, aczkolwiek nie mężczyzną?

Jakim byłbym dla Was pożytkiem, nie potrafiąc zrzucić z siebie jarzma wasalskich nawyków? Pożądanie wolności nie zostało jednak kompletnie wygaszone w mym sercu. Zresztą, każdy facet, choćby największy laluś, szuka niezależności. Testosteron nie zawiódł, wymuszając odruch bezwarunkowy: ostatnim tchem umknąłem spod gilotyny przeznaczonej na odcięcie mi ego.

Mogłem zatem paradować między Wami niczym zombie, ewentualnie odizolować się gdzieś ze świadomością, że żyję. Impulsy finansowe czy związane z karierą zawodową wykluczcie, gdyż one stanowiły wyłącznie oficjalne preteksty. Mianowicie, sparaliżowany influencją poza zasięgiem mojego pojęcia, tym samym poza możliwością korekcji stanu rzeczy, utylizowałem powszechnie akceptowalne alibi, kamuflując (nieświadomie) strach przed wieczną bezradnością. Zagrożenie zainicjowało reakcję fight or flight – stawić czoła mękom lub pierzchnąć. Wytrenowany na wzorowego pasywnego, wyselekcjonowałem z radością drugą opcję.

Paradoksalnie, asekuranctwo pchnęlo mnie w paszczę lwa (dosłownie), bowiem zbieg okoliczności spowodował, iż wylądowałem w RPA, kraju nieszczególnie remedialnym dla osobników infantylnych. Powiedzmy inaczej: przeszedłem terapię wstrząsową.

W momencie postawienia nogi na czarnym lądzie, urzeczywistniłem marzenie o zagrzebaniu kłopocików (kłoposiątek) z przeszłości, które wyparowały w spiekocie słońca oraz w obliczu zupełnie nowych, nieprzewidywalnych przez poukładany europejski mózg, KŁOPOTÓW. O ile fraza „walka o byt” przeszła do literackich alegorii na półkuli północnej, o tyle w Afryce oznacza ona to, co w oryginalnych zamysłach opisywała, czyli „biologiczną wojnę na śmierć i życie”. O tym później…

Podumajcie: jak silny musiał być uraz, skoro porzuciłem ukochaną kulturę dla diaspory w kącie globu, wśród gości nader brutalnych?

Historia pełna sprzeczności i hipokryzji: pozorna odwaga amatora safari, zbudowana na fundamentach wpojonej zdziecinniałości; poczucie bezpieczeństwa w beznadziejnej alienacji; początkowa, bezwiedna subordynacja, pobudzająca do działań karkołomnych w stylu hardych generałów; naiwne tłumaczenia planów emigracyjnych wobec absencji podstawowego przygotowania do autonomii.

Psychiczno-dziejowy kogel-mogel… Jednakże konieczny do retrospektywnego przeprowadzenia analiz, odnalezienia prawdziwych dyspozycji, wyciągnięcia racjonalnych (tym razem) wniosków. Rezultat ponownego wychowania, które zabrało – nomen omen – tyle samo lat tu, co tam…

Etiologia ludzkich decyzji jest złożona, chociaż często spłycana do banalnych, pojedynczych, spopularyzowanych bodźców. Społeczna propaganda zdominowała i mnie – wszakże motywowałem bryknięcie zgodnie z rozreklamowanym scenariuszem (kasa, komfort, konsumpcja), tymczasem nie uciekałem z Polski, a od samego siebie…

Nie żałuję moich kroków. Doświadczenie przetarło oczy, zagoiło rany, pozwoliło docenić, skąd pochodzę. Wewnętrzna szmotanina wygasła, zagościł w duszy spokój: nigdy nie czułem się bardziej polski, niż obecnie, co napawa mnie błogością. Wyjazd był niezbędny, aby dotrzeć do stanu mentalnej równowagi.

Na razie pozdrawiam Was serdecznie. Przyrzekam napisać wkrótce: podać soczyste szczegóły, obgadać kwestię powrotu, opisać tutejszą zwierzynę, to, siamto, owamto…

Grzesio Polak

#2 – Anty-reemigracyjna aura Listy do Polski 2 - Anty-reemigracyjna aura

Publikacja umieszczona w kategorii LISTY DO POLSKI | Format PDF (0.6 MB) – pobierz tutaj Pobierz publikację Listy do Polski 1 - Nie każdy emigruje dla pieniędzy... - w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: