Listy do Polski 3: „Ministerialne zasieki przeciwlekarskie”

Listy do PolskiWitam Was ponownie!

Opisałem poprzednio intrygujące zjawisko, charakterystycznie rodzime, polegające na kreśleniu grubej krechy pomiędzy rodakami mieszkającymi w kraju a tymi, którzy wywędrowali w świat.

Należymy do nacji, manifestującej zdecydowane poglądy: polityczne, religijne, etniczne, zawodowe, sąsiedzkie itd. Przesiedleńcze emocje również uderzają skrajnością, łatwo wyczuwalną w komentarzach (spotkania, prasa, telewizja, sieć), kreując klimat nieodwracalności emigracji, jakbyśmy nie wierzyli w możliwość powrotu do ojczyzny.

Obywatele polscy, po dłuższym pobycie na terenach zagranicznych, ulegają ponoć tajemniczej mutacji, uniemożliwiającej ponowną integrację z ziomkami znad Wisły. Trendy globalizacyjne nie wydają się modyfikować tych przekonań, czerpiących napęd chyba z epoki rozbiorów, ewentualnie z doświadczeń za komunizmu, gdy nasi przodkowie uciekali przed niechybnym ośmieszaniem, prześladowaniem, katowaniem, więzieniem, także śmiercią.

Analizując osobiste obserwacje dochodzę do wniosku, że pozostałe narody wykazują większą elastyczność pod względem lokalizacji geograficznej czy planów na przyszłość, nie traktując oddalenia od państwa narodzin jako kroku nieodwołalnego. Tym samym, nie snują opowieści o hipotetycznych problemach związanych z odjazdem do domu. Posiadają w genach „coś”, czego nam brakuje. Możemy się kłócić, że to właśnie my posiadamy w genach „coś”, czego im brakuje, lecz zostawmy podobne dywagacje na inną okazję. Summa summarum, ekstremalność opiniotwórcza wypatrasza z jedności i (co gorsza) przenika w instrumenty administracyjne czy pociągnięcia rządowe, o czym przekonałem się na własnej, opalonej w Afryce, skórce.

Wszakże dokładałem starań…

Parę lat temu zawitał w tutejsze strony Pan Poseł. Zainscenizowano zebranie: uściski dłoni; ochy i achy; grymaski pewności siebie; krawaty i sygnety. Wygłosił orację „O gotowości narodu polskiego z Polski do podpory narodu polskiego poza Polską”.

Po przemówieniu, ku zgorszeniu forum, poruszyłem kwestię stymulacji reemigracji przez przywódców. Wyznałem, iż bardzo tęsknię za ojcowizną – czy pomogą w eskapadzie?

Padła odpowiedź jednoznaczna: „Proszę pana… No tutaj, tego… eee… My, tak naprawdę… eee… Wie pan… eee… nie zajmujemy się tego rodzaju…. eee… Musi pan… eee… we własnym tym… eee… zakresie.”. Wyczerpująco, wyraziście, bez zawiłości. Co rychlej zmienono wątek – grzecznie nagabywano Pana Posła o przesyłki z książkami, DVD, prasą.

Pojąłem mój tragicznie niski poziom percepcji sformułowania „służba uchodźcom”, oznaczającego w kręgach dyplomatycznych dowóz namiastek kulturowych w formie fraszek Kochanowskiego, względnie serialu „Czterej pancerni i pies”. Nobliwa (normalna) idea kuszenia do powrotu wyparowała w płomieniach popularnych asumptów, zakładających repulsję (przynajmniej szyderczy rechot) Polaków-przesiedleńców na wzmiankę o żywocie wśród swoich.

Niemniej jednak, zachęcony precyzyjnymi wskazówkami parlamentarzysty, zainwestowałem 12 000 złotych w skompilowanie grubej teczki dokumentów, obligatoryjnych do zaliczenia stażu podyplomowego (odbytego w RPA) oraz historii pracy przez Ministerstwo Zdrowia. Astronomiczna cena, bowiem żądali przedłożyć oryginalne zaświadczenia, każde uwierzytelnione notarialnie, następnie przełożone na gwarę zrozumiałą dla biegłych przez tłumacza przysięgłego. Stosy papierów, przesyłki kurierskie, podróż do stolicy – pół roku bieganiny.

Nie przewidywałem trudności, gdyż pełniłem funkcję zawodową nieprzerwanie i uczciwie przez dwadzieścia lat. Poniekąd ładowałem już klamoty do kuferka, kasowałem konta, fantazjowałem o pierwszym – po wiekach – spacerze w lesie, bez strachu o napad przez lwa lub przez bandę poprzednio uciemiężonych.

Riposta z Warszawy podcięła nogi: staż zaliczyli częściowo, postulując dwa suplementarne miesięce w paru dyscyplinach (niektóre nie istniały wtedy, kiedy kończyłem studia).

Kontrowersję nasilała interpretacja tutejszych potwierdzeń. Na przykład, medycyny rodzinnej nie wyszczególniono w raportach południowoafrykańskich, ponieważ stanowiła integralny komponent rutyny, łącznie z wizytami w chałupach pacjentów. Kwestia rozdźwięku w nagłówkach harmonogramu zajęć: tam – autonomiczny, sześciotygodniowy segment przedmiotowy; tutaj – codzienny wysiłek, realizowany pod szyldem „First Level Care” („Opieka na Pierwszym Poziomie”, alias POZ – „Podstawowa Opieka Zdrowotna”). Harowałem 52 tygodnie, odpalając parę godzin na dobę w ramach POZ, pod pieczą specjalistów, natomiast komisja ministerialna to przeoczyła wskutek niewyodrębnienia frazy „medycyna rodzinna” w osobnej kolumnie.

Powiadam Wam: przekroczyłem standardy uzgodnione przez zarządców, lecz padłem ofiarą technicznych deliberacji przy drzwiach przede mną zamkniętych. Podjęcie walki z bezduszną machiną na odległość doprowadziłoby do bankructwa z depresją, wobec czego poddałem się.

Tupałem stópkami, wygrażałem piąstkami, tłumiłem brzydkie wyrazy w gardziołku, ale strawiłem kapryśne roszczenia: zdecydowałem przejść upokorzenie z harcerskim honorem, czyli zleźć na szczebel uczniaka w wieku lat 45. Niestety, dorzucili do pieca beznadziejności następną dyrektywę: nakazali zdać Lekarski Egzamin Państwowy (LEP) celem przyznania prawa do wykonywania profesji!

Wszcząłem awanturę: dlaczego przeciągają w pełni dyplomowanego doktora przez test nie funkcjonujący w okresie jego edukacji? Usłyszałem nieskomplikowane wyjaśnienie: „Wie pan… Technicznie rzecz biorąc, staż jest częścią studiów. Skoro będzie pan kończył staż teraz, a nie skończył go pan wtenczas, więc dotyczą pana przepisy obecne, a nie zaprzeszłe. Na dzień dzisiejszy wymagamy LEP-u.” Koniec, kropka.

Los lekarza emigranta w Polsce

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Inaczej mówiąc, różnica pomiędzy mną a łapiduchem kończącym staż wtenczas polega na tym, że on zarejestrował się wówczas, a ja czynię to teraz. Dzielą nas dwa miesiące wykoncypowanego teoretycznie przeszkolenia w branżach klinicznych, których w większości wtedy nie było, za to teraz są.

Gdybym złożył podanie o aprobatę stażu wtenczas (w latach 90.), prawdopodobnie by go uznali w całości – może nałożyliby obowiązek dopracowania raptem paru tygodni. Nie gnębiliby LEP-em. Na nieszczęście, doznałem przebudzenia teraz, toteż normy z wówczas wymarły. Chwila prośby o wpisanie w ewidencję decyduje o drastycznym kontraście: wtenczasowi są konsyliarzami pełną gębą bez LEP-u, wszelako teraźniaków czeka skazanie na ekstra trening tudzież LEP (pomimo dzierżenia bliźniaczych dyplomów, zaliczenia jednakich egzaminów, ukończenia akademii medycznej pod parasolem tożsamych regulacji).

Równie dobrze mogliby sklecić paralelnie logiczne prawidło: „Osobnicy poniżej 175 cm wzrostu są zwolnieni ze sprawdzianu, zaś wyżsi muszą zaliczyć LEP. Dajemy priorytet karzełkowatym, nie strzelistym. Przestrzegamy przed odkładaniem terminu ostatnich zaliczeń, jako że czyha niebezpieczeństwo nieoczekiwanego urośnięcia, wykluczające bycie eskulapem bez LEP-u.”.

Popieram rozporządzenia ustalające warunki praktykowania fachu przez profesjonalistów, w innym przypadku skazanoby ziomków na zalew znachorów o szemranych kwalifikacjach. Aliści jam krajowy produkt – dałem dyla z powodów personalnych, co nie uszczupla stopnia naukowego, umiejętności, powołania, odpowiedzialności, wiedzy, zapalczywości, kompetencji. Nie zbijałem bąków – bezustannie uzdrawiałem uciśnionych (w zasadzie nobilitująca misja).

Moim skromnym zdaniem, Minsterstwo Zdrowia powinno nakreślić odmienne kryteria rejestracji dla wtenczasowych – nie podciągać medyków starszego pokolenia pod szablon teraźniaków, zapędzać batami do niewolniczej roboty, mordować nieboraków kartkówkami. Istnieje potrzeba rozgraniczenia wówczaśniaków od współcześniaków, co pokapowali nawet na Czarnym Lądzie, gdzie narzucają normy stosownie do daty otrzymania glejtu.

Decydenci mojej ery nie utożsamiali preorientacji klinicznej z finałowym etapem edukacji akademickiej, mianując nas „absolwentami” – ten zasłużony tytuł ktoś, jakoś mi odebrał.

Mam obawy, że formaliści pogubią się w omówionym buszu argumentacyjnym: ich zadanie polega na upraszczaniu roboty drogą eliminacji wyjątków.

Coż wykombinować? Żal drze serce… Wydatki oraz poświęcenia nie grają roli, tylko poczucie doznanej krzywdy. Gdy czmychałem – młody, głupi, niedojrzały – zaniedbałem biurokratyczne aspekty kariery. Porwałem dyplom sądząc, że nic i nikt nie zabroni mi leczyć ludzi, ignorując niechcący następstwa spekulatywnej (nie faktycznej) niekompatybilności stażów.

Prawdę mówiąc, nie miałem zielonego pojęcia o niezbędności dopasowania programu stąd do rozkładu polskiego. Uważam generalnie przeszkolenie południowoafrykańskie za deklasujące nasze: większa niezależność początkującego lekarza, błyskawiczne nabycie rutyny manualnej („nabicie ręki” – dlatego doktory z Niemiec, Szwajcarii, Holandii, Anglii, USA itd. przyjeżdżają do RPA, wspierani aktywnie przez ichne izby lekarskie), ciągły nadzór konsultantów, miriady patologii. Dołóżmy naukę angielskiego. W tym sensie trudno zinternalizować decyzje ministerstwa.

Słyszę Wasze słowa: „Nie pękaj! Kto pokona aparatczyków?! Zdolniacha z ciebie – walnij klasówkę i po krzyku!”

Ścierpiałbym rolę sztubaka na oddziale szpitalnym, ale LEP przeważył szalę – wymusza zaawansowane planowanie (utrzymanie syna na studiach, dziobanie podręczników, sfinansowanie dłuższego pobytu w kraju). Nastawienie psychiczne też nie sprzyja: przesiąka człowieka złość, rozgoryczenie, bezsilność.

Tyle odnośnie urzędniczej sieci, zatawionej na naiwnych patriotów.

Nielekko powrócić bez perspektyw automatycznej kontynuacji zawodu – toć łaknę grosza na chlebuś, koszulkę, bilecik tramwajowy…

Wkrótce napiszę o pozostałych czterech determinantach reemigracyjnych przedsięwzięć. Wszak nie wyłącznie od zatrudnienia życie zależy. Oczywiście, nie zapomnę o moich sugestiach, które władze mogłyby wziąć do serca…

Przyjemnego dnia Wam życzę!

Grzesio Polak

Listy do Polski 2 - Anty-reemigracyjna aura #2 – Anty-reemigracyjna aura | #4 – Pieniądze to wszystko (czym jesteśmy) Listy do Polski 4 - Pieniądze to wszystko (czym jesteśmy)

Publikacja umieszczona w kategorii LISTY DO POLSKI | Format PDF (0.5 MB) – pobierz tutaj Pobierz publikację Listy do Polski 3 - Ministerialne zasieki przeciwlekarskie - w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: