Listy do Polski 4: „Pieniądze to wszystko (czym jesteśmy)”

Listy do PolskiWitam Was ponownie!

Najsilniejszym atutem w zażartych polemikach na temat reemigracji jest, niewątpliwie, kasa – wysoki, bo aż drugi, punkt mojej listy czynników (poczytajcie poprzednią korespondencję), decydujących o decyzji powrotu do kraju. „Toż tutej zbijom pić raza wiencej! Po kiego mom se mencyc po nyc?!” – usłyszymy.

Trudno się handyczyć z osobnikiem, jasno eksplikującym ekonomiczne uwarunkowania. Warto jednak podumać wnikliwiej o powyższej (jakże generycznej) logice – toż musi ona brać gdzieś początek.

Na pewno przyznacie mi rację, kiedy powiem: „Przeliczając wysokość gaży na złotówki, wówczas – rzeczywiście – przeciętne zagraniczne stawki godzinowe przekraczają parokrotnie te oferowane w Polsce.”. Słowem, werwa motywacyjna zarobkowych tułaczy tkwi w kursie wymiany wybranych walut, ponieważ z uciułanym grosiwem należą do szaraków w zagrodzie mocodawcy, natomiast na terenie Szwajcarii byliby beznadziejnymi golasami.

Argumentacyjne wygibasy znajdują zatem odskocznię w porównaniach łatwych do uzmysłowienia, czyli zestawieniu swojskiego z obcym. Poniekąd nie reprezentujemy z tego tytułu wyosobnionej nacji – Niemiaszki także gonią na południe, aby nachapać franków, które później sprzedają za tanie euro, aczkolwiek nie praktykują migracji w milionowych ciżbach.

Następne proste wytłumaczenie stanowi osiągalny standard życia, ściśle powiązany ze świadczonym żołdem oraz ogólnym zaawansowaniem danego państwa (gospodarczym, komunalnym, kulturowym). Oprócz kalkulowania materialnych zbytków do ewentualnego nagrabienia, patrzymy na klasę usług, szkolnictwa, komunikacji, służby zdrowia, świadczeń emerytalnych itd. Powoli malujemy bardziej panoramiczny obraz egzystencjalny – wybiegający w przyszłość, uwzględniający perspektywy dla przychówka, zakładający przysłowiowy „święty spokój”.

Nie tylko zatem pociąga nas intensywność konsumpcji, ale i efektywność wydatków. Dla wygody (z powodu braku alternatywnych odnośników) znowuż konfrontujemy sytuację znaną z doświadczeń w ojczyźnie z pakietem zamiejscowym, omijając niczym zarazę kwestię zasadniczą: dlaczego ferajna z zachodu posiada cenniejsze dewizy, przedniejsze produkty, milsze warunki?

Pierwsze pytanie brzmi: co decyduje o sile nabywczej pieniądza?

Pan Marek – schludnie przyodziany, zawsze uśmiechnięty, sympatyczny gość – zachęcająca do skorzystania z jego serwisu cykliniarskiego. Z zapałem objaśnia proces heblowania, przestrzega przed wyziewami po lakierowaniu, przedstawia detaliczny plan akcji na okres remontu. Zachwala swe rzemiosło, pokazuje zdjęcia wykonanych podłóg bądź boazerii, udziela gwarancji na dwa lata, obiecuje przykłusować w tydzień po zleceniu na kontrolę jakości, przedkłada referencje, nie naciska.

Markowe maniery emanują niesfałszowane: pasję, dumę, rzetelność, profesjonalizm.

Pan Janek nosi wytarte dżinsy, trzewiki z zadziornym czubkiem, wyłażącą zza paska koszulę. Przybiera beznamiętny wyraz twarzy, gdy spogląda z rączkami w kieszeniach na posadzkę. „Zrobi się! Płatne z góry, zaznaczam! Okazyjnie poprawiamy robotę, lecz usterki są zwykle dziełem klientów zarysowujących parkiet. Zresztą, wyjdzie jak wyjdzie! Proszę powiedzieć już teraz, czy lecimy z tym koksem – zbyt wielu cwaniaków szuka frajera za darmochę, marnuje człowiekowi czas, zatruwa dni czczą gadaniną. Łażą po domach lalusie z delikatnymi facjatami, afiszujące ponoć wykwintne serwisy, rujnujące biznes pustymi deklaracjami, rozpuszczające nam interesantów. To co: podpisujemy umowę czy bajdurzymy w kółko?”

W sumie, napastliwy osobnik, przejawiający gburowatość, nieprzesadnie reklamujący staranność. Rzeklibyśmy: fachura z podwóra.

Obydwaj proponują identyczną cenę.

Istnieją ludzie, przepadający za typkami w postaci panów Janków („Czuć zawodowca na odległość! Wywiórkuje dechy na glanc! W cholerę z kolorowymi folderami szemranych pozerów!”), chociaż śmiem twierdzić, iż znajdziemy parokrotnie więcej miłośników pana Marka.

Kwintesencja dysporoporcji pomiędzy dwoma ekspertami spoczywa w proklamowanym zaangażowaniu w przedsięwzięcie: pierwszy skupia uwagę na zadaniu, tworząc aurę zaufania; drugi stosuje podpórki w formie krytyki konkurencji lub presji na kontrahenta, emitując odór lękliwości. Niezależnie od hipotetycznych, końcowych efektów polerowania drewna, wybierzemy entuzjastę w miejsce szpanera. Porywa nas dymaniczność, incjatywa, personalna rękojmia, a odstręcza atmosfera „dawania łaski”.

Wyobraźmy sobie niesamowity scenariusz: oto rywalizujące zakłady rozpowszechniają odrębne jednostki monetarne! Pan Marek drukuje marki, pan Janek juany! Notowania poszczególnych środków płatniczych są zażyrowane wydajnością każdej z firm. Obywatele mają prawo płacić w sklepach w którejkolwiek walucie. Inauguracyjny parytet: 1 marka = 1 juan.

Jak myślicie: ile juanów zabulimy za markę po roku?

No właśnie…

Wartość pieniądza jest implikowana bezpośrednio operatywnością członków konkretnej organizacji (spółki, koncernu, społeczeństwa), a pośrednio… ich wiarą w siebie. Nie zapominajmy o fundamentach sukcesu pana Marka – niezłomnej wierze w osobiste możliwości.

Różne oblicza pieniądza

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Zwolennicy utartych przekonań wykrzykną: „Dziecinada, psiakrew! Bujdy na resorach na falach! Wegetujemy w świecie międzykontynentalnych powiązań, zglobalizowanych korporacji, galopującej technologii, ogromniastych banków! Nasz pozytywny duch huknie z impetem pierdnięcia myszki w huraganie! Rozsiewasz nadzieję, matkę imbecyli, zamiast wskazać pragmatyczne rozwiązania! Filozof z Afryki!”.

Zaiste, pan Janek może wziąć pana Marka za mordę, skuć nieboraka łańcuchami, wymusić poddańczość, pasożytować na owocach jego pracy, w konsekwencji sztucznie wyśrubować prestiż juana, co nie wyssa na wieczność inherentnej mocy marki. Nie piszę o spekulacjach, egzekwowanych waleniem z armat czołgów w nos – analizuję wyłącznie aksjomat absolutny.

Notabene, nawet obecne powiązania fiskalne nie podważają wniosków, wysuniętych na bazie abstrakcyjnej koncepcji współzawodnictwa cykliniarzy. Czy Dania szczyci się armią, uzbrojoną po zęby? Pokładami ropy naftowej? Bandą szachrajów, buszujących po giełdach maklerskich? Nie?! Aha! Klocki LEGO, masełko i połów krewetek zapewniają temu strasznemu mocarstwu najlepsze uposażenie podstawowe na Ziemi, z kolei bezrobotni duńskiego bastionu wożą zapewnie tyłki lektykami. Dziwne, no nie?

Tymczasem na półkuli południowej, w zakątku zwanym RPA, kurs randa zleciał pięciokrotnie po zrzuceniu jarzma białych. Ciekawe: wolność pełną gębą, nikt nie biczuje, mas do produkcji przybywa, złóż surowców naturalnych po pachy, pogoda dopisuje, a tu masz babo placek! W dobie uciążliwych restrykcji, gdy zabraniono Afrykanerom międzynarodowych spotkań sportowych, sankcjonujący kolektyw ździebko przychylniej oszacowywał wstrętną, rasistowską walutę.

Pomimo rozbiorów, niewolnictwa, wojen oraz pozostałych historycznych wichur, sedno prężności pieniądza leży w wierze nacji w swój potencjał. Wszak te same narody nieprzerwanie udowadniają, że kataklizmy dziejowe nie zduszą ich asertywności, będącej źródłem bezustannych odrodzeń na coraz wyższym poziomie cywilizacyjnym. Zagadkowe (genetyczne?) poszanowanie grupowej przebojowości, inteligencji, energii – magiczny, postępowy wywar, bulgoczący w plemiennej krwi, uzewnętrzniający się swobodnie i naturalnie w usposobieniu, ubiorze, kooperacji, wsparciu, wyselekcjonowanym rządzie, solidności, dbałości o porządek, dalekowzroczności (elementy, nadające środowisku pociągający klimat bezpieczeństwa, świeżości, rozluźnienia, szerokich horyzontów). Podniecający zapach dostatku, którego absencję w powietrzu Europy Środkowej zwalamy na Tuska, mafie, Stalina, szwedzki potop, pozycję geograficzną, enigmatyczną niesprawiedliwość. Przecież również atakowaliśmy, zagrabialiśmy, okupowaliśmy, lecz nie widzę chętnych, obwiniających Lachów za biedę.

Kuriozalnie, odruchowo respektujemy zaprzeszłych wrogów za namacalne manifestacje ich wytrwałości, podziwiając nic innego jak fakt, że potrafią adorować samych siebie. W tym sensie niektórym populacjom nie potrzeba zastrzyków kredytowych, ale psychoterapii, bowiem lewitacja przy dnie wydaje się wynikać z mentalności.

Wynagrodzenie na obczyźnie mam zdecydowanie atrakcyjniejsze aniżeli kolega w Polsce (rachując konserwatywnie, w złotówkach, po podatku). Fikuśnie (wbrew oficjalnej deprecjacji randa), w amerykańskich dolarach uciułam dwukrotnie tyle, ile lekarz na analogicznym etacie w RPA kosił 20 lat temu. Na szwajcarskim liczydle honorarium systematycznie spada, zaś w Somalii albo na Łotwie otrzymałbym status krezusa (aliści nie chcę tam osiąść). Bzdurne, zaśmiecające umysł ewaluacje.

Bezsprzecznie, forsa odgrywa przodującą rolę w kształtowaniu świadomych zamiarów, na przykład emigracyjnych – wyrastają one jednak na pożywce głębszych, intuicyjnych pragnień porzucenia zbiorowego, zaraźliwego marazmu. Bilanse podług formalnych mnożników w kantorach generują błędną, stereotypową platformę rozumowania – ogniskują dyskusję na abstrakcyjnych liczbach, zagrzebując w algebrze dość bolesne przyczyny dezercji młodego pokolenia na zamorskie łączki. Potworna strata, ponieważ uciekają ludzie nomen omen reprezentujący sposób myślenia niezbędny do progresywnych przemian: śmiali, stanowczy, kosmopolityczni (płochliwi nie wytrzymają stresu transformacji otoczenia).

Jeżeli kaliber nabywczy waluty odzwierciedla de facto bazalny temperament ogółu, wówczas (po pierwsze) nie czyste finanse zawiadują moimi krokami (inaczej przeniósłbym góry celem zaklepania sektorka przy korycie na Wall Street i zarzuciłbym publikacje tekstów w rodzimym języku) oraz (po drugie) doradziłbym introspekcję każdemu, kto łaknie precyzyjnych, niezmąconych psychologiczną samoobroną w formie wymówek, odpowiedzi.

Nie, kochani: kapucha, w kontekstowym oderwaniu, nie ma nic wspólnego z moim losem…

Przykre konkluzje… Cóż, bez przełknięcia gorzkiej pigułki, kuracja nie zwiastuje szans powodzenia.

Napiszę wkrótce o pozostałych reemigracyjnych dylematach „uchodźcy”.

Pozdrawiam Was ciepło spod afrykańskich palm,

Grzesio Polak

Listy do Polski 3 - Ministerialne zasieki przeciwlekarskie #3 – Ministerialne zasieki przeciwlekarskie | #5 – Nikt nie myśli o ucieczce z Polski (z początku) Listy do Polski 5 - Nikt nie myśli o ucieczce z Polski (z początku)

Publikacja umieszczona w kategorii LISTY DO POLSKI | Format PDF (0.6 MB) – pobierz tutaj Pobierz publikację Listy do Polski 4 - Pieniądze to wszystko (czym jesteśmy) - w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: