Zrozumieć to nie wszystko

Zrozumieć to nie wszystko

Izba przyjęć w RPA różni się od polowego szpitala wojennego tym, że w tle nie walą armaty oraz nie słychać świstu spadających bomb. Reszta przypomina scenerię po katakliźmie, uwzględniającym symultaniczne wystąpienie epidemii, zamieszek ulicznych, masowego alkoholizmu, krańcowej otyłości, chronicznego zdeprawowania seksualnego, innych pomniejszych plag. Sznury pacjentów, potop chorób, kalejdoskop urazów, morze jęków, krew, chaos.

90% patologii można w trywialny sposób uniknąć, ale z jakiegoś powodu ludzie nie chcą. Stateczność, umiarkowanie, roztropność i tożsame banialuki wręcz obrażają żądnych przygód obywateli.

Grzesio dziękował socjalistycznej akademii medycznej za zajęcia w przysposobieniu obronnym, w ciągu których trenował doktrynę jednolitego postępowania medycznego na czas blitzkriegu: pobieżne oględziny, prowadzące do segregacji poszkodowanych na przypadki wymagające interwencji natychmiastowo, później lub kiedyś. Polska taktyka militarna, utylizowana w RPA, przyśpieszała robotę, zamieniając jednostkę kliniczną w warsztat z taśmociągiem.

Nie powinien zatem dziwić gniew zestresowanego doktora, kiedy w środku nocy przychodzą klienci z duperelami.

Oto nastąpił wypadek dwóch przeładowanych minibusów – karetki przytaszczyły tuzin pasażerów. Wszyscy raptem wystraszeni, bowiem nikt nie doznał draśnięcia. Wokół gonitwa z kąta w kąt, a nagle melduje się zatroskany gość z dyskretnym bólem barku. Zero opuchlizny czy zasinienia, majta witką z rozmachem wiatraka, lecz śmie zawracać gitarę przemęczonemu lekarzowi dyżurnemu! Na dodatek wyłudza zwolnienie z pracy, arogancki typ!

Paracetamol na strzykanie w gnatach, jazda do domu, jutro do roboty – ino migiem, panie symulant! Następnym razem proszę skorzystać z roweru – bezpieczniejszy, aniżeli rozklekotane dryndy zwane „taksówkami”, z szemranymi szoferami bez praw jazdy. Afryka, do diaska!

Zlustrował kończynę, zaaplikował nabytą wiedzę, wydał werdykt, przepisał tabletki. Co więcej, wziął pod uwagę potencjalny szok po kraksie (dodał otuchy słowami: „Głowa do góry! Przecież żyjesz! Bądźże mężczyzną!”), czyli ogarnął sytuację ze zrozumieniem. Zawodowiec pełną gębą!

Poniżej zdjęcia dwóch minibusów po wypadkach.

Wypadek drogowy minibusa w RPA

Wypadek drogowy minibusa w RPA

Nieprzestrzeganie przepisów drogowych przez kierowców tych pojazdów jest zjawiskiem powszednim w RPA. Mówimy o bagatelizowaniu podstawowych zasad, na przykład przeskakiwaniu skrzyżowań na czerwonym świetle, nie ograniczaniu prędkości, postoju w dowolnych miejscach, jeździe pod prąd itp., co powoduje kolizje i poważne straty ludzkiego życia.

Ponadto, wielu szoferów nie posiada praw jazdy, ewentualnie dryndy nie spełniają minimalnych warunków bezpieczeństwa, to znaczy nie przeszły atestu, dopuszczającego do ruchu ulicznego. Powybijane bądź popękane szyby, brak świateł, łyse opony, zepsute hamulce, półmetrowe odchyły w osi długiej itd. – widoczne gołym okiem, ordynarne defekty.

Właściciele biznesu, władający stadninami po kilkudziesiąt taksówek, operują na zasadach wręcz gangsterskich, ignorując regulacje prawne, otrzymane mandaty, szkolenie zatrudnionych, regularne przeglądy techniczne, skargi społeczeństwa. Co więcej, neutralizują konkurencję po najmniejszej linii oporu, na przykład ostrzeliwując normalne autobusy czy paląc pociągi, tudzież brutalnie szantażując klientów do korzystania z ich „usług”.

Biali, oczywiście, używają własnych samochodów.

Aż nadszedł dzień sądny…

Jechał na zakupki, gdy parę metrów przed nim, z drogi podporządkowanej, niefrasobliwie wykołowała furgonetka. Pragnąc zapobiec zderzeniu, gwałtownie skręcił w prawo, przez co stracił panowanie nad kierownicą, wpadając momentalnie w poślizg. Samochód rąbnął w krawężnik, katapultował w powietrze i, po kilku spektakularnych saltach, wylądował w pobliskim rowie na dachu. Grzesio nie zginął dzięki opatrzności losu: bagażnik oraz silnik uległy roztrzaskaniu na nasypach, natomiast kabina utkwiła w dziurze lekko poobijana. Gdyby spadł na płaską powierzchnię, pozostałby z niego placek.

Wisiał do góry nogami w pasie bezpieczeństwa, wpijającym się niemiłosiernie w obojczyk. Przygodni czarni zbili szybę, wywlekli roztrzęsionego, acz nieuszkodzonego, Grzesia na zewnątrz, pokrzepili w języku Zulu, zadzwonili po policję. Po paru minutach nadciągnęli funkcjonariusze tudzeż koledzy. Spisano raport, zorganizowano lawetę, zamieciono ulicę, sadzono cholerami na sprawcę kolizji.

Znajomi po fachu obmacali delikwenta, obwieszczając absencję jakichkolwiek kontuzji. Zaserwowano kurację wódką, co skutecznie postawiło Grzesia na nogi, przytłumiając jednocześnie nieprzyjemne wspomnienia. Przed zaśnięciem bełkotał niegrzeczne pogróżki pod adresem tubylców.

Rano nie mógł wstać… Każdy ruch bądź dźwięk wzniecał darcie w karku, krzyżu, biodrach – WSZĘDZIE. Założenie ciuszków było katorgą – nie potrafił ruszyć szyją, nie wspominając o uniesieniu ręki. Na prawym barku widniał ciemnopurpurowy krwiak, przerażający wielkością. Tiptopkami, wolniuteńko, dotarł do toalety, gdzie przeżył męczarnie podczas siusiania, zaś zrobienie kupki wykluczył jako brawurowe.

Na baczność, posuwem gejszy w przyciasnym kimonie, potruptał do gabinetu szefa. Wyskomlał błagania o odpuszczenie mu dnia, może dwóch, obowiązków na oddziale. Dławiąc łzy, opisywał cichutko swoje tortury: łamanie w stawach, zesztywnienie, słabość, drżenie mięśniowe, nieokreślony strach.

Ordynator uwierzył: nie tylko odesłał na tygodniową kurację, ale i zorganizował rentgenowską sesję zdjęciową. Obfotografowano chorutka niczym gwiazdę filmową (nie stwierdzono choćby pojedynczej szczelineczki w kościach), zaaplikowano zastrzyk morfiny, po czym odwieziono na wózeczku do mieszkania przyszpitalnego, gdzie na haju narkotycznym kontynuował biadolenie.

Do gehenny cielesnej doszedł koszmar administracyjny: przetargi z ubezpieczalnią, wizyty na komisariacie, wypełnianie setek kwitów. Nowe auto dostarczono dopiero po miesiącu, więc żebrał po sąsiadach o podrzucenie do miasta (korzystanie z sieci transportu publicznego w RPA grozi śmiercią).

Od tamtych wydarzeń diametralnie inaczej traktował ofiary wypadków drogowych: delikatnie badał (oby nie wskrzesić boleści!), obdarzał sympatią, posyłał ciepłe uśmiechy, patrzał z miłością w oczy, gaskał po główkach, raczył długimi urlopami zdrowotnymi. Ekwiwaletne doświadczenia dokonały transformacji postrzegania: z profesjonalnego obserwatora, oceniającego mechaniczne zniszczenia, wyrósł człowiek czujący cierpienie innych na poziomie podświadomym.

Oczywiście, afekt niesie niebezpieczeństwo tendencyjności (dlatego wypada odstąpić od leczenia członków rodziny, lub ścigania przestępców oskarżonych o zabójstwo krewnego itd.), niemniej jednak kuracja uzupełniona solidaryzmem duchowym jest o niebo efektywniejsza, niż formalna diagnoza okraszona standardową poradą. Chodzi o zasadniczy element sukcesu terapii – zaufanie pacjenta – trudne do osiągnięcia przez zimnego łapiducha.

Któregoś weekendu Grzesio postanowił wleźć na Górę Stołową. Kamienisty, miejscami stromy szlak nie należał do najłatwiejszych. Na szczycie poczęło mżeć, a ciężkie, czarne chmury zwiastowały ulewę, przeto umykał w dół z gibkością kozicy. Na jednym z gładkich, zmoczonych głazów bucik stracił siłę przyczepności obiecaną przez producenta – alpinista-amator runął na plecy, następnie ślizgiem bobsleisty zjechał ze dwa metry. Zatrzymały go dwa kamloty, pomiędzy które wklinowała się z impetem noga. Usłyszał głuchy trzask, bynajmniej nie gałęzi.

Próby przybrania pozycji pionowej spaliły na panewce – kostka rwała, poza tym na złość obrzękła. Ciskając wiąchami, zlany deszczem do suchej nitki, resztę traktu pokonał w interesującej konfiguracji z czterema punktami podparcia: na dłoniach, dupce i prawej nodze. Cudem dotarł do domu, wrzeszcząc w niebogłosy przy wciskaniu sprzęgła.

Upadek z Góry Stołowej

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Złożył modły o zwichnięcie, wszelako otrzymał złamanie. Gips na sześć tygodni; spanie z kończyną na poduszce; kuśtykanie po chałupie o kulach; niemożliwość doniesienia herbatki do stołu (ciężko to uskutecznić kicając); smród niemytej stopy; akrobacje pod prysznicem; przyrost wagi; auto rdzewiejące w garażu (niepodobna prowadzić bez automatycznej skrzyni biegów) – obraz egzystencjalnej tragedii. Później rehabilitacja, utykanie, rozsadzające bóle przy drobnych uderzeniach (człowiek łazi w wiecznym lęku) – pół spapranego roku.

Dalszą historię już znamy: poszkodowani z urazami kostek cieszyli się szczególną opieką ze strony Grzesia. Oprócz rutynowych zaleceń (gira pod sufit, okłady z lodu, bandaż uciskowy, siedzenie na tyłku), dobry doktor przejawiał niespotykane zainteresowanie dolą pokiereszowanych: prowadził ich pod rękę, szeptał poufne wskazówki, klepał po łopatkach, okazjonalnie obejmował. Przyzwoitość powstrzymywała od masażu zdeformowanych stópek. Po prostu: współodczuwał.

Często dumał, że w zasadzie mało pojmuje. Czytanie literatury, uczęszczanie na wykłady, partycypacja w kursach, oglądanie filmów itd. wykształca jedynie zrozumienie, ewentualnie wywoła wzruszenie, epizodycznie zdopinguje do medytacji. Najpiękniejsza eksplikacja, nawet poetycka, nie odzwierciedli jednak ani głębi, ani złożoności danego problemu.

Któż posiada moc wniknięcia w cudze serce? Pozornie niewykonalne zadanie, aczkolwiek osobista empiria pozwala na utożsamienie się z wybranymi emocjami bliźnich. „Wybranymi”, ponieważ reszta nieposmakowanych stanów psychicznych pozostaje w sferze domniemań, zwanych potocznie zrozumieniem.

Aby zaspokoić inteligentne umysły, psycholodzy wymyślili termin „empatia”, definiujący umiejętność wczuwania się w potrzeby i uczucia innych. Krótko mówiąc, kojarzymy na czym sprawa polega, dysponując zgrabną, kompetentnie brzmiącą frazą. Ergo, znowóż coś rozumiemy.

Strona tytułowa magazynu Stowarzyszenia Polskiego w Kapsztadzie - Kapsztad.pl. maj-czerwiec 2015, nr 32Pomiędzy zrozumieniem a empatią istnieje różnica, akademicko wyjaśnialna. Pomiędzy teoretycznie sformułowaną empatią a rzeczywistym zsynchonizowaniem doznań zieje czarna dziura – brama, oddzielająca dwa wszechświaty: empatycznego zachowania (zadbania, pocieszenia, ckliwości itp.) i instynktownej harmonii (postrzegania duszą drugiego człowieka). Klucz do magicznych wrót trzyma identyczne doświadczenie życiowe.

Grzesio może wysłuchać, przyjąć słowa za prawdę, podbudować, lecz stroni od udawadniania, że przeniknął kwestię przez niego niezaznaną. Bierze lekcje pokory.

Politycy nie mają analogicznych dylematów. Notorycznie majstrują coś, rzekomo w imię dobra ogółu, co rzadko kogokolwiek zadawala. Przewidują, doglądają, hołubią, a społeczeństwo apiać zionie gniewem. Dlaczego?! Wszak głoszą, że rozumieją!

Mądrze prawił Sokrates: „Wiem, że nic nie wiem.”.

Tekst opublikowany w magazynie Stowarzyszenia Polskiego w Kapsztadzie – Kapsztad.pl, wydanie maj-czerwiec 2015, nr 32 (138).

Publikacja umieszczona w kategorii FILOZOFIA | Format PDF (0.9 MB) – pobierz tutaj Pobierz publikację Zrozumieć to nie wszystko w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: