Listy do Polski 6: „Najatrakcyjniejsza i darmowa oferta eksportowa z Polski”

Listy do PolskiMoi Rodacy!

Kontynuując rozważania z poprzedniej korespondencji, przejdę do spraw bardziej rozrywkowych, mianowicie przyzwyczajeń.

Środowisko, bezsprzecznie, wpływa na podejmowane dycyzje. Przy inteligentnej polityce otoczenie można zreformować do takiego stopnia, że osobnik pomedytuje i zrezygnuje z powziętych zamiarów. Na przykład, istnieje szansa na odwrócenie trendu ucieczki młodych ludzi poza granice Polski poprzez zaspokojenie ich potrzeb.

Postawienie stopy na ziemi obiecanej zmienia sytuację: dezertera wciąga wir innej realności, zmuszającej do adaptacji. Nowe warunki niekoniecznie ciążą, ponieważ są kongruentne z charakterem oraz oczekiwaniami większości wagabundów. Poza tym, przypomnijmy, emigranci wykreślają fiasko z listy alternatyw, zatem przewalają góry, aby dostąpić integracji z miejscowymi.

Aklimatyzacja modyfikuje zwyczaje, oswaja z wizją ambitniejszych (dalekowzrocznych) planów, ogólnie rozluźnia (nie taki diabeł straszny, jak go malują!). Im dłużej przebywamy wsród obcych, tym ciężej powrócić na swoje, ze względu na pączkujące nawyki.

Niech ten, kto nie ma nałogu, ciśnie we mnie kamlotem! Słodycze, intenet, Facebook, wódeczka, kawusia, siłownia, klocki LEGO, pichcenie, mydlane opery, McDonald, łażenie po sklepach, seks, chirurgia plastyczna, papieroski, gry komputerowe, pielenie w ogródku, smartfonik, obgryzanie paznokci, wąchanie własnych bąków, prasa poranna, msze niedzielne, to, siamto, owamto. Konsumeryzm przekształca ciżby w kompulsywny kłębek.

Zapuszczanie polskich korzeni emigracyjnychSzczepan SadurskiTrudno zatem zanegować zjawisko nabywania pewnych manier w krainach mlekiem i miodem płynących. Krok po kroku, człowiek buduje rutynę, dostosowaną do udogodnień, rosnących zasobów finansowych, lokalnego rytmu życia. Osiada, zapuszcza korzenie, kwitnie, cieszy się – faza wegetacyjna, niewzruszalna przez nawoływanie do patriotyzmu bądź kuszenie reemigracyjnymi inicjatywami rządowymi (zazwyczaj opartymi o demagogiczne gwarancje). Za późno, za mało, zbyt mętnie, panie!

Po dekadzie laby w RPA, odwiedzając familię w Gdyni, poczułem krytyczność przyzwyczajeń na własnej skórze. Oto naczynia uparcie tkwiły brudne w zlewie, nikt nie odkurzył chałupy, śmieci nie zniknęły z kosza, a piesek mamy skomlał o wyprowadzenie. Cóż, ojcowizna nie oferowała taniej siły roboczej w postaci czarnych służących. Należało zdusić przekleństwa, zakasać rękawy, zabrudzić delikatne rączki. Coś podobnego! Biały musi taskać odpadki do zsypu czy paradować z czworonogiem na smyczy! Wstrętne, upokarzające zajęcia!

Nikt przy kasie sklepowej nie spakował foliówek. Nie było też napalonych na pchanie wózka z zakupami do samochodu. Na domiar złego, sam musiałem włożyć torby do bagażnika, niczym jakiś fizyczny.

Podjechałem na stację benzynową. Uchyliłem okienko, przywołałem paluszkiem gościa z kombinezonie obsługi, uśmiechnąłem się przyjaźnie i, podając mu niedbale kluczyk, powiedziałem to, co zwykłem mówić w Afryce: „Do pełna. Proszę też sprawdzić ciśnienie powietrza w oponach oraz wymyć przednią szybę. Tylnej nie trzeba.”. Dobrze, że drzwi miałem zamknięte, bo by mnie facet wywlókł za zewnątrz, skatował, spryskał paliwem, podpalił. Skończyło się na wygrażaniu pięścią pod akompaniament bluzgów. Momentalnie zrozumiałem obowiązki klienta. Przygodna pani nauczyła mnie eksploatacji dystrubutora tudzież kompresora.

Kiedyś zapragnąłem zostać bogaczem, więc obmyśliłem sprytny plan rozprowadzania stabilizatora glebowego w Polsce. Ekonomiczna substancja utwardzała podłoże, zapewniając tańsze rozwiązanie przy konstrukcji fundamentów dróg. Przywlokłem nad Wisłę producenta tegoż środka, z marzeniami o zrewolucjonizowaniu rodzimej infrastruktury komunikacyjnej. Biznesmen, oprócz przejawiania smykałek do interesów, umiał prowadzić auto, bowiem reprezentował RPA jako kierowca wyścigowy.

Handlowa wizyta wymagała pokonania odcinka Żagań-Gdańsk. Obliczyliśmy dystans, wyspaliśmy się, zjedliśmy przednie śniadanko, po czym o dziewiątej rano odpaliliśmy wypożyczone BMW. W najkoszmarniejszych założeniach nie przewidzieliśmy, iż przejazd pięciuset kilometrów zajmie dwanaście godzin! Nic nie pomogło: brawura profesjonalnego szofera, olewanie przepisów, zrezygnowanie z posiłku. Południowoafrykańczyk był wyczerpany bardziej, niż po rajdzie Paryż-Dakar. Przemierzenie analogicznej odległości w RPA pochłonęłoby maksimum pięć godzin (z przerwą na obiad plus fotkami w miejscach widokowych).

„Zaraz, zaraz, propagandzisto!” – zaoponujecie. „Znamy statystyki z terenów, gdzie gnijesz! Gwałt co pół minuty! Zabójstwo co pół godziny! Złodziejstwo co cztery minuty! Domy otoczone drutami pod napięciem, kraty w oknach, broń palna pod poduszką, stado dobermanów dla ochrony! Dziękujemy! Wolimy myć naczynia, pchać wózek z zakupami, pakować foliówki bądź posiedzieć cztery godzinki dłużej w gablocie, ale funkcjonować bez kupy w gaciach! Śmigaj nazad, bo cię czorty ubiją! Co sekundę mordują, szatany!”

Powyższe dane są prawdziwe.

Krzyś sprawił sobie Mercedesa, którego mu zwędzono w parę godzin po opuszczeniu placu pośrednika. Jarek zbierał na wyczynowy rower przez okrągły rok, a szubrawcy rąbnęli. Parę dni temu Marysia usłyszała hałas na stryszku, więc przemogła trwogę i poleciała na zwiady, uzbrojona w kij bejsbolowy. Zaiste, sceny z horroru, przepełnione znerwicowanymi, sfrustrowanymi ludźmi.

Ale Krzysio pojechał na wakacje do Europy, nabył limuzynę w Niemczech, natomiast stracił ją zaraz po przekroczeniu rogatek RP (nierozważnie wyskoczył do kiosku po napój chłodzący, co go kosztowało parę tysięcy euro). Jarek, mój brat, ukrył kolarzówkę w piwnicy wieżowca w Łodzi, czym nie zmylił czujnych rzezimieszków. Marysia mieszka w luksusowej dzielnicy w Anglii – fakt nie zwalniający bynajmniej rezydentów od łażenia po chałupach z siekierami pod pachami, tak na wszelki wypadek.

Przez dwadzieścia pięć lat pobytu w RPA żadna dobra kobieta mnie nie zgwałciła. Nikt mnie nie okradł, nie pobił, nie ukatrupił. Nigdy nie czułem bezpośredniego niebezpieczeństwa – nie noszę choćby gazu łzawiącego w kieszeni, nie wspominając o obrzynie. Po prostu, przytoczone statystyki dotyczą głównie towarzystwa, złożonego z mniej bladych twarzy. Tak czy siak, podwyższony poziom ostrożności jest moją drugą naturą.

No właśnie: „drugą naturą”…

Nie chcę wszczynać pyskówek na temat wyższości jednych warunków nad drugimi, lecz podkreślić wagę nawyków podczas reemigracyjnych kontemplacji. Porównywanie okoliczności zależy od kontekstu, osobistych preferencji, a przede wszystkim od zniekształcających precepcję przyzwyczajeń, których jarzmo niełatwo zrzucić.

Zauważmy: zasymilowałem przezorność, charakterystyczną dla obywateli czarnego lądu (coby uniknąć przypadkowej kuli, ewentualnie dźgnięcia nożem) do granic wykluczających akceptację nienormalności tego stanu rzeczy. Dodatkowo, absencja murzynki ścierającej kurze z półek, lub murzyna wlewającego etylinę do baku, wprowadza mnie w irytację, jakby nastąpiła apokalipsa.

Ciekawym problemów, wytykanych przez Polonię pełną gębą, tę ze stuprocentowego zachodu – USA, Holandii, Szwecji itd. Na ich tle stanowię zapewne obraz cywilizacyjnego wypierdka, naświetlającego gówniane kłoposiątka. Czego im brakuje w Polsce? Podświetlanych od spodu ulic? Dronów kolportujących prasę? Kamer wmontowanych w źrenice oczne?

Podsumowując…

Emigranci, generalnie, kierują się początkowo wizjami, a nie empirią. Inicjatywa wyjazdu generuje postawę „musi się udać”, służącą idealnie już scementowanej ideologii progresywnych nacji.

Następuje przeto wyciek postępu, zakamuflowanego w formie asertywności, wytrwałości, solidności – dlatego kraje rozwinięte otwierają wrota na oścież, zapraszając energicznych do siebie. Nieuchronnie, młodzi odnajdują na zachodzie atmosferę zbieżną z ich temperamentem, ochoczo partycypując w budowie środowiska, będącego natchnieniem dla następnych uchodźców. Jednocześnie szybko przyzwyczajają się do otoczenia, które sowicie wynagradza odwagę.

Nawyki ostatecznie spajają uciekiniera z obcym społeczeństwem. Tutaj leży pies pogrzebany – argumentacja z uzależnionym (krajoholikiem) doprowadza do z góry przegranej szamotaniny, polegającej na dziecinnej licytacji: „My mamy metro, a wy nie!”; „Nie muszę czekać sto lat na endoprotezę stawu biodrowego, a wy musicie!”; „Plazmę funduję rodzinie po tygodniu roboty, a wy po pół roku!”. Powtórzmy: manifestacja dobrobytu wynika z zaaplikowanego zapału i ufności w potencjał wspólnoty, więc sensu stricto ekspatriant reklamuje osobisty optymizm.

Czy myślicie, że gdyby Norwegowie zasuwali konno, to omijalibyśmy Oslo szerokim łukiem? Czy uważacie, że urzędowe okrojenie powierzchni mieszkalnej w Niemczech do dwudziestu metrów kwadratowych na twarz, z równoczesną wymianą asfaltu autostrad na kocie łby, odstraszyłoby ziomków od kicania za Odrę? Czy przypuszczacie, że ograniczenie prędkości ekspresów TGV do stówy na godzinę wzbudziłoby w naszych wstręt do pracy we Francji? Czy twierdzicie, że bandytyzm w slamsach koło Johannesburga zmobilizuje do dania dyla na północ, do zacisznej wsi kaszubskiej?

Oczywiście, NIE.

Czy kiepskie szosy, pokomunistyczne bloki, wolniejszy tabor kolejowy, brudniejsze rzeki itd. wypychają Polaków z ojczyzny? NIE, ale gnojenie przebojowości – TAK.

Nasza najatrakcyjniejsza propozycja dla kontrahentów zagranicznych: wiara w siebie. Eksportujemy ją za darmo, w celu niestrudzonego wzmacniania zapory reemigracyjnej, czyli „czynników środowiskowych” w zamożnych krainach. Wyłapcie nicponi, pozwalających na ten obłęd, przepędzających precz nadzieję narodu!

Już niedługo nabazgrolę cosik o determinantach rodzinnych, definitywnie hamujących powrót w domowe pielesze.

Bardzo za Wami tęsknię!

Grzesio Polak

Listy do Polski 5 - Nikt nie myśli o ucieczce z Polski (z początku) #5 – Nikt nie myśli o ucieczce z Polski (z początku) | #7 – Ostatni gwóźdź do reemigracyjnej trumienki Listy do Polski 7 - Ostatni gwóźdź do reemigracyjnej trumienki

Publikacja umieszczona w kategorii LISTY DO POLSKI | Format PDF (0.5 MB) – pobierz tutaj Pobierz publikację Listy do Polski 6 - Najatrakcyjniejsza i darmowa oferta eksportowa z Polski - w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: