Listy do Polski 7: „Ostatni gwóźdź do reemigracyjnej trumienki”

Listy do PolskiWitam Was ponownie, rodacy!

Mam nadzieję, że troszeczkę przybliżyłem Wam obraz emigranta: zdeterminowanego osobnika, nie lękającego się wyzwań na obcym gruncie, pragnącego zrealizować osobiste marzenia. Nastawienie na zwycięstwo katalizuje solidność, wyrabia przychylną opinię gospodarzy, przyśpiesza integrację. W konsekwencji nasz wędrownik adaptuje kulturowo specyficzne zachowania, po czym systematycznie przywyka do nowej realności.

Interesujący łańcuch zdarzeń, bowiem energia sterująca tkwi w psychice („Nie ustanę w trudzie! Na pewno mi wyjdzie!”), natomiast elementy środowiskowe katalizują efekty. Po prostu, obywatele krajów historycznie progresywnych, poprzez wachlarz mechanizmów (socjalnych, politycznych, ekonomicznych, edukacyjnych, prawdopodobnie genetycznych), doceniają zuchwalstwo, dynamizm i nieugiętość. W tym miejscu obalmy pewne mity o ziomkach, którzy w sprzyjających okolicznościach umieją wykazać bardzo niepolskie cechy: sumienność, pracowitość, innowacyjność, elastyczność. Ba, nawet tolerację rasową, religijną lub seksualną!

Po roztkwitnięciu przyzwyczajeń, w dużej mierze zapobiegających rejteradzie na ojcowiznę, w reemigracyjną trumienkę zostaje wbity gwóźdź ostatni: powiązania rodzinne.

Osiedlamy się gromadnie (cała familia daje dyla), ewentualnie wijemy gniazdka na cudzym drzewie (małżeństwa mieszane) – oba scenariusze w zasadzie skazują na pozostanie za miedzą, a przynajmniej poważnie zawężają pole manewrowe.

Czeladka przeważa szalę – rzadko kto, wychowany na zachodnim luzie, pała chęcią czmychnięcia do Polski. Nasz język też odstrasza, nie będąc przesadnie łatwym, co potwierdzą zwłaszcza użytkownicy miałkiego w brzmieniu angielskiego (po kiego mówić „wypożyczyć”, kiedy funkcjonuje wyraz „rent”, albo gimnastykować wargi słowem „księżyc”, dysponując śpiewnym „moon”?!).

Dzieciaki wymagają wykształcenia, błyskawicznie powiększając kręgi przyjaciół w szkołach. Starzy zasuwają na wywiadówki, poznając innych starych, budując znajomości. Gdy nadejdą dni tęsknoty za bigosem, bzami względnie sopockim molo, pełne wzdychań do powrotu, latorośl protestuje, zazwyczaj łatwo wygrywając. Wszak rodzice zwiali ze wschodu z pragnieniem lepszej przyszłości, zatem nie zrujnują potomstwu perspektyw przeprowadzką wstecz, tym razem do kraju zgoła egzotycznego.

Szantaż pociech nie ma sobie równych, aczkolwiek (po prawdzie) decyzje perswaduje organizacyjny melanż życia. Będąc samotnym ojcem, zagwarantowałem synowi warunki do nieskrępowanego rozwoju: przednia edukacja, wspaniałe wakacje, zajęcia sportowe podług widzimisię, wypady z kolegami do kina, przejażdżki w weekendy, prywatne ubezpieczenie medyczne, dozór na czas moich dyżurów w szpitalu – harmonogram, wymagający nakładów finansowych, podpisania umów, zatrudnienia niańki.

Obserwowałem jego radość, co cieszyło serce (trudno pobić luksus południowoafrykańskiego kolonializmu). Dobra pensja, nie przeczę, czyniła egzystencję wygodną. Zmiana rutyny na polską wpędziłaby chłopaka w depresję, zaś mnie w logistyczny galimatias.

Obecność partnera dodatkowo modyfikuje zamiary, szczególnie w związkach międzynarodowych.

Zazdroszczę super dobranym parom, w których on i ona dostrzegają kwintesencję wzajemnego, niesamolubnego wsparcia. Dla nich nie lokalizacja, a obopólne szczęście stanowi problem nadrzędny. Wegetują w symbiotycznym błogostanie, krocząc przez padół ziemski ramię w ramię, nie znając w ogóle definicji kompromisu (ponieważ kompromis oznaczałby rezygnację jednej ze stron z czegoś – wariant nieakceptowalny dla współistniejącego tandemu). Na czterdziestym piętrze manhattańskiego drapacza chmur, w chatce we wsi szwajcarskiej, na parterze bloku w Kutnie, w iglo – wszędzie doświadczają identycznego spełnienia.

Emigracja na Arktykę

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Przejdźmy do dziewięćdziesięciu paru procent standardowych małżeństw, opartych na ustępstwach. Pertraktują każdy krok w toku długich, nocnych dyskusji, wyłuskując argumenty za i przeciw, dowodząc indywidualnych racji, często doprowadzając do rozdźwięków, okazjonalnie do mordobicia. Ktoś musi skapitulować, wyrzucając własne potrzeby na śmietnik.

No dobrze, stonujmy moje jakże bezpardonowe wiwisekcje. Na początku, kiedy emocje zaczadzają długoplanowe myślenie, wybory miejsca pobytu nie napotykają kategorycznego oporu. Miłość wygłusza dotychczasowe ambicje (niepoprawnie zwane egoizmem), zatem króluje czysta praktyczność: lecimy tam, gdzie oferują więcej kasy, w nadziei dostatniejszego bytu. Jeżeli on zaklepie świetną posadę w, powiedzmy, Hamm w Niemczech, wówczas pakujemy manatki i grzejemy do Hamm w Niemczech. Wspaniały – wręcz przygodowy – etap partnerstwa, dopóki trwa.

Wraz w wyczerpaniem zapasów hormonalnych, uczucia nieuchronnie bledną. Czar pryska, rozwierając wnętrze duszy, a zapomniane aspiracje, skłonności i pasje ponownie kołaczą po głowie: „Zaraz, chwileczkę… Przecież chciałam to, tamto, siamto… Gdzie jestem?! Co tutaj w ogóle porabiam?!”.

Za późno! Wokół grasuje banda milusińskich, szwargoczących po niemiecku (albo szwedzku, albo w Swahili); za przepierzeniem mężczyzna, zarabiający na wikt i opierunek; w popołudniwych planach wizyta u teściów, serwujących niedogotowane ziemniaczki z majonezem zamiast pierożków. Nie można hycnąć na Polski Bus i pojechać tam, gdzie autentyczne namiętności ciągną.

W rozważaniach nie przeoczmy powinowatych, pozostawionych nad Wisłą.

Napomknijmy krótko o bidakach, którzy niekoniecznie uciekają z kraju, lecz od domowej dysfunkcji (dyktatorstwa, alkoholizmu, molestowania, kazirodztwa, zamęczania, alternatywnych patologii). Nie posiadają kąta, do którego mogliby się wycofać. Nieznana im protekcja lub porady najbliższych. Nigdy nie zaznają siły magnesu rodzinnego, sugerującego rewizję opinii co do ojczyzny.

Większości jednak brakuje bezpośredniego kontaktu ze starymi, bratem, siostrą, kuzynostwem. W miarę upływu lat zażyłości więdną, doniosłość familijnej presji słabnie, Skype zastępuje styczność twarzą w twarz (proponując w zamian gadanie do ekranów, niczym z astronautami w kosmosie). Absolutnie, cuda techniki ułatwiły komunikację, jednakże niebezpiecznie podważyły istotę przebywania w kupie.

Na przykład, elektroniczna substytucja rytuału naparzenia mamusi herbatki jest niemożliwa. Zamknijmy oczy i wyobraźmy sobie poszczególne etapy niby pospolitej czynności – propozycję, krzątaninę w kuchni, pogaduszki przez ścianę. Poczujmy miękkość fotela, zapach mieszkania, ciepło matczynego uśmiechu. Uchodźca przehandlowuje miliony podobnych momentów za przysłowiowy dostatek, szukając potem zadośćuczynienia na łączach – przedsięwzięcie jeno symulujące normalność. Rozumiecie, wirtualne wigibasy rozcieńczają intensywność fizycznej interakcji, eliminując poważniejszy wpływ rodzica na cokolwiek. Cóż, wynik kiełbaszenia efektywności internetu ze zbliżeniem międzyludzkim.

Sukcesywnie docieram do ostatniego punktu z mojej listy czynników, zawiadujących zamysłami reemigracyjnymi: ciśnienia emocjonalnego. Zanim do tego przejdę, pozwólcie na przedstawienie ciekawej obserwacji…

Rodzina to nie tylko krewni, ale (w szerszym pojęciu) swojska wspólnota. Rzesze rodaków w Anglii formują polskie dzielnice (niedługo zakreślą odrębne województwo), stawiają polskie sklepy z polskim asortymentem, zakładają polskie firmy, pytlują po polsku na ulicach, skrzykują polskie uroczystości, wymachują morzem polskich flag na tłumnych polskich pochodach w centrum Londynu itd. Inwazja Lachów, panie, bez osłony ogniowej! Bezkrwawe poszerzanie obszaru RP!

W rezultacie, na archipelagu o geograficznej nazwie United Kingdom, tworzą gigantyczną enklawę. Zaludnieniem powoli przerastają populację Irlandii Północnej, znanej poniekąd z rozruchów przeciwko administracji brytyjskiej. Rozwój wypadków powinien niepokoić tamtejszy rząd, ponieważ wkrótce, na tle naszych roszczeń, rozboje Irladczyków będą wyglądać jak rzucanie śnieżkami w zimie. Na marginesie, z Irlandczykami idzie ponegocjować po angielsku, natomiast z ziomami nie da rady.

Pryśnięcie do Anglii traci więc kaliber emigracji. Świeży narybek wkracza w znajome towarzystwo, śmiga na zakupy do polskiego geszeftu, wcina polskie jedzenie, haruje dla Polaka, pije na polskich imprezach, zasuwa po polsku non stop. Jedyna aberracja to rozliczanie w funtach. Współczesny uciekinier w niczym nie przypomina przesiedleńca z prawdziwego zdarzenia, bowiem sensu stricto wyjeżdża z Polski do Polski: zbyteczną odwaga, samozaparcie, nauka języka!

Dlatego widzimy autokary, przepełnione wszelaką już ciżbą, rwące do Polish United Kingdom co godzinę.

Samonapędzająca się emigracja… Paradoks, uwydatniający ponownie wagę narodowej spójności. Czyż nie prościej wykreować wyśnioną rzeczywistość na swoim terenie, pospołu?!

Reasumując, aspekty rodzinne gmatwają sprawy. Dokumentnie. A rozwody? Eh…

Ściskam Was wszystkich naraz!

Grzesio Polak

Listy do Polski 6 - Najatrakcyjniejsza i darmowa oferta eksportowa z Polski #6 – Najatrakcyjniejsza i darmowa oferta eksportowa z Polski | #8 – Emigranci to najwięksi patrioci Listy do Polski 8 - Emigranci to najwięksi patrioci

Publikacja umieszczona w kategorii LISTY DO POLSKI | Format PDF (0.6 MB) – pobierz tutaj Pobierz publikację Listy do Polski 7 - Ostatni gwóźdź do reemigracyjnej trumienki - w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

4 Responses to Listy do Polski 7: „Ostatni gwóźdź do reemigracyjnej trumienki”

  1. dee4di says:

    Interesujące. Mieszkam w UK 17 lat i poznałam rożne aspekty „polskości” do takiego stopnia, że przez lat 4 z żadnymi rodakami ( poza mężem ) nic wspólnego mieć nie chciałam. Teraz trochę mi przeszło. Masz masę racji w tym, co piszesz, ale na szczęście są wyjątki. Myślę, że polska emigracja też przechodzi metamorfozę, ale co z tego wyjdzie? Zobaczymy

    • Dziękuję za komentarz.

      Oczywiście, ile polskich emigrantów, tyle historii życia ludzkiego. Poza tym czasy się zmieniają. Moją naczelną misją jest zbliżenie Polonii oraz rodaków nad Wisłą, czyli zmiana percepcji terminu „emigracja” z „rozłąki na zawsze” na „przelotne rozstanie”. Dlatego przechodzę, systematycznie, przez wszystkie czynniki które, przynajmniej z mojego punktu widzenia, hamują powrót do kraju – pragnę przez to uzmysłowić sferom wyższym jak trudno nam reemigrować, a co za tym idzie jak istotnym jest zatrzymanie drenażu potencjału ludzkiego z Polski (profilaktyka jest łatwiejsza niż leczenie).

      Pozdrawiam serdecznie – wciąż z RPA :)

      • dee4di says:

        10 lat temu próbowaliśmy wrócić, spędziliśmy nawet rok na polskiej ziemi i mieliśmy naprawde dobre chęci, ale przerosła nas polska biurokracja. Wróciliśmy do Anglii. Teraz wiemy, że nie wrócimy, choć czasem mi szkoda mojego Krakowa.

        Bardzo piękną masz misję i dlatego chciałabym zapytać czy ty planujesz wrócić ?

      • Bardzo chciałbym wrócić. Pierwsza próba spełzła na wydaniu masy pieniędzy i zderzeniu właśnie z polską biurokracją, a raczej regulacjami. Trudno wrócić, gdy kwestia pracy w profesji nagle okazała się problematyczna, wymagająca zdecydowanie większego wysiłku, niż przypuszczałem.

        Krakowa bardzo byłoby mi szkoda… Mieszkałem w Gdyni, kocham Trójmiasto. Będę walczył dalej (dziwnie to brzmi: walczyć o powrót do kraju ojczystego; łatwiej było wyemigrować na koniec świata).

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: