Listy do Polski 10: „Polska najatrakcyjniejszym krajem na świecie!”

Listy do PolskiWitam Was ponownie, kochani!

Lecimy z obiecanym planem akcji!

Typowo, aby myśl ciałem się stała, trzeba wyodrębnić trzy węzłowe elementy:

  1. Co?
  2. Po co?
  3. Jak?

Dziecinada niczym skonsumowanie ciasteczka z kremem! Poniżej płody moich deliberacji.

A. Co?

Jakikolwiek projekt spali na panewce bez przesłania.

Stworzyć Polskę, która będzie najatrakcyjniejszym krajem na świecie!

Dla paszkilantów, gotowych dać upust ciętemu językowi, przygotowałem oświadczenie. Nie wyobrażam sobie Polaka, nie potrafiącego utożsamić się z ekscytującą wizją, niechybnie bliską milionom serc, więc proszę o złożenie autografu:

Deklaracja tumiwisizmu

Ja, __________________________, niniejszym anonsuję personalną impotencję patriotyczną, niedołęstwo komunalne, repulsję do wzniosłych orędzi, ogólną rachityczność na terenie RP. Informuję, że moim powołaniem jest promocja drętwoty i drwin, zaś marzeniem przeprofilowanie Polski na europejską arenę gry w paintball. Jednocześnie podkreślam swoją integralność (nie należę do hipokrytów!), przeto wyrażam dyspozycyjność co do przesiedlenia mnie do dowolnego państwa (Indii, Czadu, Somalii, Kuby itp.), gdzie zaznam odrodzenia zaangażowania społecznego.

Z wyrazami obrzydzenia,

____________________________
(podpis)

Ktokolwiek szydzący z idei zestrojenia narodowego jest źródłem rozbicia.

Dla zdrowych umysłowo, widzących w krótkim manifeście odzwierciedlenie wewnętrznych potrzeb, sugeruję nie popadać w rozwlekłe analizy. Zryw jest zrywem, nie pogadanką na temat opcji w obrębie sztucznie skleconych systemów (finansowych, politycznych, religijnych).

Populiści, amatorzy „drugiej Japonii” czy „drugiej Norwegii”, wysysają z nas poczucie autentyzmu, jakbyśmy nie umieli wykombinować szczęścia bez azjatyckiej, względnie skandynawskiej, matrycy. Nie postulują „drugiej Polski”, prawdopodobnie wskutek kompleksu niższości, czym zarazili resztę elektoratu.

Spontaniczny odzew na motto „Stwórzmy Polskę, która będzie najatrakcyjniejszym krajem na świecie!” świadczy o normalności: „No to jazda z tym koksem!”, „Poszły konie po betonie!” etc. Nic nie ryzykujemy, przyklaskując kongruentnemu z głosem duszy hasłu.

B. Po co?

Wykrzykiwanie sloganów dla szyku, zaniedbując głębsze wyjaśnienia, świadczy o zapędach dyktatorskich. Pamiętamy transparenty z zaprzeszłych pochodów pierwszomajowych: „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!”. Tylko co to jest „połączenie proletariuszy”? Dlaczego w ogóle proletariusze ulegać fuzji? Jak porachować ilość połączeń proletariackich? Co wyniknie z takich połączeń?

„Czemu tworzyć najatrakcyjniejszą Polskę, kiedy nieopodal leżą rewelacyjne Niemcy, gdzie nietrudno pojechać autostopem?” – palnie rubasznik. Nie zada sobie pokrewnego pytania: „Dlaczego budować chałupę, skoro za płotem mieszka Kowalski w okazałej willi, oferujący łóżeczko w piwnicy za półdarmo?”.

Emocjonalne przyczyny chrapki na progres wyrecytujemy hurtem, lecz prawidłowo sformułowana misja (po co?) precyzuje zmierzalny, pożyteczny cel. Inaczej nie ocenimy efektywności podjętej batalii.

Wyznacznikiem tryumfu byłby następujący wynik (streszczenie argumentów, zawartych w mojej dotychczasowej korespondencji):

Aby powstrzymać falę emigracyjną, oraz aby jak najwięcej Polaków
przyjechało z powrotem do ojczyzny.

  • Bez poskromienia procesu wyludniania nic nie wskóramy.

Majstrowanie przy determinantach typowo ekonomicznych (PKB, infrastruktura, zakupy licencji) bądź pokazowych (organizowanie mistrzostw Euro) przypomina pucowanie zepsutego grata z intencją zatuszowania konieczności generalnego remontu. Nowiutkie lusterka wsteczne plus wyglancowane zderzaki nie skuszą nabywcy: silnik wciąż zdezelowany, zawieszenie oberwane, konie przyciągnęły wóz na plac sprzedaży! Kot w worku, a nie przydatna limuzyna!

  • Skupiamy uwagę na NAS, kwintesencji powodzenia.

Podniecając się notowaniami na giełdzie warszawskiej i kursem wymiany złotówki zbaczamy z toru, studiując sentyment inwestorów, nie ziomków. Chodzi o inicjację reform od korzeni – nie od liści. Maklerskie wskaźniki automatycznie wystrzelą w górę wraz z rosnącym zadowoleniem obywateli, jednakże zadowolenie obywateli nie drgnie po oderwanym, zwykle manipulowanym, skoku akcji.

Wizja i misja funkcjonują w symbiozie, katalizując jedna drugą: im nas więcej w kupie, tym lepsza Polska; im lepsza Polska, tym nas więcej w kupie. „Lepsza Polska” ilustruje życzenie do zrealizowania, zaś „ilość w kupie” sonduje wydajność realizacji.

C. Jak?

Uwielbiam filozofię, roztrzaskującą w pył schematy poglądowe, unoszącą poszukiwacza ponad zagoniony tłum, ukazującą ordynarne sprzeczności, ofiarującą ukojenie w przeświadczeniu o marności konsumpcjonizmu. Cenię potęgę psychiki, modelującej zapał, zawiadującej pasją, przekszałcającej zgnębionego w zwycięzcę. Popieram nieskrępowaną fantazję, skarbnicę innowacyjności.

Pomimo częstych odurzeń w medytacyjnych oparach, śmiem się nazywać pragmatykiem. Którekolwiek stwierdzenie z poprzedniego paragrafu jest logiczne. Mało tego, moje piękne wizja z misją są logiczne. Sama logiczność nie zastąpi jednak realnej manifestacji koncepcji. Nie wyznaję sztuki dla sztuki – jałowego hobby, polegającego na wygłaszaniu racji ku narcystycznej satysfakcji.

Dotarliśmy do meritum sprawy: jak stworzyć najatrakcyjniejszą krainę na świecie? Jak powstrzymać rejteradę na zachód oraz sprawić, by zesłańcy dobrnęli nad Wisłę?

Reprezentuję przekonanie, że główną zaporą zbawiennych przemian stanowi nasza mentalność, której zmiana wygląda na syzyfowe zadanie.

Orędowanie

Nawoływanie do patriotycznej reorientacji pachnie dogmatycznym baletem, którego nie znosimy. Po prostu, plejada wodzirejów nadwątlała zaufanie mas przez dekady: przyrzekali miód, dysponując wyłącznie margaryną do dystrybucji. Szydło wyszło z wora, lecz liderzy uparcie wciskali kit, żonglując wymówkami, obwiniając enigmatyczne konteksty, zamęczając ludzi na śmierć. Kłamstwo ma krótkie nogi, natomiast długie konsekwencje.

Sęk w podejściu, wcześniej już skrytykowanym: żądanie posłuszeństwa, dyndając świecidełkami na przynętę; mamienie faktorami rynkowymi, niby oszacowującymi kolektywność (podczas gdy zbiorowo zwiewamy, gdzie oczy poniosą).

Natchnienie

Oblałbym się rumieńcem dumy, gdyby paru czytelników znalazło inspirację w moich wywodach. Zaiste, każdy z nas może zaadoptować konstruktywne maniery, wpływając na innych. Nie sterczmy przed telewizorem, ale zróbmy cokolwiek wydajnego – ja dokładam starań, przelewając myśli na papier (w zasadzie na ekran). Najmniejszy gest ma znaczenie. „Zośka! Od jutra z grzecznością do sąsiadów, bo Grzesio każe! Ponoć będzie lepiej, kiedy przestaniemy rzucać na nich kurwami! Oni też wtedy nabiorą kindersztuby – łańcuchowa reakcja! Po kilku tygodniach takiej etykiety zawita przepych w całym kraju!”.

Konsultacja

Mógłbym ograniczyć fatygę do doradztwa.

Na przykład, świetna strategia na osłodzenie stosunku rodaków w Polsce do rodaków poza Polską (i vice versa) opiera się na eliminacji (przynajmniej mocnej redukcji) obiegu słów, konotujących separację: emigrant (emigracja), reemigrant (reemigracja), imigrant (imigracja), uchodźca (uchodźstwo), przesiedleniec (przesiedlić), ekspatriant, repatriant, uciekinier itd. Pozornie błaha korekta, wszelako rokująca doniosłe implikacje.

Mówiąc „emigrant”, podświadomość rejestruje epizod wyjazdu „na zawsze”, przekwalifikowując człowieka ze swojaka na pseudoswojaka (mniej-niż-swojaka), nawet po miesięcznym pobycie w Berlinie. Odruch, odziedziczony z dziada pradziada w toku setek okupacji, rozbiorów bądź podobnych prób zagłady naszego państwa (współczesna okupacja przyodziała szatki wykupacji). Słysząc wymienione określenia czuję się banitą, skazanym na dożywocie w murzyńskim gronie, za murem fortyfikowanym wygnańczymi etykietami.

Kocham Polskę!

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Tymczasem Anglicy, moszczący gniazdka poza Anglią, utylizują zwrot „we have moved”, co w bezpośrednim tłumaczeniu oznacza „przemieściliśmy się”. Obcowałem z nimi latami i wiem na bank, że wyrażenie „we have moved” jest neutralne z punktu widzenia emocji odłączenia od brytyjczyków na wyspach. Prawdopodobnie przyzwyczajenie z epoki kolonializmu: bawili gromadnie tudzież przeciągle tu czy tam, w konsekwencji strząsając syndrom nieodwołalnej dezercji. Tym samym traktują siebie jak pobratymców, nie zważając na położenie geograficzne, a na powrót w rodzime strony patrzą bez rozgorączkowania. Ot, decydują przy herbatce o lokalizacji, z ekscytacją równą kaprysom przy wyborze pasty do zębów.

Nie trzeba iść w ich ślady, to znaczy nie musimy ujarzmiać afrykańskich wiosek, by zaaklimatyzować jakże korzystny światopogląd. Modyfikacja codziennej frazeologii rozpocznie trend wykorzeniania archaicznych postaw:

  • „Polonia amerykańska” na „Polacy w USA”;
  • „emigrant” na „Polak za granicą”;
  • „reemigracja” na „przyjazd do domu”;
  • „przesiedlenie do Francji” na „przebywanie we Francji”.

(Spostrzegam z radością, iż poniektórzy publicyści zweryfikowali terminologię.)

Akcentujemy przelotność rozstania, równorzędność wszystkich Polaków, jedność pomiędzy nami. Kropla w oceanie idei, uzdatniająca komitywę z rozsianymi po globie tułaczami. Liczba naszych na ziemiach obcych, według statystyk Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, wynosi osiemnaście milionów, co równa się populacji Holandii (ewentualnie Norwegii, Finlandii i Danii razem), więc gaworzymy o nie bylejakim zbliżeniu.

Cóż z mojego kwilenia? Przecież portal GrzesioPolak.com nie pokona Wirtualnej Polski we frekwencji wizyt czy Wyborczej w ilości odbiorców. Integracja wspaniałego, patriotycznego żargonu przez mnie odziaływuje z impetem pierdnięcia myszki w burzy piaskowej.

Zatem potrzeba pomocy czynników wyższych.

Ostateczna odpowiedź na pytanie „Jak?” brzmi:

Uruchamiając mechanizm państwowy, hamujący odpływ potencjału ludzkiego
poprzez wskrzeszenie scalenia społecznego i tożsamości narodowej.

Erudycyjne mrzonki? Nie przesadzajmy: koncept modernizacji slangu emigracyjnego – jedna z setek recept na rehabilitację nastrojów – wymaga zaledwie szerszego poparcia mass mediów.

Nieziszczona wola ludu grozi rewolucją: gonimy po ulicach, demolujemy sklepy pod ciśnieniem strumieni armatek wodnych, ciskami w czołgi cegłami, po przepychankach podpisujemy rozejm – kolejną litanię obiecanek cacanek, czyli wykaz ustępstw rządowych. Atoli ja walczę o synergię władz z narodem – nie kompromis.

Finałowa konkretyzacja rozwiązania w następnym liście – tym razem otwartym, do… Pana Prezydenta RP. Idziem na sam szczyt!

Pa pa, pocałunków sto dwa!

Grzesio Polak

Listy do Polski 9 - Czy interesuje nas istnienie Polski? #9 – Czy interesuje nas istnienie Polski? | #11 – List otwarty do Prezydenta RP Listy do Polski 11 - List otwarty do Prezydenta RP

Publikacja umieszczona w kategorii LISTY DO POLSKI | Format PDF (0.7 MB) – pobierz tutaj Pobierz publikację Listy do Polski 10 - Polska najatrakcyjniejszym krajem na świecie! - w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: