Gdy marzenie jest celem (Część I)

Gdy marzenie jest celem– Mam tego dosyć! Co minutę brakuje wody, więc muszę myć ręce przed zabiegami pod strumieniem z butelek. Prąd wyłączają bezustannie. Generator zasila szpital, ale nie kwatery lekarskie. Czy wyobrażasz sobie doktora, sterczącego wieczorami przy świeczce, biorącego kąpiel nad wiaderkiem?! Ani herbaty, ani gorącego posiłku, ani możliwości spłukania ubikacji! Tyram przez dziesięć godzin dziennie plus robię siedem morderczych dyżurów na miesiąc, za co fundują mi wegetację pustelnika! Lawiny brudnych pacjentów, głupiej gazy czy rękawiczek nie uświadczysz, wszędzie smród, syf i AIDS! W dodatku przez murzyńską wiochę nie idzie przejechać samochodem, w sklepach sprzedają gówno zamiast jedzenia, do najbliższego miasta ponad dwieście kilometrów! Jestem wykończony tym burdelem!

Krzysio urwał cierpiętniczy monolog, aby zaciągnąć się papierosem, westchnąć, popić whiskaczem. Oklapł na oparcie fotela.

Grzesio rozumiał frustracje nieszczęśnika, kiblującego w peryferyjnej dziurze w Kwazulu-Natal – prowincji słynnej z korupcji, kumoterstwa, tragicznego poziomu opieki medycznej, generalnego bajzlu administracyjnego. (Przyjdzie pora na opisanie szczegółów w obszerniejszej publikacji.)

Tymczasem na lico Krzysia zawitała nagle błogość. Z przumrużonymi oczami, tonem prawie ckliwym, począł spowiedź z głębi serca.

– Wychowałem syna, urządziłem dom w Polsce, uciułałem trochę oszczędności – nie potrzebuję harować niczym wół na roli. Po cholerę zarywać sobie nerwy? Powiem tobie, że na ostatnie lata pracy w RPA, śnię o niewielkiej klinice w małym miasteczku portowym… Nabyłbym oldtimera – albo BMW 1800 Alpinę, albo Merca 280 SL Pagodę. Eh, wyremontowałbym autko na cacko, zaś w weekendy przejażdżki spacerkiem! Wiesz, popołudniami chodziłbym do ulubionej knajpki na piwko, skąd obserwowałbym kutry rybackie wpływające do portu. Zakupiłbym świeżych rybek – prosto z morza! Przeszedłbym się po sklepikach, zagadał znajomych kramarzy, dorwał książeczkę z przeceny, poczytał w spokoju… Wynająłbym przytulne mieszkanko – nic nadzwyczajnego, w miarę wygodne, stosunkowo przestronne, z werandą… Pensja nie grałaby roli, gdyby nadeszła szansa funkcjonowania w normalności… Oto moje marzenie, Grzesiu. Marzenie ściętej głowy – jego głos stracił poetyczne zabarwienie, nabierając impetu – bowiem nie znajdziesz podobnych okolic w tym zasranym państwie!

Powyższe słowa Grzesio zarejestrował na wieczność. Pragnienia przyjaciół były dla niego świętością – malujowały najautentyczniejszy obraz drugiego człowieka, coś w rodzaju wizytówki duszy. Straszny defekt – niepamięć twarzy oraz imion – nadrabiał talentem reprodukcji odległych komentarzy przeróżnych ludzi. Strach było cokolwiek przy Grzesiu oznajmić, ponieważ mimowolnie zapisywał każdą literkę w mózgu ze sprawnością komputera. Nie potrafił powiązać osoby z imieniem (wyrazem wytęsknionym przez rozmówcę), za to wyrecytował kupę trywialnych nowinek, które ta osoba zakomunikowała dekadę wcześniej, a o których wszyscy zapomnieli na amen. Smykałka, na mur pożyteczna w aparatach szpiegowskich, nie zdawała się przysparzać popularności w kręgach towarzyskich.

Pewnego dnia szefowa wydelegowała go na spotkanie do szpitala, oddalonego o pięćdziesiąt kilometrów od Kapsztadu. Nasiadówka dotyczyła śmiertelności okołoporodowej tamtejszego oddziału położniczego. Nie pomogły wymówki, dowody przeładowania robotą kliniczną, żebranina, smutna minka – rozkaz był nieodwołalny. Nachmurzony, stąpając ostentacyjnie, opuścił gabinet upierdliwej profesorki. Kobieta posiadała wyjątkowe zdolności dezorganizacyjne, zwalając dziwaczne zadania (jej własne obowiązki!) na kark w najbardziej niedopowiednich chwilach.

Rozpogodził się jednak po drodze. Szosa wiodła przez łańcuch górski Półwyspu Kapsztadzkiego, oferując zapierające dech widoki i rozprężając zalatany umysł. Oto jak spędzali czas zwierzchnicy: na wycieczkach krajoznawczych, podczas gdy młodzi pokutowali, unurzani po łokcie we krwi poszkodowanych! Kto wytłumaczy bezsens trenowania tysięcy konsultantów, którzy potem, zamiast operować, śmigali terenowymi limuzynami po przełęczach?!

Dotarł na miejsce zrelaksowany, uśmiechnięty od ucha do ucha. Odszukał główne drzwi z łatwością, ponieważ ośrodek należał do niepokaźnych. Od strzału uderzyła go atmosfera bezruchu: na ławczkach maciupkiej poczekalni siedziało dwóch klientów; korytarze świeciły pustkami; w powietrzu wisiała cisza. Sceneria żywcem z obiektu po ogłoszeniu alarmu atomowego.

Spokojny, idealny szpital

Uczestnicy zebrania, nader wyluzowani, pałaszowali kanapeczki, ciasteczka, skrzydełka kurczaczków bądź aranżacje kulinarne na patyczkach – asortyment, serwowany kopami na tacach. Wybór napojów uwzględniał herbatki (ziołową, zwykłą i bezkofeinową), kawusię (dwa gatunki), soczki (parę smaków), jogurt, wodę mineralną, wino bezalkoholowe. Towarzystwo rozpostarło członki na przepastnych kanapach, ustawionych pod ścianami. Pobrzmiewała muzyczka house. Pomieszczenia nie wyposażono w akcesoria typowo konferencyjne (krzesła, stół, ekran, rzutnik), natomiast zadbano o puszyste taborety-podnóżki, porozrzucane chaotycznie pośród drewnianych stolików okolicznościowych.

Miał wrażenie, że pomylił budynki, trafiając przez przypadek do hotelu, lecz rozpoznał ordynatora kliniki uniwersyteckiej, wciśniętego pomiędzy parkę fajnych pielęgniarek. Gaworzyli, trącając się delikatnie łokciami, co rusz wybuchając rechotem.

Zapełnił talerzyk po brzegi przekąskami, klapnął na miękkie poduchy, po czym z zaciekawieniem wypatrywał rozwoju wydarzeń.

Po kwadransie bankietowania usłyszał brzęk: ktoś stukał łyżeczką o filiżankę. Czyżby wznoszono toast? Póki co nie. Salonowy sygnał otwierał obrady, co zaanonsowała gościom elegancko przyodziana niewiasta. Przedstawiła się jako położna, so osłupiło Grzesia doszczętnie, bo tak tryskającej sympatycznością i powabem akuszerki jeszcze nie widział. Był przyzwyczajony do zestresowanego tudzież muskularnego personelu porodówek, wyszczekującego agresywne polecenia, a nie kandydatek na gwiazdy filmowe o jedwabistym głosie.

Seksbomba odczytała statystyki z karteczki, omamiając męskie grono okazjonalnym machnięciem bioder. Obcisła, przkrótka sukienka pozwalała skupić uwagę słuchaczy na super zgrabnych nogach. Od niechcenia dotykała wisorka na wydekoltowanej szyjce, wzmagając napięcie.

Prezentacja trwała pięć minutek: czterdzieści trzy noworodki przyszły na świat w zeszłym miesiącu; nikt nie umarł; skonsultowano dwieście brzemiennych w poradni; ze sto powikłanych ciąży odprawiono do centrów specjalistycznych; to, siamto, owamto.

Wymruczano zadowolenia, delikatnie zaklaskano, wznowiono biesiadę.

Porwał dokument wyszczególniający liczby mniemając, że doznał halucynacji. Dane urągały południowoafrykańskim standardom – toż przeciętna przychodnia położnicza była pięciokrotnie bardziej obciążona! Czterdzieści trzy porody na miesiąc?! W grzesiowym szpitalu tyle przerabiano przez półtora dnia! Zero zgonów, komplikacji, wcześniaków, zdeformowanych płodów, innych okropności?! Jakim cudem państwowa jednostka unikała najgorszych skutków króliczej prokreacji?

Zagadał lokalną lekarkę o detale. Oto jej relacja w skrócie: z reguły finalizują rutynową krzątaninę około jedenastej, by później demokratycznie ustalić, kto pełni straż do przepisowej godziny czwartej; przyjmują około dziesięciu nowych pacjentów na dobę, aczkolwiek zdecydowanie mniej w weekendy; sala operacyjna nie działa, zatem karetki nie targają do nich ostrych brzuchów, otwartych złamań, poważniejszych ran lub pokrewnych pasztetów; wachty nocne pełnią z domów, to znaczy siostry wzywają do cięższych przypadków – na przykład, w zeszły sobotnio-niedzielny dyżur została pogoniona aż do pięciu chorych; resztę dupereli (grypki, zwichnięcia, skaleczenia, wysypki, biegunki itd.) załatwiają piguły pospołu z gipsiarzami.

Zapytał, co porabiają po jedenastej, po „sfinalizowaniu rutynowej krzątaniny”? W odpowiedzi zachichotała i mrugnęła oczkiem.

Kuł żelazo póki gorące. Podejrzewał, że lider tej mekki rozpusty nie będzie przesadnie zajęty, wobec czego – bez podejmowania starań o rezerwację terminu oficjalnej audiencji – pognał do dyrektorskiego pokoju. Zapukał, wychwycił słumione „Come in!”, wlazł do środka. Miał rację: herszt spoczywał na skórzanym, ogromnym, obrotowym tronie, podziwiając krajobraz za oknem. Gwoli pełniejszego rozluźnienia splótł dłonie pod głową oraz zarzucił nóżkę na nóżkę. Nie zmienił aranżacji ciała, jeno łypał łobuzersko w kierunku intruza. Jego ubiór uzupełniał wszechobecną swawolność: dżinsy, rozpięta koszulka w dyskretne paseczki, klapki na bosych stópkach, rzemienna bransoletka dla fantazji.

Po kurtuazyjnych powitaniach okazało się, że facet znał Grzesia z krążących po medycznym świecie gawęd (dzięki bogu pochlebnych). Szczwany Grzesio, wykorzystując przyjazny klimat, natychmiast zasięgnął języka w kwestii wolnych posad. Otrzymał wieści lepsze, niż najśmielsza wyobraźnia podsuwała: kwartał temu ogłosili etat, jednakże żaden bohater nie reflektował; polują na lekarza raczej starszego, lubiejącego harmonię życia z dala od zgiełku metropolii; nie roporządzają kwaterami rządowymi, ale zaklepią zwrot za paliwo, a nawet rabat w klubie squasha.

Grzesio nie pojmował, dlaczego instytucja, którą może obsłużyć jeden kulawy znachor, zabiega o ekstra siłę roboczą. Zasadniczo nic nie pojmował. Pominął więc impertynencką wścibskość i, wstrzymując oddech, zaproponował Krzysia jako adekwatnego kandydata. Opatrzność nie szczędziła dobrej passy: pryncypał przyrzekł nie tylko zatrudnienie dla kolegi, ale i transfer, czyli translokację dotychczasowych dochodów razem z pokryciem kosztów przeprowadzki! Pod koniec mrugnął oczkiem.

Koniec świata, czyli RPA

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Każdy „tamtejszy” mrugał oczkiem. Bawiąc w raju na zapleczu piekła, trudno o powstrzymanie mrugania oczkiem.

Czytaj dalej: Część II Odsłona 73 - Gdy marzenie jest celem - Część II

Publikacja umieszczona w kategorii MIGAWKI | Format PDF (4.0 MB) – 2 części Pobierz 2 części publikacji Gdy marzenie jest celem w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: