Bić albo nie bić? (Część I)

Bić albo nie bić?

Grzesio został niedawno zamieszany w wirtualną awanturę blogowiczów. Poszło o kary cielesne dla dzieci. Gdyby nie separacja polemistów internetowymi kablami, doszłoby niechybnie do mordobicia z rozlewem krwi.

Wścibił nos w zażartą dyskusję ponieważ zauważył (o zgrozo!), że istnieją ludzie popierający grzmocenie malusińskich celem „wpojenia moresu”, „zdyscyplinowania”, „przykręcenia śruby” itd. Wychwalano klapsy, podobno nieszkodliwe i wysoce korzystne. Uderzanie otwartą ręką ponoć rozgrzesza rozjuszonego rodzica, który mógłby zastosować konkretniejszą przemoc (ciosy kułakiem, kopy butem, okładanie łopatą, rąbanie siekierą), ale poprzestał na lekkim chlastaniu, właściwie dotykaniu, wręcz masażu.

Klasyfikacja tłuczenia podopiecznych na usprawiedliwioną oraz bardziej bestialską przypominała wyjaśnienia zboczeńców, przyłapanych z nieletnią ofiarą: „Używamy wyłącznie batów lub łańcuchów, sporadycznie kneblujemy mordki, wyjątkowo wykręcamy kończyny, rzadko przypiekamy skóry pochodnią, a już wcale nie wbijajamy gwoździ w oczy! Wszak nie należymy do sadystów!”.

Tym samym Grzesio poprosił o prawidłową interpretację szczypania (względnie trzepania) pupek koleżanek z pracy – przecież ich nie gwałcił! Raptem dla hecy zaczepiał! Nawet okazjonalne pociągnięcie za majteczki czy demonstracja penisa nie powinny wzbudzać sprzeciwów, skoro nie doszło do stosunku.

Globalniejsi interlokutorzy prychali z pogardą na władze szwedzkie, lokujące starych w pierdlu za najmniejszy przejaw użycia siły wobec potomstwa. „Za pogrożenie paluszkiem wsadzają za kraty, przeczuleni kretyni!” – prawili zwolennicy prawa pięści. Cóż, nawiązywali do populacji cywilizowanej, od dekad eliminującej barbarzyńców z otoczenia.

Precz z karami cielesnymi dla dzieci!

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Ostra wymiana zdań przywołała przykre wspomnienie…

Kiedy mieszkał z piecioletnim synkiem w hotelu przyszpitalnym, wydarzyło się nieszczęście. Pewnego weekendu pełnił dyżur. Jak zwykle, zabierał Jacka ze sobą z każdym wezwaniem na oddział. Brzdąc nie narzekał – siostry rozpieszczały go totalnie karmiąc ciasteczkami, huśtając na kolankach, rysując obrazki, snując pogawędki. Grzesio także uwielbiał układ, umożliwiający na wyrwanie niejednej pielęgniarki, zatroskanej losem samotnego ojca, porzuconego notabene przez niewdzięczną żonę (numer wypalał bez pudła).

W przerwie pomiędzy lekarskimi interwencjami Jacek zapragnął pohasać na podwórku (internet i gry komputerowe nie zdominowały jeszcze rynku, więc smarkacze lubiły zażywać świeżego powietrza, rosnąc przy okazji na schwał). Dostał pozwolenie pod warunkiem nie opuszczania terenu wielkiego drzewa, stojącego przed głównym wejściem.

Po kwadransie Grzesio otrzymał telefon z izby przyjęć. Wyleciał z zamiarem zabrania dziecka po drodze, a zobaczył jeno szeleszczące liście! Szukał panicznie zguby wśród konarów, pomiędzy okolicznymi budynkami, przy basenie, w świetlicy – wszystko na marne! Nicpoń nie uszanował umowy – prysnął w siną dal! W końcu, po długim okresie nerwowej bieganiny, ujrzał Jacka, który nagle wychynął niczym z podziemi. Okazało się, że polazł na zwiady do jadłodajni, wszędobylska natura, zapominając kompletnie o obowiązkach papy!

Sfrustrowany Grzesio zionął gniewem. Po powrocie do domu wywrzeszczał kazanie na temat klinicznej profesji, uwypuklając kontrast pomiędzy dolą umierających pacjentów a wizytacją durnej pani Frani z kuchni. Eksplikował znaczenie uczciwego zarobkowania na chleb tudzież groźbę wywalenia z roboty za niefrasobliwość. Tak czy siak, czekać znaczy czekać – nie łazikować po kantynach!

Rozjuszony własną oracją, porwał buczącego huncwota za ramię, odprowadził pod przymusem do pokoju, zaś w przelocie… wymierzył dwa zamaszyste klapsy w tyłek (podrzucające drobne ciałko w górę). Zatrzasnął za nim drzwi i padł rozwścieczony na fotel.

Nigdy przedtem nie uderzył syna…

Zza ściany dobiegało stłumione kwilenie. Czasami następowała cisza, ale na króciutko – łkanie rozbrzmiewało ponownie, przenikając całą rzeczywistość, drążąc do szpiku kości… Zamiast radosnej krzątaniny przedszkolaka – tupotu nóżek, naiwnych pytań, próśb o soczek – dom spowiła niewymowna rozpacz.

Coś mi zrobił, tatusiu? Dlaczego, powiedz mi?

Nie zjadł kolacji, nie wziął kąpieli, nie założył piżamki, nie przyniósł bajeczki do poczytania – wymęczony zasnął…

W drugim pokoju, z policzkami wilgotnymi od łez, pokonany własnym kunsztem interwencyjnym, siedział dorosły mężczyzna… Przed jego oczami śmigały sceny z przeszłości – kolejne przewinienia, za które obrywał lania. Zawsze identyczna procedura: selekcja pasa (łaskawie zezwalano mu wskazać narzędzie do szlachtowania); decyzja co do ilości razów (wzmagająca napięcie); przewieszenie przez oparcie krzesła; ściągnięcie spodni; wykonanie wyroku; ból (mniejszy lub większy, w zależności od wkurzenia egzekutora). Atmosfera rodem z publicznych chłost.

Pamiętał kilmat trwogi, gniew rodziców, swój płacz. Pamiętał skórzane paski, czerwone pręgi na pośladkach, schematyczne ślubowanie poprawy. Pamiętał chęć odwetu, bowiem regularnie odnosił wrażenie niesłuszności nagany.

Pamiętał wszystko, oprócz jednego: za co?

No właśnie…

W odpowiednim kontekście wystarcza sekundy, by zrozumieć ogrom… Oczekiwał od niedorostka racjonalizmu typowego dla kompetentnych facetów. Jacek, z uwagi na fach ojca, miał niby porzucić rozbrajającą fantazję i niespokojną ciekawość na rzecz ćwiczenia roztropności. Grzesio spędził sześć lat na studiach, aby przygotować się do konfrontacji świata medycznego, a wciąż popełniał błędy, co nie przeszkadzało jednak spraniu o niebo słabszego chłopczyka za analogiczne niedociągnięcia.

Wyobcowanie molestowanego dziecka

Pan doktor wykazał niewiarygodną dalekowzroczność, fundując potomkowi niezmazalne ewokacje cierpienia plus bezsilności, ale zero konstruktywnej edukacji – zaiste, doświadczenie wykrzywiające dojrzewającą psychikę na resztę życia.

Czytaj dalej: Część II Odsłona 76 - Bić albo nie bić? - Część II

Publikacja umieszczona w kategorii OJCOSTWO | Format PDF (1.0 MB) – 2 części Pobierz 2 części publikacji Bić albo nie bić? w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: