Listy do Polski 17: „Drewniane żyrafy i kapryśne lwy”

Rodacy!

Jeszcze przez tydzień będę gościł pomiędzy Wami, zaś potem znowuż tułaczka na półkulę południową – ale już wiem, że nie na zawsze, nie na długo!

Dwumiesięczny pobyt w Polsce przekonał mnie ostatecznie, że właśnie w ojczyźnie chcę spędzić resztę życia. Nie wertujcie grubych przewodników! Nie wywąchujcie informacji z internetowych czeluści! Nie przesłuchujcie wagabundów motywowanych zarobkiem! Niezindoktrynowany pod żadnym względem Grzesio jest autorytetem ostatecznym w kwestiach zagranicznych poniewierek. Powiadam Wam: nie ruszajcie się z miejsca, aby nie pożałować kroku w narodowościową nicość! Pomijam w ostrzeżeniu wycieczki krajoznawcze, ewentualnie krótkie wypady na studia lub na saksy. Nikt nas nie morduje, zatem nie ma sensu wiązać przyszłości z tłumem zachodnim – poniekąd bogatszym, ale obecnie coraz bardziej etnicznie bezpłciowym, zatem coraz biedniejszym. Uszanujcie przynależność do homologicznej grupy ludzkiej, która przynosi tożsamość, skoordynowane cele, synergię, zrozumienie, wsparcie w nieszczęściu – skarb ponad skarby, sukcesywnie trudniejszy do zdobycia, skrycie zazdroszczony przez nacje pozbawione patriotycznych jaj.

Globalizacja bezsprzecznie wyżera dziury w wielu wspaniałych, starych kulturach. Czy zauważyliście, że trend intensyfikacji współzależności i podobieństw pomiędzy różnymi krajami znajduje poparcie głównie ze strony wielkiego biznesu, a nie społeczności jako takich? Potrzebowalibyśmy międzykontynentalnego plebiscytu w celu udowodnienia rzeczywistych przekonań ziemskiej populacji. Przecież to właśnie mocarstwa-zlepki ulegały rozpadowi na niezależne republiki: Jugosławia, Związek Radziecki, Czechosłowacja…

Nikt jeszcze nie zadał nam pytania: „Przepraszamy najmocniej: nie mielibyście ochoty upodobnić waszych zwyczajów do naszych? Wymagałoby to wzajemnych powiązań, czyli absolutnej subordynacji wobec nas. Tak sobie indagujemy, ponieważ pragniemy zalać wasze głowy naszą propagandą, a wasz rynek naszymi rupieciami, na które pożyczymy wam nasze pieniądze. W zamian zakupimy trochę polskich kiszonych ogórków oraz zabierzemy wam gaz. Z pewnością pojmujecie doskonałość idei. To jak będzie: tak czy nie?”.

Miażdżenie narodowości trwa wiekami, więc nie trapię się (jeszcze) przesadnie. Nie sądzę, by parę amerykańskich wyrzutni rakietowych, sto obcych kanałów telewizyjnych, sprzedaż otłuszczających hamburgerów, mamienie garderobą udekorowaną korporacyjnymi symbolami, narzucanie mody na czczenie gwiazd piłki nożnej, wciskanie kredytów przez podejrzane instytucje itd. wyrwały nam z dusz polskość. Niejeden próbował różnych taktyk, zjadając zęby w toku nierównej walki: wrzeszczał, klnął, przekupywał, groził, strzelał, bombardował – w końcu, stargany, machnął ręką i uciekł w siną dal.

Znacie pana Antoniego Pateka? Wichury życia zagnały go z Piasków Luterskich do Szwajcarii, gdzie stworzył firmę produkującą do dzisiaj najekskluzywniejsze zegarki na świecie. Fortuna, sława tudzież prestiż nie przyćmiły patriotyzmu tego wyjątkowego człowieka, bowiem na wszystkich kopertach najwcześniejszych, pięknych chronometrów grawerował mozolnie polskie motywy: herby, pejzaże, królowie… Na ostatnim piętrze Muzeum Patek Philippe w Genewie połykałem cichutko łzy, gdy oglądałem w przeszklonych gablotach cudeńka, na które tylko magnaci mogli sobie pozwolić. Wielka tablica informacyjna głosiła o tęsknocie Pateka do ojczyzny: nostalgia rwała go tak przepastna, iż bidak rył nacjonalistyczne obrazki na złotych pokrywach majstersztyków. Nasączał arcydzieła swym krzykiem rozpaczy… Przemycał lojalizm w przemyślny sposób, a jego przesłanie – po prawie dwustu latach – dosięgnęło mnie. Nie śmiem porównać mojej osoby do pana Antoniego, geniusza spod Lublina, natomiast czuję bliźniaczy żar, pozwalający w ułamku sekundy na telepatyczne sprzężenie moich namiętności z jego emocjami…

Znacie niejakiego Szopena? Zażądał, aby po śmierci reemigrować jego serce do kraju ojczystego. Niezły prztyczek w nos dla Francuzów: mogą go nazywać Frédéric Chopin, względnie budować wspaniałe pomniki na jego grobie, ale serducha nie zakosztują! Doświadczyłbym podobnych wrażeń, gdyby moja oblubienica – po obrządkach weselnych – zapowiedziała: „Będę mieszkać z tobą pod jednym dachem, Grzegorzu, lecz stosunki płciowe pragnę odbywać wyłącznie z panem Józkiem z szóstego!”.

Pamiętacie panią Skłodowską? Ta jedyna kobieta w historii z dwiema nagrodami Nobla, nazwała natychmiast pierwszy odkryty przez siebie pierwiasek promieniotwórczy nie Parisium, nie Francium – nawet nie, samolubnie, Marium lub Sklodowskium – tylko Polonium. Ciekawe dlaczego? W mało prawdopodobnym przypadku wynalezienia przeze mnie czegokolwiek (łyżki szczególnie dogodnej do karmienia kanarków, zdrowotnego obuwia bez podeszw, śpiewających cukierków), stroniłbym od ochrzczenia gadżetu RPAnium, Gregorium, Emigrantium czy Africium – nowo powstały termin bezapelacyjnie podkreśliłby moje nadwiślańskie korzenie.

Pan Mickiewicz wpadł na pomysł napisania wiersza o Tadku, a właściwie o miłości do Polski. Poeta rozpędził się niepomiernie: spłodził epopeję, zawierającą prawie siedemdziesiąt tysięcy wyrazów w około dziesięciu tysiącach trzynastozgłoskowych wersach, więc musiał potok słów podzielić na dwanaście części ku wygodzie czytelników. Wielu by spuchło usiłując sklecić przynajmniej parę zwrotek! Adaś, buchający rzewnością po przepędzeniu z naszej ówczesnej prowincji Litwy, chłostał rymami do utraty hipotetycznych asonansów.

Targają nas obawy o utratę inności, zanik obyczajów, wessanie w wir międzynarodowego powielania. Spójrzcie raz jeszcze na powyższe ideały polskości: nie jesteśmy jedynie obszarem geograficznym, kolumną arkuszu kalkulacyjnego w banku centralnym bądź pozycją na liście członków przymierza militarnego. Istniejemy metafizycznie – jesteśmy zjawiskiem eterycznym, zakodowanym w milionach helis DNA, manifestującym się przy odpowiedniej kombinacji bodźców środowiskowo-psychicznych. Narodowa ikra napływa znienacka: burzy krew, wyswobadza żywioł egzaltacji, jednoczy duchowo, rwie łańcuchy sztucznych manipulacji społecznych na strzępy! Naturalnego fenomenu nie można skuć w kajdany, uśmierzyć, przeobrazić, zetrzeć, wyperswadować.

Wyobcowanie uczy pokory, dlatego moje osobiste przeżycia naturalnie konsolidują się z doznaniami wybitnych Polaków, którzy mieli szansę odzwierciedlić patriotyzm w czynach monumentalnych. Innymi słowy, odczywam dokładnie to, co oni czuli, aczkolwiek poprzez perypetie niegodne porównania z ich – często tragicznymi – przejściami. Na przykład, po wyjeździe do RPA niecierpliwie oczekiwałem obcowania z dziką zwierzyną, zatem prawdziwie egzotycznych przygód w postaci polowań, rejterad przed szarżującymi nosorożcami, obserwacji pożerania jednych drapieżników przez drugie. Mniemałem, że momenty grozy w buszu lub na pustyni uczynią mnie wyjątkowym, przydadzą mi szyku, wręcz owieją mnie legendą, a tymczasem…

  1. Po pierwsze, nie ma nic nudniejszego niż odwiedziny jednego z parków narodowych w RPA. Spróbujcie prowadzić samochód z prędkością nie wyższą niż trzydzieści kilometrów na godzinę przez pół dnia, w ukropie, w kurzu, po wybojach. W końcu, gdy będziecie już wycieńczeni, lepcy od potu, brudni i bliscy omdlenia, zauważycie maciupkie, brązowe kropeczki w odległości paru kilometrów (to stado bawołów – nie sposób do nich dojechać) albo nikły zarys olewającego wszystko geparda, bezczelnie kimającego w cieniu (aby go, broń Boże, nie dojrzeć).
  2. Po drugie, wycieczki z zawodowym tropicielem, pozwalające na zbliżenie się do jakiegoś drapieżnika, kosztują majątek. Na domiar złego wyprawa ma miejsce w środku nocy (ponieważ polujące gadziny chrapią za dnia), stąd turyści ziewają od ucha do ucha.
  3. Po trzecie, bardziej kameralny, prywatny rezerwat nie odbiega w formie prezentacji daleko od zoo. Różnica polega na tym, kto tkwi w klatce: w ogodzie zoologicznym zwierzęta, a w trakcie safari odwiedzający (w pojazdach). Rzadkie okazy są dokarmiane, więc publika żyje błędnym przeświadczeniem co do „naturalnej wegetacji” fauny. Otyłość oraz leniwość prowiantowanych lwów przekracza ludzkie pojęcie: albo leżą na bokach, bekając z przejedzenia, albo chwiejnie człapią do wodopoju. Aby je trochę rozruszać, strażnicy parkowi ciągną na sznurku padlinę terenowymi wozami – taktyka ma zachęcać rozkapryszone bestie do łowów. Zapomnijcie, że pomkną galopem za przynętą! Przy ich stopniu nadwagi zdobędą się co najwyżej na dziarski marsz – kot domowy wykazuje parokrotnie większy wigor w czasie zabawy z kawałkiem nitki. Gdyby podtuczany lew począł gnać, zwaliłby go z łap zawał serca, przeto praktykują wyłącznie lekkie, ostrożne ćwiczenia (z weterynarzem w pogotowiu).

Polak i lew

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Wolę rodzinny las…

Afrykańska fauna i flora zanudza na dłuższą metę. Pewnego dnia, pożądając zetknięcia z nietuzinkową biosferą, wyskoczyłem odwiedzić strusią farmę (w RPA istnieją dziesiątki tego rodzaju rancz). Ptaszyska to głupie, krnąbrne, gigantyczne, chropowate, niesympatyczne. Jajecznica przyrządzona z pojedyńczego jaja zniesionego przez monstrum wyżywi z zapasem piętro wieżowca. Goście mają możliwość nabycia jaj uślicznionych, ze skorupami upstrzonymi bezlikiem malowideł, później polakierowanych na błysk. Artystyczne cuda, pomimo pokaźnej objętości, nie są ciężkie – bezdyskusyjnie wydmuszki. Nawet lampy z nich robią!

Główna atrakcja: przejażdżka wierzchem na pterodaktylu, od czego stroniłem z uwagi na śmiertelne zagrożenie. Struś to nie papużka, z którą można się podroczyć, podrapać pod bródką, pstryknąć w dziobek dla frajdy. Nie radzę przeprowadzać eksperymentów, bo bydle zabije kopem kolosalnej giry. Po kwadransie uskrzydlone, jednakże nie umiejące latać, brzydactwa nużą: stoją bez ruchu tysiącami za płotami, gapiąc się beznamiętnie w przestrzeń.

Wywołują mniej podniecenia niż wróble…

Artyzm czarnego lądu wprowadza przyjezdnych w szał kupowania. Wydają krocie dolarów na murzyńskie maski, skóry obdarte z martwej dziczyzny, tam-tamy, a przede wszystkim na drewniane, kamienne lub gliniane figurki zwierząt. Hipopotamy, słonie, nosorożce, krokodyle… Przeważają smukłe, karykaturalne żyrafy, wyrzeźbione z dłuższych konarów. Gdzie się nie oglądniecie, szumią morza żyrafich statuetek, niczym łany zbóż w Polsce. Powyginane śmiesznie nogi, nienaturalnie poskręcane korpusy, zdeformowane łby – kształt nie zależy bynajmniej od natchnienia twórcy, lecz od architektury znalezionej gałęzi. Końcowy produkt straszy łaciatym, brązowo-żółtym kamuflażem, schodzącym samoistnie po upływie roku, transformując żyrafę na powrót w kawałek drzewa.

Początkowo zachwycające na podstawowym poziomie („Ojejku! Jakie fajne!”), wyroby te wywołują z czasem… No właśnie: nic, zero reakcji. Ilość uśmierca unikalność kunsztu rzemieślniczego. Afrykańska twórczość ludowa nie budzi głębszych impresji, dewaluując w zastraszającym tempie wrażliwość człowieka na estetyzm, precyzyjność czy sztukę w ogóle – zbyt wiele kompulsywnego kopiowania, za mało autentycznej kreatywności i misterności. Zamiast użyczać przytułka wytchnienia, prymitywna kultura wyjaławia umysł do cna, mobilizując do tym żwawszego odwrotu w okolice z klientelą podatną na piękno, abstrakcję, alegorię, wyjątkowość, konceptualizm…

Każda nacja oferuje bublowate pamiątki, aczkolwiek nie wszystkie ludy potrafią odgraniczyć chałturę od maestrii. Preferuję „kiczowate” bursztynowe puzderka, góralskie laleczki, haftowane serwetki, ornamentacyjne kufle, bajeczną ceramikę – plejadę „tandetnych bzdur”, jakże jednak relatywnie nietandetnych. Resztę skonstatujcie sami, gdyż ryzykuję więzieniem za polityczną niepoprawność, ksenofobizm, nietolerancyjność plus rasizm.

Nawiązując do rozrywek bardziej cywilizowanych, zostałem kiedyś zaproszony na obiad w prześwietnej winiarni. Kolonialna atmosfera: ogromniaste zabudowania, obszerne ogrody i aleje, dwustuletnie drzewa kamforowe, mrowie służby. Posiłek dla bogaczy: skąpa ilość produktów żywnościowych, ułożonych w fikuśne wzory na wymyślnych talerzach. Degustacja wina: grupki szeptających chyba znawców, ujmujących majestatyczne kielszki majestatycznie, celebrujących każde siorpnięcie wydymaniem warg w trąbkę, mróżeniem oczu, przepłukiwaniem zębów, patrzeniem w sufit, medytacją. Zbaraniałem: co zgłębiali przepłukiwacze jam ustnych? Wszak wino stanowi napój zawierający substację chemiczną zwaną etanolem – gdyby sok winogronowy ogołocono z produktu fermentacji, ekscytacja trunkiem wyparowałaby jak z bicza trzasnął. Trudno mnie zaliczyć do alkoholowych koneserów – spożywam w celu osiągnięcia efektu odkorowania mózgowego, ignorując bukiet smakowy. Spozierałem tedy zagubiony na maniakalne, bezustannie regurgitujące masy, delektujące się białym, różowym lub czerwonym płynem.

Znowóż wyszły moje niedobory kompatybilności z lokalną tłuszczą…

Potem, po safari, strusiach, drewnianych żyrafach czy samozwańczych kiperach, jadę solidną, niepodziurawioną drogą wśród czarujących widoków. Góry, ocean, słońce, palmy… Ciepełko, wygoda, biała dominacja, luksus… Docieram do domu, odpowiadam na nowe e-maile, wchodzę na przypadkową witrynę internetową, namawiającą do obejrzenia krótkiego filmu na YouTube. Zapraszający link wieści: „Jesteś Polakiem – bądź z tego dumny!”. Kilkam. Tytuł u góry strony: „10 minut pięknych chwil w historii polskiego sportu”. Oglądam… Entuzjazm komentatorów, wiwatujące tłumy, powiewające z werwą biało-czerwone flagi… Szlocham w bezsilności…

Taki ze mnie emigrant jak z diabła anioł.

Skoro drewniane żyrafy nie dały rady, to absolutnie nic nie wyprze ze mnie Lacha na wertepy zapomnienia.

Wiecie, kocham was…

Grzesio (Polak)

Listy do Polski 16 - WARA, czyli scalenie narodowe #16 – WARA, czyli scalenie narodowe | #18 – Materiał emigracyjny Listy do Polski 18 - Materiał emigracyjny

>

Publikacja umieszczona w kategorii LISTY DO POLSKI | Format PDF (0.7 MB) – pobierz tutaj Pobierz publikację Listy do Polski 17 - Drewniane żyrafy i kapryśne lwy - w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

2 Responses to Listy do Polski 17: „Drewniane żyrafy i kapryśne lwy”

  1. Tak po lekturze mam nie do końca ugruntowane wrażenie… prawdziwe wyznanie serca czy raczej satyra? :-)

    • Dziękuję za komentarz i przepraszam za spóźnioną odpowiedź – podróżowałem.

      Wyznanie serca w formie satyrycznej :) Chęci są jak najbardziej nie tylko realne, ale gorące oraz rodzące bardzo już konkretne plany. Natomiast spostrzeżenia to obserwacje trochę ciętego Grzesia (Polaka), aczkolwiek każdy fakt przedstawiony w tekście jestem gotowy udowodnić. Delikatny cynizm leży w polskiej naturze – zakrapia nasze przejrzyście uczciwe osądy.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: