Listy do Polski 18: „Materiał emigracyjny”

Rodacy!

Czytacie zapewne gazety, oglądacie telewizję, plotkujecie ze znajomymi, śledzicie newsy w internecie, sami dumacie w domowym zaciszu. Oto kraj się wyludnia, społeczeństwo starzeje, młodzi kopulują wyłącznie w celach rozrywkowych, studentów ubywa – niedługo umrze ostatni Lach, zaś Polska przeistoczy się (w najlepszym scenariuszu) w pierwszy na świecie, bezpaństwy kraj-muzeum, ewentualnie (co gorsza) w przyczółek nowego imperium, bynajmniej nie chrześcijańskiego. Trwoga o kompletne opustoszenie ojczyzny niewątpliwie dudni w Waszych starganych głowach. Kto utrzyma seniorów? Jak uchronić katolicyzm przed sierpem (tym razem bez młota) i gwiazdą? Czym przekonać gówniarzerię do prokreacji?

Groza zagląda w oczy! Ratunku! Pomocy! Horror bieda kataklizm plaga pożar śmierć!

Spokojnie… Odetchnijmy… Historia uczy, żeśmy odporni na potencjalne wyniszczenie po tylu najazdach, rozbiorach, wojnach, feudaliźmie, komuniźmie, wyprzedażach, korporacyjnych grabieżach, politycznych kłamstwach. Fakt szerokiej i zaciekłej dyskusji społecznej potwierdza pradawną wrażliwość, żądzę przetrwania, bojowy temperament, upór, a nade wszystko lojalność. Roznamiętnienie stanowi dobre preludium do transformacji, chociaż proste rozwiązania umykają początkowo uwadze w tumulcie psioczenia, wrzasków, wytykania palców, grożenia, szlochów, mordobicia. Cóż, Słowianie, zanim cokolwiek wykombinują, muszą wpierw rozpętać frenetyczny chaos.

Ustawicznie podkreślam: szansa w ziomkach, którzy w sile osiemnastu milionów błąkają się zdezorientowani po ziemskim padole. Większość z nich wolałaby kontynuować egzystencję wśród swojaków, więc w tej zamorskiej armii wygnańców nadzieja na uzupełnienie niedoborów ludzkich nad Wisłą.

Tak, mam czelność postulować następującą teorię: polskie dusze nie cierpią tułaczek po cudzych terytoriach, więc warto zwabiać pokutników z powrotem, zamiast czekać na rozwój wypadków z założonymi rękami. Wykorzystując sprytnie wszystkie – od maleńkich, do ogromnych – niedopasowań banitów do banicji, należy ich podstępnie ściągnąć nazad, po czym zaprząc do konkretnej roboty. Cip-cip-cip! Kici kici! No dalej, chodź do domku! Inaczej stworzymy sobie cudze podwórko we własnej zagrodzie, upstrzone paniami przywdziewającymi kostiumy à la nindża (mniej konserwatywne noszą chusty à la zakonnica), w otoczeniu panów paradujących w pidżamach (mniej ortodoksyjni udają normalnych dla zmyłki – forma kamuflowania kultu pod cywilizacyjnym płaszczykiem, aby gwałcić prawa i kobiety z zaskoku).

Czy zdążyliście już zdiagnozować moją ewidentną niekompatybilność z życiem na wygnaniu? Nie jestem „emigracyjnym materiałem”. Analizując szczerze osobiste motywy z przeszłości, tudzież moją kulawą interakcję z obcą kulturą, śmiało oświadczam, że nigdy ani uchodźcą nie zamierzałem być, ani się takowym nie postrzegałem. Intuicja podszeptuje istnienie wielu rodaków tkwiących po uszy w podobnym afektywnym melanżu, gdy krzyk pragnącego powrotu serca jest zakneblowany materialnymi uwarunkowaniami, przeszkodami administracyjnymi, niejasną obawą o przyszłość, strach przed ponowną integracją w kraju rodzinnym, innymi specyficznymi (indywidualnymi) czynnikami – wystarczająco wytłumaczyłem te kwestie w poprzednich listach do Was.

Nie neguję cyrkulacji odmiennych poglądów, często obserwowanych pod postacią wznoszenia okrzyków pochwały dla zagranicznych zapachów, kolorów, rutyn, porządku, bogactwa. Trudno zaprzeczać fizycznym objawom lepszego bytu. Doświadczenie uczy wszakże pokory wobec wyższych – spirytualnych – aspiracji, nielekko osiągalnych wśród obcych wskutek braku obyczajowego lepiszcza. Same uciechy cielesne, na dłuższą metę, zaczynają trącać nudą.

Zrazu inność fascynuje, wzbudza jęki adoracji, kusi dołączeniem do świeżo wyglądającej ferajny – przystąpieniem do ołtarza zaawansowanego kapitalizmu. Pałaszowanie importowanej czekolady wywołuje identyczne namiętności: zawsze smaczniejsza, delikatniejsza dla podniebienia, słowem lepsza. Tak to z początku oszałamiała mnie grzeczność oraz nieustanna radość Południowoafrykańczyków. Wyłuskany z ojczyźnianej atmosfery cynicznych grymasów, wpadłem w ramiona indywiduów z uśmiechami szerokimi jak garażowe wrota, witającymi już z daleka gromkim „Good morning Greg! How are you today?!”. „Oto szczęśliwcy wykarmieni na piersi komercjalizmu: jowialni, serdeczni, energiczni, tolerancyjni!” – myślałem.

Natychmiast wkułem na pamięć odzew: „Mam się świetnie, a ty?!”. Minęła dekada, zanim ochocze saluty nabrały prawdziwych barw, czyli ceremonialnych formułek, za którymi nie stała bynajmniej troska o samopoczucie drugiej osoby. Riposty również należały do odruchów bezwarunkowych Pawłowa, nie mających nic wspólnego z realnym nastrojem pozdrawianego. Logika suponuje podejrzliwość w odniesieniu do ludzi wiecznie zadowolonych, zwłaszcza w epoce nabrzmiałej od stresów: albo udają, albo ich stan podniecenia powinien zanalizować psychiatra. Po szmacie czasu spędzonym wśród sztucznie promiennych, na pytanie typu „Cześć, jak leci?”, wolałbym w końcu usłyszeć odpowiedź: „A tam, do dupy!”.

Polacy są jednak autentyczniejsi.

Machinalna afirmacja błogostanu standardową frazą była dla mnie znacznie łatwiejsza, niż zgranie wyrazu twarzy z hollywoodzką fizjonomią rozmówców. Permanentne szczerzenie kłów niczym rżący koń to sztuka nieziszczalna dla postkomunistycznego obywatela Europy Wschodniej. Propagatorzy urokliwych, bezzębnych uśmiechów wyszli z mody, spadając do rangi smutasów. Nie potrafiąc spektakularnie wyeksponować wnętrza jamy ustnej, do dziś cierpię z powodu alienacji w trakcie towarzyskich pogawędek. Oni przypuszczalnie ćwiczyli mimikę buzi od momentu narodzin, razem ze starymi: przed spoczynkiem nocnym; przed lustrem; przy posiłkach; na spacerach; w kościele; na plażach; na ślubach; na jarmarkach. Moi rodzice zaniedbali tę sprawę dokumentnie, wypuszczając na akweny egzystencjalne z miną, która w chwilach euforii odzwierciedla co najwyżej ukontentowanie. W ten sposób postronni przylepiają niewinnemu człowiekowi etykietę poważnego, markotnego, cichego itd. – nawet wtedy, gdy jego rozweselenie nie zna granic.

Jak się masz?

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Preferuję rodzime lica: niewytrenowane twarze, pozamykane paszcze, niekłamliwe oczy.

Niejednokrotnie słyszę utyskiwania na polską hipokryzję. Pomijając posunięcia polityków (od zarań dziejowych podyktowanych – w każdym zakątku świata – żądzą kontroli), zabobonność (spłodzoną na pożywce wszechobecnego lęku przed niezbadanym) i nieuczciwość (pospolite oszustwa kombinatorów, psychopatów, przestępców), uważam analogiczne żale za wierutny kretynizm, bowiem pobyt w RPA pozwolił mi poznać oblicze obłudy absolutnej, z krwi i kości, zaiste profesjonalnej, niespotykanej w tak zaawansowanym stadium wsród pretendujących do lawiranctwa Lachów (wciąż jeszcze raczkujących mistyfikatorów). Południowoafrykańczycy potrafią obiecywać obojętny bzdet wiedząc na sto procent, że intencje mają kompletnie inne. Funkcjonują w oparach niespełnionych zobowiązań: ten, kto gwarantuje wie, że kłamie; ten, kto słucha wie, że gwarancja jest kłamstwem; ten, kto gwarantuje wie, że ten, kto słucha wie, że gwarancja jest kłamstwem. Rodzaj usankcjonowanej socjopatii o praktycznym znaczeniu – niedotrzymanie słowa zaręcza równowagę, nie zaburzając schematu dnia niespodziewaną solidnością. Równie prawdopodobną diagnozą jest chroniczna demencja, uchodząca za bon ton, ponieważ nieoczekiwane przebłyski pamięciowe pokrzyżują komuś plany, czyli zaprezentują sobą faux pas.

Z pewnością zaprotestujecie, wskazując na porównywalne zachowania w środowisku rodzimym, lecz zatrzymam Wasze hipotetyczne wywody bezceremonialnie. Ja nie piszę o ewidentnych krętactwach, zaniedbaniach, blagowaniach bądź malwersacjach, tylko o podświadomych, bezwiednych konfabulacjach, wyrecytowanych z kamiennym spokojem, napawających wiarą naiwnych Grzesiów, niszczących zalążki zaufania, kreujących nieznośny klimat rezygnacji i odosobnienia, zmuszających do dewiacyjnych reakcji ignorowania stereotypowych przejawów życzliwości. Przeżyłem zbyt wiele przykrych lekcji, aby wycofać się z tak radykalnej opinii – rozmach oraz nawykowość zjawiska przekracza słowiańską odporność. Polacy nie dysponują talentem impulsywnego budowania fasad, fingujących uprzejmość, wsparcie, sympatię. Grzeszymy prostolinijnością – mówimy z reguły, co jest grane, niezdolni do poskromienia emocji wrzących we krwi, a przynajmniej zdradzimy hochsztaplerskie zamiary pantomimą gestów.

Ech, powiadam Wam: nic piękniejszego niż wylewność ziomków, zapraszających pełną gębą na pierożki, piwko, pogaduszki, żarciki, kuksańce! Anglosasi, pospołu z potomkami Holendrów, jeżeli w ogóle obdarzą łaską inwitacji, poczęstują dwoma krakersami, cieńką herbatką i kopem w tyłek po godzinie. Dyskursy nad mizernym, żołnierskim porowiantem sprawiają wrażenie zaprogramowanych, obdartych z entuzjazmu, monotonnych, płytkich. Litości! Moja natura nie umie strawić manieryzmu!

W świetle notorycznego olewania obietnic oraz króciusieńkich gościn, zadziwia głoszone przez Południowoafrykańczyków ich „zalatanie” – odrębny fenomen, nie znajdujący sensownej interpretacji. Co robią?! Dokąd gnają?! Dlaczego?! Z jakiegoś powodu rozporządzam obszernymi przestrzeniami czasowymi, być może z powodu typowo polskiego podejścia do obowiązków (nie narzekać, zakasać rękawy, wykonać, odpocząć). Nazwijmy ten stan rzeczy według uznania: gospodarnością, efektywnością, skupieniem, szybkością, zwinnością, przebiegłością, atletycznością, wigorem. Jakkolwiek bym nie spojrzał na przyczyny mojej dyspozycyjności, takkolwiek nie rozumiem śmiertelników zmuszonych do twardego negocjowania nawet ordynarnych wypadów na kawę, albowiem „zalatanie” potwornie ich zniewala. Martwię się o siebie samego: skąd u mnie ta elastyczność, dostępność, gotowość? Spaczenie czy kolejny symptom inkongruencji z lokalnym gronem?

Dodajmy do bigosu śmiesznych paradoksów maksymę „afrykański czas”, niejako przemyconą ze stosunku bardziej rdzennych mieszkańców czarnego lądu do terminowości. Hasło african time, anonsowane z umiłowaniem i częstokrotnie, sugeruje niekonieczność przestrzegania harmonogramów zajęć, ramówek spotkań, godzin rozpoczęcia randek itd., czyli rozgrzesza plejadę spóźnialskich, nieobecnych, gapiowatych, zdekoncentrowanych, lekceważących, bezczelnych czy zwykłych lenii. Wyznawcy african time konsekwentnie szlifują formę, by być godnym ambasadorem ludowego porzekadła. Na przykład, w toku zebrań drzwi otwierają się i zamykają do ostatniej minuty – powinni raczej wstawić wahadłowe dla wygody, lub wybić dziurę w ścianie. Niby poważna narada, natomiast harmider na miarę targowiska!

Z jednej strony zagonieni do granic wytrzymałości, a z drugiej bagatelizują zegarki. Wpuszczenie takiej bandy do Szwajcarii rozłożyłoby ekonomię tego rajskiego kraju na łopatki w przeciągu kwadransa.

Moje powyższe, niepochlebne interpretacje wyzwalają kontrę tubylców: „Taka jest nasza kultura!”. OK, w porządku, przepraszam – zaniecham prób majstrowania przy nie swoich tradycjach, ale frustracje mam prawo zamanifestować.

Krytycy wytkną mi stronniczość, ksenofobię, odpychające cechy charakteru. Poddadzą koncepcje: generalnej awersji społeczeństwa do mojej osoby; absencję towarzyskiego zacięcia; genetycznych zaburzeń umysłowych. Zachęcam ich do dwudziestoletniej wegetacji w mekce kolonializmu celem wyklarowania spostrzeżeń. Prosiłbym nadto o racjonalne wyjaśnienie nagłego zanikania moich domniemanych patologii w Polsce.

Rzesza zadowolonych ekspatriantów agresywnie zaoponuje, wieszając na mnie psy, koty, myszy, pająki, węże. Udostępnią zdjęcia z żyrafami, nad brzegiem oceanu, w klubie nocnym, przy grupie kolorowo odzianych murzynów walących w bębny, na tarasie domu z basenem. Zobaczycie rozanielonych, kochających żywot na obczyźnie rodaków, definiujących zagraniczne jako swoje, ponoć w pełni zakorzenionych gdzieś-tam Lachów. Poniekąd zazdroszczę im smykałek adaptacyjnych – ja nimi nie władam.

Otwarcie potwierdzam: materiał na emigrację ze mnie żaden. Jeden do Was powróci, więc przestańcie biadolić, a zacznijcie liczyć.

Na razie!

Grzesio (Polak)

Listy do Polski 17 - Drewniane żyrafy i kapryśne lwy #17 – Drewniane żyrafy i kapryśne lwy | #19 – Ta ta ta! Listy do Polski 19 - Ta ta ta!

Publikacja umieszczona w kategorii LISTY DO POLSKI | Format PDF (0.6 MB) – pobierz tutaj Pobierz publikację Listy do Polski 18 - Materiał emigracyjny - w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: