Jadwisia

Jadwisia

„Proszę pani! Proszę pani! Niech mnie pani stąd weźmie!”

Wyszlochany, przeraźliwy krzyk rozbrzmiewał jedynie w jej głowie. Głuchy wrzask; niewidzialne łzy; bezbarwna rozpacz – jałowy świat, na który została przez coś lub kogoś skazana. Niemożność wyrażenia dowolnego uczucia gestem bądź słowem stanowiła więzienie najsroższe do wyobrażenia. Nie istniała szansa na obwieszczenie wszem i wobec, co się myśli, przeżywa i zamierza, więc nie było mowy o wyegzekwowaniu reakcji – negatywnych, pozytywnych, obojętnych, byle jakich – z przewalających się przed nią tłumów.

„Proszę pana, proszę mnie stąd zabrać! Ja nie chcę tutaj…”

Pragnęła wyciągnąć ręce w odruchu błagania o pomoc, lecz trwała zastygła w jednej pozie – zmrożona, skostniała, przygwożdżona. Dlaczego moc wyższa tchnęła w nią zdolności postrzegania czy reakcje emotywne? Okrutny Twórca obdarzył psychiką, obdzierając jednocześnie z funkcji motoryczno-fizjologicznych, sklecając tym sposobem aparat do kontemplacji – kontemplacji, które nigdy nie zostaną odzwierciedlone, nigdy nie doprowadzą do namacalnego efektu, na nikogo nie wpłyną, niczemu nie posłużą. Sztuka dla sztuki. Jestestwo w niejestestwie. Wegetacja w martwym ciele.

Jeszcze parę miesięcy temu pogodziła się z dziwnym losem: znosiła ślęczenie w tej samej, niewygodnej pozycji, ogniskowanie wzroku na jednym punkcie krajobrazu za szybą, obserwowanie kawałków ciał ludzkich w dostępnym polu widzenia. Niekiedy dostrzegła pieska, kotka albo ptaszka – wówczas klaskała w myślach z radości. Rytuał cotygodniowego przebierania dostarczał odrobiny rozrywki, a od czasu do czasu, gdy zmieniano wystrój witryny, lądowała na innym stanowisku, co zapewniało widok na nowy, interesujący element ulicy.

Te namiastki czegoś, co przypominało z trudem definiowalną egzystencję, legły pewnego dnia w gruzach. Okazało się, że człowiek potrafił zniszczyć nawet zarodek szczęścia, zastępując względny spokój nieustającym koszmarem. Najgorszym było niepojęcie: wiedziała, że doznawała krzywdy, ale nie potrafiła wytłumaczyć źródeł wewnętrznych boleści; potrzebowała pomocy, ale nie umiała określić jakiej. Na cóż zresztą wszelkie dywagacje, skoro nie zdołałaby ani mrugnąć okiem, ani wykrztusić słowa?

Pozostało oczekiwanie, przepełnione smutkiem, strachem, wstydem, wstrętem… Za dwie godziny przeżyje kolejną gehennę by potem, w samotności, stać rozdarta w pełnym świetle neonówek wystawy.

———————————————-

– Niech pan mi to streści – cichym, ale rzeczowym głosem nakazał inspektor. – Dlaczego zwołano do tego geszeftu cały wydział kryminalny? – Oparł się pośladkami o kant biurka, skrzyżował ramiona na piersi, spojrzał z wyrazem znudzenia na komisarza. O drugiej nad ranem wszystko go nudziło.

– A więc tak… – zaczął tamten trochę niepewnie. – Żona menadżera sklepu podejrzewała go od dawna o stosunki pozamałżeńskie, bowiem facet przychodził do domu regularnie nad ranem i nie wywiązywał się z obowiązków łóżkowych. Tłumaczył się, typowo, nawałem pracy, administracją, stresem i tak dalej. Ona, też typowo, nie uwierzyła, wobec czego wynajęła prywatnego detektywa, aby sprawę zbadał. W zasadzie chodziło tylko o złapanie rozpustnika in flagranti z domniemaną kochanką. Tymczasem po miesiącu obserwacji podejrzany rzeczywiście…

– Jak to podejrzany? – przerwał inspektor. – Raczej niewierny.

– Ee… Racja, – ciągnął zbity z tropu komisarz – jeszcze wtedy był zaledwie niewiernym, niemniej jednak potem został podejrzanym. Zaraz wytłumaczę… Zatem po miesiącu detektyw mógł jedynie potwierdzić fakt pracowitości tego gościa: zostawał w robocie do późnych godzin, po czym od razu jechał do domu. Żona wciąż pozostawała nieprzekonana i naciskała na zastosowanie drastyczniejszych metod śledczych. Ponaglany detektyw zainstalował więc kamerę na zapleczu ponieważ wiedział, że podej… to znaczy niewierny tam właśnie spędzał większość czasu po zamknięciu placówki.

– Zdołał przemycić kamerę do sklepu? – inspektor aż uniósł brwi w zdziwieniu. – Gdzie ją zamontował?

– Tutaj, w biurze niewiernego, na szynie od zasłon. Proszę spojrzeć – komisarz wskazał palcem w kąt przy suficie. Trudno było rozróżnić czarną kostkę sprzętu od galimatiasu żabek oraz fikuśnych, metalowych zamocowań. – Dobra lokalizacja. Zapewnia panoramę całego pokoju.

– Aha. Czyli wyrwano mnie z łóżka celem demonstracji sprytnego ukrywania akcesoriów szpiegowskich?

– Oczywiście, nie – komisarz pośpiesznie łagodził cynizm szefa. – Chodzi o to, co detektyw ujrzał w zapisie z kamery, mianowicie sceny sugerujące wyuzdany seks z nieletnią. Przestraszył się i natychmiast nas poinformował, jako że odkrycie przekraczało jego kompetencje. Zademonstrował nagranie o kiepskiej rozdzielczości, aczkolwiek nie tak kiepskiej, aby nie dostrzec na obrazie zboczeńca pochłoniętego najbardziej zwyrodniałym wykorzystywaniem małego dziecka, prawdopodobnie dziewczynki około lat siedmiu-ośmiu. Podnieśliśmy alarm, pan inspektor rozumie…

– Jak najbardziej.

– Właśnie, pognaliśmy na miejsce całą ekipą.

– Dlaczego detektyw nie zauważył żadnych dziewczynek, wchodzących bądź wychodzących ze sklepu? – dziwił się przełożony, teraz już rozbudzony na dobre.

– Proszę mi pozwolić dokończyć. Gdy tutaj wpadliśmy, facet był w zasadzie przygotowany do wyjścia – schludnie ubrany, z kluczykami w dłoni, z teczuszką pod pachą. Nikogo innego nie znaleźliśmy w całym sklepie, zaś przeszukaliśmy z psem pomieszczenia handlowe, magazyny, toalety, garaże, szafy, łącznie ze śmietnikiem. Zero. Natomiast w tej oto norze rozpusty – komisarz zatoczył krąg ręką – zdemaskowaliśmy arsenał kilpów z jego plugawych sesji pedofilskich. Dziesiątki kaset wideo, jeszcze w systemie VHS, a na każdej materiał przyprawiający o mdłości: kajdanki, biczowanie, seks oralny, przypalanie papierosami, ejakulacje na twarz, wsuwanie przeróżnych przedmiotów w narządy rodne. Boże! Przejrzeliśmy wyłącznie dwie taśmy, w dodatku pobieżnie, lecz nawet te migawki przerastały przeciętną wyobraźnię. Na początku każdego nagrania zawsze wchodził do biura goły, opasany tylko ręcznikiem, prowadząc tą małą za rączkę. Potem sadzał ją na kanapie i spacerował tam i z powrotem, prawiąc brudne kazania o tym, co zamierzał z nią zrobić. Odpowiadał na własne pomysły cieńkim głosikiem, kiwając jednocześnie jej główką, że niby się zgadzała, że niby to ona odpowiadała, po czym tańczył przed nią i powoli, teatralnie zdejmował ręcznik…

– Jezus Maria! – wysyczał nerwowo inspektor. – Gdzie jest to dziecko?! Może dzieci?!

– Jedna dziewczynka. To znaczy niezupełnie dziewczynka… Jest w tej chwili na tej… na wystawie.

– Co to za rebusy?! „Niezupełnie dziewczynka”?! „Na wystawie”?! Pragnie mnie pan zamęczyć na śmierć?!

– Przepraszam – komisarz podrapał się po szyi. – Zdaję relację po kolei, aby wytłumaczyć kwestię ściągnięcia pana tutaj. Otóż podejrzany pastwił się seksualnie nad manekinem, stylizowanym na dziewczynkę.

– Manekinem?! Uruchomiliście pełną ekipę, by nakryć przypadkowego fetyszystę na zabawie z kukłą?!

– Zapis z monitoringu był bardzo niewyraźny, więc nie chcieliśmy ryzykować zwłoki, a poza tym, proszę zrozumieć, wielu z nas jest ojcami… Podejrzany wciąż siedzi za ścianą, bo nie wiedzieliśmy, czy go zaaresztować.

– Nie podejrzany, lecz chory wymagający psychoterapii. Zwolnijcie tego niedojdę, zanim tabuny prawników nie zostawią na nas suchej nitki. Czy zamierza pan, konsekwentnie, posłać za kratki tysiące niedopieszczonych idiotów, kupujących seks-lalki na internecie? „Organy ścigania zwalczają masturbujących się nad pacynkami” – sensacja prasowa, honorująca wysiłki policji polskiej na wieki.

Szef wzruszył ramionami, rozeźlony ruszył do drzwi i rzucił szyderczym „Dobranoc!”.

– Panie inspektorze, on nazywał ją Jadwisią, tego manekina.

Ostatnie stwierdzenie zabrzmiało alarmistycznie – spokojny poniekąd ton zwiastował jakąś grozę, niechybną zemstę, wiszący w powietrzu samosąd, wobec czego inspektor zatrzymał się i zwrócił pytający wzrok na, jak mu się wydawało, oszalałego podwładnego.

– Jakie to ma znaczenie? Jadwisia, Zosia Samosia, kaczka dziwaczka – imię nie zmienia postaci rzeczy. Człowieku, jesteś zmęcz…

– Bez przerwy, tym swoim ohydnie słodkim głosem, szeptał jej w ucho: „Jadwisiu, zrób tacie to.”; „Jadwisiu, tata teraz zrobi to.”; „Jadwisiu, tata cię kocha.”. Jadwisiu, Jadwisiu, Jadwisiu, Jadwisiu… On ma sześcioletnią córeczkę, która ma na imię Jadwisia…

Dwóch mężczyzn wymieniło spojrzenia. Męska telepatia, nie pozostawiająca złudzeń, marginesów manewrowych, alternatyw, negocjacyjnych „ale” czy podobnych obrad – punkt zaniku dyplomatycznych rozwiązań. Skamieniała atmosfera odbiła echem opanowane, a złowieszcze polecenie:

– Skuj to ścierwo w kajdany.

———————————————-

Życie manekinaNocne udręki nagle pierzchły, zaś zaczęły podróże. Znalazła się w przeszklonym pomieszczeniu, które nazywano laboratorium. Sympatyczna pani w białym fartuchu obfotografowała ją, po czym gilgotała pędzelkiem, pocierała delikatnie wacikami na patyczkach, obmyła puszystą gąbką. Bywała później w różnych pokojach, a nawet w sali, gdzie wszystko było drewniane: wsród drewnianych ścian, pod drewnianym sufitem, na drewnianym podeście, za potężnym drewnianym stołem, siedział pan dzierżący drewniany młotek, przyodziany w czarną szatę, opleciony masywnym łańcuchem, spozierający z wyższością na ludzi zgromadzonych na drewnianych ławkach. Mówiono o niej dużo, nazywając „dowodem rzeczowym”, lecz niewiele rozumiała, bowiem używano skomplikowanych, dorosłych terminów: parafilia, pedofilia, dysfunkcjonalna rodzina, współuzależnienie, predyspozycje wrodzone itd. Niektórzy krzyczeli, inni wzdychali, jakaś kobieta bardzo płakała.

On też tam był – symbol perfidii, patologii oraz piekła, które w jej rozdygotanej duszyczce sumowały się w uosobienie zła. Jego obmierzły, lepki głos wrzucał Jadwisię w otchłań bezsilności – paraliżował już sparaliżowaną, omotywał pajęczyną lęku, wzniecał w głowie jednostajny i przeraźliwie głośny jęk, wykręcał, miażdżył, rozrywał, zabijał… Powróciły obrazy mąk nieogarnionych, brudu wewnętrznego, hańby dziewczęcej… Tkwiła samiuteńka w rozpętananej burzy emocjonalnej, niezdolna do uronienia choćby najmniejszej łezki, pozbawiona łaski minimalnego drgnięcia, obśliniona na pośmiewisko, zbezczeszczona, opuszczona przez cały świat… Znikąd pociechy – gdyby chociaż mogła przytulić pluszowego misia, to już doznałaby ulgi…

Potem przetaszczono ją do zimnej hali, gdzie rzędami stały wysokie rusztowania. Na specjalnym podnośniku wjechała do góry i spoczęła na półce pod samym sufitem, otoczona stosami kaset wideo. Wyłączono jarzeniówki. Nastąpiło zeskalone istnienie w ciemności.

Po północy usłyszała stłumioną rozmowę. Pstryk kontaktu, mruk podnośnika, lodowate widełki urządzenia pod plecami. „Tylko ostrożnie!” – dobiegł z dołu głośny szept. Powolutku zjechała ku podłodze. Ktoś owinął ją kocykiem, mrucząc:

– Miras, ty o niczym nie wiesz.

– Ma się rozumieć, słowo harcerza. Ile dostał?

– Nic nie dostał. Przymusowa psychoterapia plus odwiedziny pod nadzorem.

– Pozwolili mu ją widywać? Po tym wszystkim?

– Ech, banda specjalistów…

Mężczyzna, który ją niósł, poprzez sam dotyk napawał zaufaniem. Silne ręce były jednocześnie delikatne, symbolizując bezpieczeństwo, obronę, stabilność, odmiennego rodzaju czułość. Podświadomość wykluczała, aby ten człowiek mógł ją w jakikolwiek sposób skrzywdzić. Szorstki głos emanował pewność, integralność, uczciwość, dobro – najpiękniejsza kołysanka dla dziewczęcego ucha. W myślach zawisła na jego szyi, poddając mu się z przyjemnością.

Jechali samochodem, wchodzili na ganek, a potem nastały inne dni, inne dźwięki, inne widoki. Krzątanina domowa przeplatana okresami ciszy; siedzenie raz na tapczanie, raz na krzesełku, czasami na parapecie przy firance; wygodne ciuszki, zastępujące obcisłe dżinsy czy przykrótkie koszulki; rozmowy domowników, audycje radiowe, programy telewizyjne – wszystkie rejestrowane przez jej ciekawskie uszka, dostarczające ton wiedzy; remonty, goście, sukcesy, niepowodzenia, śmiech, przygnębienie, postanowienia, plany, niesnaski, ugody… Zbalansowana normalność ciepłej rodziny, przygaszająca konsekwencje potwornych doswiadczeń.

– Dobranoc Olciu.

– Dobranoc tato. Zobacz, uplotłam Jadwisi warkoczyki!

– Śliczne!

– A jutro pójdzie z misiem na balkonik.

– Dziękuję, że tak o nią dbasz. Kocham cię, Olciu.

– Kocham cię, tato!

Inspektor cichutko zamknął drzwi.

Publikacja umieszczona w kategorii FIKCJA | Format PDF (0.7 MB) – pobierz tutaj Pobierz publikację Jadwisia w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: