Listy do Polski 21: „Polish brand”

Kochani Rodacy!

Nacja amerykańska wpadła na pomysł wiecznego dobrobytu – trzeba jedynie na okrągło powiększać narodowy debet wobec prywatnych instytucji bankowych. Podobno nikt nigdy nie skuma szwidlu. Jeżeli wciąż jeszcze rozpatrujecie opcje, jak uczynić Polaków bogaczami, to receptę podaję na patelni: każda rodzina powinna skorzystać z matrycy made in USA, zatem zaciągać tyle kredytów, ile wlezie, by nie gnić niczym żebracy!

Pamiętacie incydent zamknięcia amerykańskiego rządu (w dniach 1-16 października 2013 r.)? Nagle przestano obradować, zatrzasnięto drzwi, do widzenia, kraj na urlopie. Jedna frakcja nie potrafiła dogadać się z drugą, więc najlepiej było pojechać na wypoczynek. Pożyczone pieniądze opłaciły wakacje polityków. Zaiste, patent warty globalnego rozpowszechnienia: niech wszystkie krainy staną, bo przecież dodrukujemy banknotów na czas oficjalnej laby (pardon: dodamy cyferek w komputerowych bazach bankowych, które śmiertelnicy utożsamiają z wartościową walutą).

Fajna bumelka! Pozostało jeno pakować walizy, wycmokać wciąż naiwną rodzinkę, polecieć za Atlantyk, dołączyć do obrastającego w długi i tłuszcz towarzycha. Przewiduję jednakże bezprecedensowy obrót zdarzeń w niedalekiej przeszłości, kiedy Amerykańce staranują rogatki Rumunii bądź Kenii, błagając o azyl. Pozostało im tylko kogoś zaatakować, odwracając tym samym uwagę od finansowo-administracyjnego rozgardiaszu. Najlepiej zbombardować jeden z mocarnych regionów, na przykład Czad, po czym ograbić głodujących murzynów z resztek bawełny, bydła, ropy, ewentualnie gumy arabskiej.

Świat szaleje, dążąc powolutku do nieuniknionego kataklizmu, natomiast ja pogrążony w dywagacjach dotyczących znaczenia emigrantów polskich dla losów naszej ojczyzny. Dlaczego dziennikarze albo politycy stronią od zdecydowanej kampanii propagandowej na rzecz powrotu krajanów z ziem obcych na ojcowiznę? Nikt nas nie zachęca, nie kusi, nie woła na pomoc. Sam fakt istnienia podobnej akcji – odpowiednio zintensyfikowanej, nieustannej, choćby ogołoconej z wabików materialnych – wzbudziłby w uchodźcach niepewność, deliberację, rozważenie opcji. Czyżby minimalizowanie naszego zagranicznego potencjału ludzkiego wynikało z kompleksów niższości wobec zachodu i przeświadczenia, że uciekinierzy wyszydzą motywacje apelujące o zmianę zdania?

Może uznacie mnie za pyszałka: „Wyrwał za mamoną, a teraz poucza, abyśmy błagali go o repatriację! Zamorski erudyta! Biedny, zbagatelizowany defetysta! Sam się inspiruj, dezerterze!”.

Niewątpliwie istnieją osobnicy, doznający podniecenia z powodu byle wywyższających ich konkluzji. Używanie pseudointelektualnych – pozornie logicznych – argumentów w emocjonalnym ferworze to zjawisko wiekowe, stąd prawdopodobnie automatyczne wykreślanie emigrantów z listy praktycznych rozwiązań krajowych bolączek. Tymczasem pomyślmy: oddalenie od matki nie oznacza ani zaniku dziecięcej miłości, ani znajomości najlepszych środków zaradczych dla rodzicielki. Tym samym, patriotyczny ziomek poza granicami posiada predyspozycje i do entuzjastycznego powrotu w domowe pielesze, i do przedstawienia trafnych koncepcji ku dobru natywnego społeczeństwa.

Rozumiem wszelako przyczyny pesymistycznego stosunku lojalistów znad Wisły do rodaków na tułaczce, gdyż nie każdy wędrowiec należy do grona świętoszków. Nikt nie przepada za dwulicowością, zaś funkcjonuje masa Polonusów pozujących na światowców w momencie postawienia nogi na lotnisku w Warszawie, lub w trakcie zwykłych kontaktów (telefonicznych, internetowych). Nagle, po niespełna paru miesiącach u zachodniego pana, zapominają rodzimych słów, zaciągają akcentem, patrzą z góry na wymiętoloną polską ciżbę oraz (co najgorsze) lekceważą rozterki miejscowych (ponieważ należą już do cudzoziemców). Ględzą o prześwietnej sytuacji tam, lecz unikają prężnego zaangażowania się tu, poniekąd papugując obce tuby agitatorskie. Powtarzają uparcie wyświechtane formułki: „Bo w Niemczech czyściuteńkie chodniki!”; „Bo w Hiszpani kawiarenki pod palmami!”; „Bo w USA świetne autostrady!”; „Bo płacą więcej!”. Irytują pozostałych swoją inercją, pychą, pogardą, bzdurzeniem o rzeczach wiadomych z telewizji. Książki od kołyski nie przeczytali, słoma z butów bucha kłębami, aliści po skasowaniu odrobiny euro doświadczyli transformacji w salonowców! Jeno w pysk strzelić, z elektoratu wywalić, obywatelstwo odebrać!

Zdrajcy emigranci

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Widzicie?! W diabła się przeistaczam! Odstępuję od rozsądnego dialogu na rzecz krewkich pyskówek! Nie potrafię zachować zimnej krwi w celu podtrzymania stabilnej dyskusji, bowiem dotykam kwestii, na których filozofowie zęby połamali! Żądam zbyt wiele od starganych życiem rodaków: powątpiewania indywidualnego punktu widzenia; wysłuchania tudzież dosadnego pojęcia poglądów drugiego; zaniechania czczenia wytartych patentów w imię innowacyjnych pociągnięć. Wymagam śmiałości rozwodu z ukochanymi teoriami, czyli wyczłapania ze smrodliwego bagienka własnych idée fixe. Marzę o porzuceniu fetyszów, pozwalających wywrzeszczeć kultowe slogany w twarz bogu ducha winnego człowieka – wyłuszczam nobliwe projekty nieznanym czytelnikom, być może gotowym zabić za transparent z bojowym hasełkiem, za dewocjonalną statuetkę, za flagę z gwiazdkami ułożonym w kółeczko, za logo nadgryzionego jabłuszka. Prowokuję skoncentrowane w talizmanach dogmy, oferujące fikcję tożsamości dla ludzi pozbawionych charakteru czy aspiracji. Życzę sobie powodzenia w przekonywaniu mas nieprzekonanych przez mędrców nad wyraz przekonywujących. Och, ja nieszczęśliwy: pragnę skokietować, a obrażam; pragnę zintegrować, a polaryzuję; pragnę dodać otuchy, a sieję gniew!

Pozwólcie na opanowanie rozdygotanych emocji, na skonkretyzowanie rozchybotanych wywnętrzeń…

Gdy model funkcjonowania międzynarodowej kumuny ujawnia oczywiste absurdy (wegetacja w kredycie; lawinowe dodrukowywanie pieniędzy; wyzysk biednych państw; zabijanie dla wskrzeszenia pokoju; mieszanie niekombatybilnych kultur; urągająca sensowności polityczna poprawność; rozrzut wynagrodzeń nieznany nawet w erze feudalizmu; produkcja artykułów z inżynieryjnie zaplanowaną ultrakrótką żywotnością; jedzenie zlepków chemicznych zamiast potraw nazywanych żywnością; edukacja gwoli przystosowania do obsługi systemu w miejsce krzewienia kreatywności; galopujący wzrost przyjmowania leków nasennych, przeciwdepresyjnych, witaminizujących, energizujących, przeciwbólowych, pobudzających, relaksujących; hołdowanie facetom kopiącym piłkę, gwiazdom kucharstwa, lipnym aktorom z beznadziejnych oper mydlanych, rekordzistkom operacji plastycznych, bezmózgowym ekscentrykom; wykupywaniu komercjalnych banków przez podatników; itd. – dodajcie osobiste spostrzeżenia) – gdy błazenada przejmuje kontrolę nad trzeźwiością, racjonalne wyjście stanowi utylizacja poprzednio pracujących paradygmatów, i.e. strategiczny odwrót do podstaw.

Fundamentem zdrowego bytu jest jednomyślność, rozgromiająca wszelakie machiny perswazyjne (kumunistyczne, kapitalistyczne, religijne, marketingowe). Jednomyślność kiełkuje najszybciej w populacjach jednorodnych (historycznie, obyczajowo, językowo), w których konsens wypływa z serc, bez urzędowej moralistyki, torując drogę wpierw do humanistycznego postępu (wspaniałomyślności, otwarcia, tolerancyjności, empatii, pokory, poświęcenia, uczciwości, samokrytyki, nieagresywności), a konsekutywnie do poprawy fizycznych warunków egzystencjalnych. Rewersja tego naturalnego porządku rzeczy – forsowanie natychmiastowej integracji z zaawansowanymi cywilizacjami – konstytuuje utopię o dosięgnięciu hipotetycznego szczęścia poprzez wyrównanie poziomów konsumpcji, nabywanie importowanych produktów, wcielanie nieporęcznych w danym środowisku praw, naśladownictwo, uległość, padnięcie plackiem pod nogami dobroczyńców. Kolonializm nigdy nie rozanielił żadnego szczepu na ziemi, aczkolwiek zniszczył ewidentnie ufność całych grup ludzkich w samostanowienie.

Zamiast kopiowania efektów, proponuję kopiowanie postaw do efektów doprowadzających. Cóż takiego Niemcy, Anglicy względnie Amerykanie robią lepiej, niż Polacy? Ano nic – oni po prostu bardziej w siebie wierzą. To ich styl bycia – konduita – pociąga, omamia, zdobywa aplauz, zasysa najlepszy narybek w obręb ich granic, wzmaga pozytywizm, stymuluje do roboty, katalizuje progres. Smutasy, przestępujące z nogi na nogę ze wstydu, niewiele zmajstrują. Wiara we własne siły wykuwa kamień węgielny niezależnego rozwoju, tworzenia alternatyw, dokonywania przełomowych odkryć, cementowania dumy narodowej, budowania harmonii społecznej.

Nie zagrzewam do nadętej propagandy sukcesu rodem z PRL-u, ale do nowoczesnej aktywizacji polskiej marki, aby zwłaszcza nasi emigranci zaczęli postrzegać ojczyznę jako miejsce atrakcyjne, gdzie można ochoczo powrócić – taktyka łatająca dziurę demograficzną swojakami, ożywiająca rynek pracy, wzmagająca jakość usług, podnosząca płace. Namawiam do internalizacji odmiennego stanowiska od globalizacyjnej euforii, służącej raptem międzynarodowym korporacjom, nie zaś przeciętnym zjadaczom chleba.

Rzetelna introspekcja doprowadzi do podważenia stereotypowych o nas osądów, wyeksponowania naszych mocnych punktów, pragmatycznego wykorzystania konkluzji, wywindowania rangi tzw. Polish brand. Bądźmy sobą! Nie pozwólmy samozwańczym, jazgotliwym mądralom wciągnąć Lachów w wir przygnębienia!

Już niedługo opiszę wszystkie zalety, które Polacy posiadają, ale o których nie wiedzą (lub których nie nagłaśniają – chyba przez skromność, a może przez samobiczowanie narzucone z zachodu).

Na razie!

Grzesio Polak

Listy do Polski 20 - Masa krytyczna #20 – Masa krytyczna | #22 – Nic nie znaczące erraty Listy do Polski 22 - Nic nie znaczące erraty

Publikacja umieszczona w kategorii LISTY DO POLSKI | Format PDF (0.5 MB) – pobierz tutaj Pobierz publikację Listy do Polski 21 - Polish brand - w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: