Listy do Polski 28: „Moja Polska alternatywna”

Drodzy Rodacy!

W jednym z moich poprzednich listów obiecałem wyłuścić, dlaczego uważam Polaków za nację alternatywną. Stosowna chwila wreszcie nadeszła!

Natchnienie mnie naszło podczas przeczesywania sieci w celu znalezienia rodzimych stron internetowych, które oferowałyby „wiadomości alternatywne”, czyli odizolowane od wpływu głównego nurtu mass mediów. Początkowo nie mogłem takowych portali wywęszyć, gdyż popełniłem błąd semantyczny: konspiratorzy znad Wisły kryją się pod sloganem „niezależności” – nie „alternatywności”. Różnica poniekąd niewielka, aczkolwiek pobudzająca do deliberacji…

Alternatywność sugeruje jakąś przeciwstawność, a w powiązaniu z rozpowszechnianą informacją podkreśla opozycję do utartego punktu widzenia.

Niezależność implikuje, w pierwszym rzędzie, autonomię, obiecując przeto nieskażoną dogmami wypowiedź.

O ile obie postawy wymagają odwagi, o tyle alternatywność przedstawia pojęcie dużo węższe, zakładając konieczność namierzenia odnośnika (koncepcji, fasonu, wiary itd.), na podstawie którego budujemy antagonistyczne spojrzenie na sprawę. Słowem, dany bodziec wyzwala kontrę. Z kolei niezależność, sensu stricto, wyklucza odwoływanie się do jakichkolwiek krążących przeświadczeń, zaś jej płodem powinny być konstruktywne i inspirujące myśli.

ALTERNATYWNOŚĆ = ODMIENNOŚĆ

(rezultat analizy już znanego)

NIEZALEŻNOŚĆ = WOLNOŚĆ

(popęd do tworzenia jeszcze nieznanego)

Czysta niezależność nie istnieje, ponieważ przeczy zasadniczym prawom: przyrody, fizyki, socjologii, logiki itd. Na przykład, jesteśmy zależni od tlenu w powietrzu, pokarmu, przyciągania ziemskiego, symbiozy biologicznej czy kooperacji w nawet najmniejszej ludzkiej komunie. Z tych powodów krzewiciele niezależności definiują, od czego chcą się konkretnie uniezależnić (od rodziców, czekolady, zranionej miłości, gier komputerowych, telewizji, długów, konsumeryzmu, komunizmu, szczepionek, Banku Światowego oraz innych pojedynczych natręctw, programów, instytucji bądź systemów), bowiem nie mogą zrzucić wszystkich egzystencjalnych pęt naraz – wówczas przestaliby żyć. Otrącone uwarunkowania traktują jako szkodliwe, proponując pozytywne warianty, w związku z czym praktykują alternatywność zamiast autentycznej niezależności.

W kontekście polskim, niezależność kojarzymy zazwyczaj z suwerennością narodową, co wynika niewątpliwie z wydarzeń zaprzeszłych, których wspomnienia dziedziczymy z pokolenia na pokolenie. Wiekami cierpieliśmy najazdy, rozbiory, obce rządy, cudze indoktrynacje, miażdżenie młotem silniejszych ekonomii, falowanie granic kraju albo kompletne znikanie z mapy. Niejeden pozorny sojusznik nas zdradził, wykiwał, wykorzystał, obdarł, zmaltertował, wyśmiał. Nasze wyjątkowe zapędy opiniotwórcze, obecne na każdym szczeblu społeczeństwa, są podszyte tęsknotą do swobody oraz dowartościowania się – orientacja naturalna dla nacji wielokrotnie zgnębionej i wzgardzonej. Cechuje nas tym samym podejrzliwość zakrapiana zadziornością, toteż dysponujemy perfekcyjnym charakterem do wzniecania burzliwych polemik. Dowolny postulat przedstawiony Lachowi wywoła niemalże odruchową, czupurną ripostę, wyrażoną w rozmaitych formach: „Nie!”; „A niby dlaczego?!”; „Zaraz, zaraz – nie tak prędko!”; „Doprawdy?!”; „A toś walnął jak łysy warkoczem o beton!”. Nawet reakcje super kulturalne („Co ma pan/pani na myśli?”), odzwierciedlą wewnętrzną, jakże swojską, przekorność – niezależnie od wysiłków artykulacyjnych, wyda nas buńczuczność w oczach plus lekko ironiczny uśmieszek. Nie należy się więc zdumiewać, iż delikatni cudzoziemcy odbierają powyższe obiekcje negatywnie, nazywając je cynizmem, podczas gdy my manifestujemy bardziej bezpruderyjną odmianę dociekliwości na bazie historycznie ukształtowanej rezerwy. Wszak kto pyta, nie błądzi.

Skoro władamy wrodzonymi predyspozycjami do buntowniczych nastawień, wzięcie polskich „niezależnych” stron internetowych powinno sięgać zenitu, tymczasem zenitu sięga tylko moje zdumienie. Pobieżna analiza statystyk rebelianckich newsów wykazuje, że ich chodliwość jest znikoma. Porównując wizyty na najpopularniejszym z „niezależnych” portali, z wizytami na standardowych portalach informacyjnych, stosunek wynosi:

  • 1:100 – zestawiając „niezależnych” z wiadomościami lokalnymi (domeny miejskie, okręgowe) lub z ogólnokrajowymi serwisami społecznościowymi, których użytkownicy dzielą się doniesieniami bądź ciekawostkami, podając linki do oryginalnych źródeł w sieci;
  • 1:200 – zestawiając „niezależnych” z mniej poczytnymi wiadomościami ogólnokrajowymi;
  • 1:400 – zestawiając „niezależnych” z masowymi wiadomościami ogólnokrajowymi.

Zatrważające proporcje – jeszcze gorsze po uwzględnieniu w rachubach aplikacji czkających wynurzeniami osobistymi (Facebook, Twitter, Nasza Klasa itp.). Czyżby na jednego żądnego prawdy przypadały setki obojętnych, pierzchliwie mknących na indoktrynacyjną rzeź owieczek? Czyżby znamieniem polskiej nacji była jednak uległość, zaś poprzednio opisana niesforność rozpościerała raptem zasłonę dymną nad podświadomym lizusostwem? Pokrzykujemy i wymachujemy szabelkami dla efekciarstwa, lecz cichaczem preferujemy wpełznąć pod kontrolujący, propagandowy but? Rodzaj komunalnego masochizmu, polegającego na rozkoszy doznawania agitacji po werbalnym sprowokowaniu agitatora?

Nie, nie, kochani… Zimne statystyki, interpretowane w oderwaniu od konszachtów z naszym codziennym życiem, doprowadzają do wniosków zaiste absurdalnych, zakładających funkcjonowanie podporządkowanych czemukolwiek ziomów; równie abstrakcyjnym byłoby rozprawianie o potulności rekinów białych, jako że zdecydowana większość z nich nigdy nie zaatakowała człowieka.

Wyeksplikowanie dziwnego krajowego trendu, to znaczy okrutnej przewagi poniekąd oficjalnych tub kumunikacyjnych w środowisku o głęboko zakorzenionej nieufności, kryje się w przystosowaniu tychże tub do potrzeb rynku poprzez adaptację… „alternatywności”! Po ponad dwudziestu latach tułaczki po świecie oraz niedawnym dwumiesięcznym pobycie w ojczyźnie śmiało obwieszczam, że tak zwane „środki przekazu głównego nurtu” w Polsce spełniają warunki „wiadomości alternatywnych” w rozumieniu zachodnim.

Polska alternatywna

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Podejrzewam już Waszą albo niewiarę, albo protesty (zdanie reprezentujące swojski zarodek dyskusyjny: ja podejrzewam, Wy nie wierzycie), ale pozwólcie zmumifikowanemu amerykańskim, anglosaskim tudzież afrykańskim praniem mózgu emigrantowi przytoczyć argumenty wyjaśniające. Otóż trzonowe platformy internetowe w Polsce, rozsiewające nowiny o szerokim wachlarzu tematycznym (wydarzenia, polityka, ekonomia, rozrywka, motoryzacja, zdrowie, turystyka itd.), odwiedzane od pół do dziesięciu milionów razy na dobę (dane podług domeny – liczby olbrzymie jak na niespełna czterdziestomilionowe państwo), posiadają dalekie od formalnych cechy charakterystyczne, wymienione poniżej.

  1. Niemalejące poszanowanie długich tekstów (pięćset słów stanowi absolutne minimum), przeplatających krótsze komunikaty. Chwała redaktorom za urozmaicenie z reguły suchych aktualności interesującymi artykułami, felietonami czy wywiadami. Zbudowane z pełnych zdań i upstrzone faktami polskie teksty odbiegają od zdawkowych (nierzadko fatalnie gramatycznie skonstruowanych) doniesień obcojęzycznych. Porównanie dotyczy portali wyspecjalizowanych w dystrybucji wyłącznie wirtualnej. Nasze internetowe media przypominają klasycznie wydrukowane magazyny, natomiast importowane news online to maszynki plujące jałowymi streszczeniami.
  2. Strzeżenie się niczym ognia powtórzeń. Swojscy edytorzy omijają relacje z szablonu, czyli modne zagranicą dodawanie poprzednio roztrąbionych wątków pod koniec uaktualnień. Powiedzmy, że nastąpiła katastrofa samolotu, więc z godziny na godzinę nadciągają gorące słuchy o losach zaginionych, zapisach z czarnych skrzynek, teoriach ekspertów itp. Szlag czytelnika trafia, kiedy widzi pod dwoma paragrafami konkretnych nowości dwadzieścia kolejnych paragrafów, przekalkowanych z minionych biuletynów: dwupłat leciał stamtąd tam; spadł tego dnia, o tej godzinie, w tej okolicy; na pokładzie było tylu i tylu pasażerów; ostatnia notyfikacja pilota brzmiała „So long. Seven-aught-seven out.”. Sztuczne nadymanie treści zostanie z mety zauważone przez niepobłażliwą publiczność polską, po czym szyderczo wydrwione: „Pismakowi zabrakło konceptu! Wciska stare śmieci, aby upozorować ciężką dziennikarską robotę! Skrobie cięgiem to samo, darmozjad!”.
  3. Zamieszczanie publikacji ewidentnie obrazujących zapatrywania autora (ewentualnie sondowanego rozmówcy). Kierunki ideologiczne nie grają roli, służąc jedynie wziecaniu wymiany poglądów. Kochamy drobne i poważniejsze swary do takiego stopnia, że reporterzy przemycają własne przekonania w złudnie neutralnych, banalnych notkach:
    • po pierwsze, robią to bezwiednie (bo są Polakami);
    • po drugie, respektują nastroje klientów (przedkładających szczerość ponad indyferentyzm);
    • po trzecie, język polski wręcz zachęca do szmuglowania dyskretnych sugestii (nasza mowa nokautuje kolorytem angielszczyznę, umożliwiając uzyskiwanie pokaźnego rozrzutu emocji ukrytych w przekazie, bez rozwlekłych deskrypcji oraz bez zabarwiania konwersacji przesadną gestykulacją, mimiką twarzy albo tonem głosu).

    Na przykład, tytuł „MSZ rozdaje dotacje” suponuje pejoratywne namiętności autora wobec strategii subwencjonalnej Ministerstwa Spraw Zagranicznych (nagłówek „Zwycięzcy konkursu na dotacje MSZ-etu” wiałby nudą). Narracja może zawierać:

    • zawadiackie, lapidarne pytania („Za co?”; „Niby kiedy?”);
    • impertynenckie synonimy („przepchać” zamiast „przegłosować”; „hojność” zamiast „wsparcie”);
    • kąśliwe przymiotniki, zdrobnienia, spójniki i partykuły („misiaczek”; „bodajże”; „a jednak”; „rozsierdzony”).

    Frazeologiczne kombinacje polszczyzny nie mają sobie równych, automatycznie przynęcając – w zasadzie wymuszając – odmalowanie głębszych odczuć, które adresat nieomylnie przechwyci jako smutek, rubaszność, zachwyt, zgryźliwość, rozrzewnienie, złość, optymizm itd. Trudno będzie anglojęzycznemu bractwu wyegzekwować tak momentalny efekt, ponieważ gospodarują uboższym arsenałem smaczków lingwistycznych.

    Niedowiarków zagrzewam do przełożenia na dowolny język następujących ojczystych wyrazów:

    • morda, mordka, mordeczka, mordula, mordaty, mordasty, mordziasty;
    • niech, niechby, niechże, niechaj, niechajby, niechajże, niechżeby, niechżeż, niechżeżby.

    Życzę powodzenia!

  4. Dopuszczanie komentarzy odbiorców przesądza o zakulisowej atmosferze polskich serwisów informacyjnych. Rodacy o przeróżnym wykształceniu czy pochodzeniu ochoczo korzystają z okazji do publicznego wygadania się, wypełniając przestrzenie pod agencyjnymi kawałkami morzem indywidualnych werdyktów, oznajmianych siarczyście lub grzecznie, humorystycznie lub patetycznie, prostacko lub elokwentnie, bagatelizująco lub roztropnie – cybernetyczny wszechświat ocen, który nie tylko symbolizuje obywatelską burzę mózgów, ale i zapewnia odnalezienie bratnich dusz. Oto my! Tacy jesteśmy! Niech panuje wypadkowe, nie odgórne!
  5. Od paru lat obserwuję systematyczną eliminację sekcji, przeznaczonych na prywatne uwagi użytkowników portali medialnych – taktyka realizowana ponoć w imię wykarczowania obraźliwych deklaracji, które dyskryminują pewne grupy społeczne, lecz de facto kneblująca głos ludu na rzecz nowomowy (ujednoliconych, pasywnych, bezuczuciowych dyskursów). Człowiek ostrzeliwany obojętnością, pozbawiony jednocześnie szansy na skrytykowanie forsowanych anonsów, odnosi wrażenie alienacji, bowiem nie dostrzega sobie podobnych bliźnich. „Jestem osamotniony z moimi sentymentami! Albo wszyscy są ślepcami, albo oszalałem!”

    Tymczasem wirtualne media nad Wisłą mężnie odpierają globalny przechył w stronę obdzierania internetu z jego esencji, czyli interaktywności. Pobłażliwa moderacja zaręcza dodatkowo ekspolzywność dialogów na necie, wyzutych często z pretensjonalnej galanterii. Demonstracja grubiańskości wcale nie gwarantuje gremialnego poparcia, a wręcz przeciwnie – wulgarność pospołu z ekstremizmem są łajane niemiłosiernie. W tym miejscu Polacy obalają mit o nieodzowności urzędowej kontroli sieciowych rozhoworów, gdyż dyskutanci kontrolują siebie nawzajem, besztając chamów, fundamentalistów, nieuków, kłamców bądź baranów kaleczących gramatykę. Żadna państwowa dyrektywa nie nauczy więcej, niż bezpośrednia edukacja od zioma.

    Gdyby przenieść rodzime forum do Niemiec, praktycznie każdy uczestnik dysputy wylądowałby za kratami za prześladowanie niewinnych, wichrzycielstwo, brutalność, terroryzm. Dziwne: wszak przewodzimy w rankingach najbezpieczniejszych krajów na świecie…

Polskie dusza i język przeciwdziałają lansowaniu „politycznej poprawności”. Inaczej mówiąc, jesteśmy narodem konstytuującym idealny rynek do chłonięcia przekazów o klimacie alternatywnym, czego dowodzi styl naszych najbardziej lubianych wirtualnych mass mediów: dłuższe teksty; zabiegi o niepowielanie identycznych treści; prezentacja wielorakich przekonań; okazjonalna utylizacja form literackich; zgoda na anonimowe komentarze; liberalna moderacja uwag czytelników. Zachodnie witryny alternatywne, sprzeciwiające się wszechmocnemu status quo, używają bardzo zbliżonego stylu komunikacji, pragnąc zaakcentować swój odrębny od oficjalnego nurt, podczas gdy w Polsce zaznaczanie takiej odrębności jest zbędne – nasz główny nurt jest właśnie alternatywny. Dlatego podczas pobytu w kraju nie miałem żadnych inklinacji do szukania „prawdziwych” („uczciwych”) wiadomości – byłem nimi otoczony.

Pączkują za to lokalne ugrupowania „niezależne”, stając oko w oko z już alternatywnym tłumem Lachów, napalonym na kwestionowanie czegokolwiek na już gotowych – wcale potężnych – alternatywnych portalach, dysponującym także (na domiar złego) baterią periodyków i gazet o wszystkich wyobrażalnych odcieniach politycznych. Wskutek tej dobitnie niekorzystnej sytuacji koninkturalnej, „niezależni” dokładają starań, aby jednak się od czegoś uniezależnić, aczkolwiek mordercze to zadanie, skoro naród ma pęd ku niezależności, a przynajmniej alternatywności, wybity w kodach genotypu. Cóż więc „niezależnym” przyjdzie uczynić? Jak ziścić sen o nabyciu renomy „niezależnych”, wegetując w masie z gruntu niezależnych? Jak skusić do „niezależności” niezależne towarzystwo? Otóż wypada kroczyć śladami liderów alternatywności zza Odry – odrzucić przewodzący status quo, będący w kontekście polskim akurat zaawansowaną alternatywnością, w zasadzie niezależnością.

Dochodzi więc do ewenementu historycznego: „niezależni” odtrącają niezależność! Budują stronę internetową o przeciwstawnej do alternatywności specyfikacji: jednostronna ideologicznie osnowa artykułów; cytowanie sensacji zaciągniętych z tabloidów; usunięcie kącika „Komentarze” (lub surowa weryfikacja postów gości, z następową dyskwalifikacją „niepoprawnych politycznie” dygresji).

Najciekawszym wyróżnikiem krajowych „niezależnych” jest absolutna poddańczość wobec wybranej, silnej doktryny, czyli filozofia programowa oparta na skrajności (anytsemityzm; ksenofobia; szowinizm; katolicki fanatyzm). Zamiast błyszczeć niezawisłością od lewicy i prawicy, od średnicy i smuklicy, od przyłbicy i gromnicy, praktykują spektakularną dependencję, którą promują apodyktycznie. Dla przykładu, na paru dostępnych listach wyszczególniających wylęgarnie „niezależnych” wieści, figuruje Radio Maryja. Domniemywam, że Radio Islam należy uznać za współmiernie „niezależną” rozgłośnię.

Polski hejter

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Słowem, polscy „niezależni” przenoszą góry w celu odtworzenia portalu o profilu typowym dla„poprawnych politycznie” zagranicznych środków masowego przekazu. Dzieciak zatem odgadnie, dlaczego „niezależni” ponoszą sromotną kleskę na rynku: suną na opak gustom alternatywnych rodaków! „Niezależni” odstraszają niezależnych krańcową zależnością!

Pod szyldem „niezależności” rodzą się też „tolerancyjni” – samozwańczy strażnicy wielkoduszności, powołani ku tłamszeniu naszej renomowanej nietolerancyjności. „Tolerancyjni” budują strony donosicielskie, gdzie kaperują jednostki nękane ciągotami do szpiclowania. Skokietowani powabem „tolerancyjności” podglądacze (ekwiwalentni tajnym współpracownikom ery PRL-owskiej) wertują sieć w poszukiwaniu objawów nienawiści w odniesieniu do religii, rasy, kultury, wagi ciała, koloru włosów itd., a znajdują takowe w refleksjach, pozostawionych nieopatrznie przez przeciętnych zjadaczy chleba w dziale „Komentarze” na przypadkowej witrynie polskiego wiodącego nurtu alternatywnego. Kilkają myszką, sylabizują, interpretują etniczny jad, stukają w klawiaturkę, dają cynk szefom z „tolerancyjnej” organizacji, którzy natychmiast powiadamiają prokuraturę o potwornych przestępstwach: ktoś napisał „do cholery z tymi imigrantami”, inny znieważył księdza przydomkiem „batman”, następny zbulwersował populację afrykańską terminem „Murzyny”. Syzyfowa harówa – po każdej denuncjacji wypełza tysiące świeżych objawów nienawiści, zaś organa policyjne (alternatywne, bo polskie) ignorują wnioski „tolerancyjnych” o ściganie po forach nietolerancyjnej zgrai, co jest chyba trzeźwą decyzją, albowiem nie sposób zaaresztować prawie całego elektoratu. Zresztą, sami „tolerancyjni” udowadniają swoją nietolerancyjność poprzez nietolerowanie nietolerancyjności – bezczelnie bezczeszczą dumę nietolerancyjnych szykanami o podłożu pseudo-tolerancyjnym!

Och, ma Polsko alternatywna: nic bym w Tobie nie zmienił!

Grzesio Polak

Listy do Polski 27 - Jak te bursztyny na niebie #27 – Jak te bursztyny na niebie | cdn.

Publikacja umieszczona w kategorii LISTY DO POLSKI | Format PDF (0.6 MB) – pobierz tutaj Pobierz publikację Listy do Polski 28 - Moja Polska alternatywna - w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

2 Responses to Listy do Polski 28: „Moja Polska alternatywna”

  1. Jak dla mnie to pozytywny artykuł. ‚Polityczna poprawność’ to coś paskudnego. Szczerość (nie mylić z chamstwem) to rzecz ożywcza jak świeże powietrze. Potrafi być dla niektórych bolesna, ale jeśli jest konstruktywna może być większym dobrem niż udawanie, że nic się nie dzieje. A ‚Murzyn’ to bardzo ładne polskie słowo. Określa kogoś rasy czarnej i bez dodanego epitetu jest neutralne. Wreszcie fanatyzm i polaryzacja mają swoje dobre i złe strony. W Polsce nigdy nie wychodził żaden totalitaryzm, więc i te dwa pojęcia najczęściej dobrze się mają jedynie w czczej gadaninie rodaków.

    • Dziękuję za komentarz, do którego nic dodać, nic ująć. Niedługo powrócę do Polski – tam mogę zwyzywać kogokolwiek za lenistwo, opryskliwość bądź idotyzm bez bycia nazwanym rasistą.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: