Lekarz stylu życia

Polityczna poprawność cichcem przesiąknęła piękną profesję Grzesia, nadając rozmowom lekarza z pacjentami rytm i frazeologię podobną do kurtuazyjnego szczebiotu – obdartego ze szczerości ceremoniału, wyreżyserowanego do maciupeńkich szczególików przez niewidzialnych speców od uniformizacji ekspresji werbalnych, tonu głosu, mimiki, gestów tudzież strojów. Setki regulacji reguluje rozregulowanego doktora, ażeby nie popełnił przypadkowego afrontu wobec zgłaszających się po porady cierpiących, przekształcając konsultacje medyczne w dworskie wymiany grzeczności. Obwarowane protokołami dyplomatycznymi spotkania głów państw, ewentualnie audiencje u królowej brytyjskiej, wieją tożsamą atmosferą, aczkolwiek nie zapachem.

Przymiażdżony toną rozporządzeń oraz pozbawiony prawa wykorzystania instynktu, powołania bądź czystego sumienia, Grzesio niezdarnie odgrywa narzuconą rolę teoretycznego eskulapa idealnego, tłumiąc w sobie predylekcje do prostoduszności, otwartości, przyjacielskości, zaś nade wszystko do chęci efektywnej pomocy. Dowolna atentyczna reakcja, wszak dorzeczna i trzeźwiąca, została już dawno okrzyczana przez samozwańczych strażników moralności grubiaństwem, chamstwem, rynsztokiem, zezwierzęceniem, zbrodnią przeciwko ludzkości, dyskryminacją maluczkich, w sumie rodzajem burżuazyjnego atawizmu, natomiast w RPA mimowiedne przejawy sensownej bezpośredniości grożą oskarżeniami o rasizm rodem z aparteidu.

Biorąc kolejną teczkę pacjenta ze stosu na blacie, potulnie wychodzi do wrzaskliwej i wypełnionej po sufit poczekalni, staje na baczność niczym kamerdyner w salonowych drzwiach, po czym z przemiłym uśmiechem na ustach anonsuje uroczyście: „Lady Ntombifuthi Tshabalala*!”. Powtarza trzykrotnie, bowiem harmider w korytarzu zagłuszyłby kanonadę armatnią, nie wspominając o miękkim gruchaniu wystraszonego białaska. Po chwili widzi sisi** o tonażu dwóch wykidajłów, dokładającą starań powstania z fotela: opierając ręce na trzeszczących podłokietnikach, przy akompaniamencie chichotów reszty otyłego towarzystwa, próbuje wydźwignąć ciało do pozycji pionowej. Jej wysiłki kończą się fiaskiem, co oznajmia rubasznym rżeniem. Fotel, pomimo standardowych gabarytów, sprawia wrażenie paradoksalnie maleńkiego mebelka, więc inne sisi podchodzą na ratunek – ciągnąc uwięzioną w siedzisku za ramiona, operując z kunsztem operatorów dźwigów stoczniowych, ostrożnie stawiają niebogę na nogi. Wyswobodzona sisi zaczyna sunąć w kierunku gabinetu, sapiąc jak parowóz. W końcu dociera do kozetki, na którą wdrapuje się ślamazarnie, a następnie przysiada na pośladkach, każdy o wielkości olbrzymiej poduchy wiejskiej, ziweszając przez brzeg łóżka monstrualne uda, każde o średnicy kolumny Zygmunta – dwudziestopięcioletnia, stutrzydziestokilogramowa lady w piątym miesiącu czwartej ciąży, przyodziana w super ciasne „rurki” o kolorze czarnym (coby sprytnie wyszczuplić sylwetkę), jest gotowa do zwierzeń, badania czy porady.

Po ukłonie wpół, kordialnym przedstawieniu się nazwiskiem nie do wymówienia poza Polską, sztampowych pozdrowieniach przeplatanych sympatycznymi grymasami, Grzesio rejestruje litanię objawów nękających bidulkę: zmęczenie, duszności, zgaga, kiepski apetyt, zatwardzenie, pieczenie złuszczonego naskórka w podbrzuszu, bóle w krzyżu i w kulasach. Zindoktrynowany na wskroś, prezentując wcielenie regulaminowej cnoty, kiwa główką: „Aha… Tak, tak…”. Sisi naciera z żądaniami leczenia jej poważnych dolegliwości, wręcz tortur niemożebnych, zatem w ruch idzie długopis przepisujący maść kojącą, tabletki przeciwbólowe, środek blokujący wydzielanie kwasu solnego, witaminki (niezłe ponoć na łaknienie, poniekąd na przebudzenie), syropek laksatywny. Później, w umizgach, z minką przepraszającą, dobierając słowa starannie, aby broń Boże nie obrazić murzynki-giganta, pan doktor delikatnie napomyka w kwestiach nieprzyjemnych: „Ma pani trochę nadwagi. Może dietka by pomogła, hę?”. Sisi ripostuje mocnymi argumentami: przecież straciła aż dwa kilogramy ubiegłego miesiąca; je tyle, co kot napłakał; płód wymaga nutrientów, toteż głodowanie stwarza chyba niebezpieczeństwo potwornych powikłań – czyż nie? Ryzykownie wzniecać kłótnie z zacietrzewioną babą, która bez trudu zabiłaby Grzesia niedbałym machnięciem ręki o bezwładności ciężkiej łopaty, dlatego obydwoje kwitują ostatnią – istotnie urągliwą – sugestię kulinarną z przymróżeniem oka: „Ej, co tam! Zobaczem po powiciu dzicka! Tera to se odpuściem postu!”.

Tymczasem prawidłowa instrukcja lakarska, celem dotarcia do przetłuszczonych neuronów sisi, powinna wstrząsać bezkompromisowością. Racjonalność wyklucza eufemistyczne umizgi, charakterystyczne dla politycznych debat o dupie Maryni, a przemycane pod postacią wzorców kindersztuby, zawartych w wytycznych dla pracowników służby zdrowia. Medyk o cnotliwym sercu, gorliwy zbawić nieszczęsną od niechybnej śmierci, wykrzyknąłby w przerażeniu: „Słuchajże kobieto! Proponuję tobie zerknąć dzisiaj w lustro i wytężyć wzrok – ujrzysz w odbiciu część grubasa, gdyż reszta wizerunku nie zmieści się w lustrzanych granicach. Ogół symptomów, które płynnie wyrecytowałaś, posiada korzenie w opasłości, niepodatnej zresztą na kurację pigułkami. Przestańże wchłaniać litrami Coca-Colę i zajadać stosy bułek, słodyczy, fast foodów czy karmy nazywanej „przetworzoną żywnością”, a twoje katorgi magicznie ustąpią jak z bicza strzelił. Jeżeli będziesz jednak kontynuować wegetację na paszy, umrzesz niedługo wskutek niewydolności serca, cukrzycy bądź udaru mózgu, osierocając równocześnie parę pacholąt. Zachwyty nad zrzuceniem dwóch kilogramów, co uwypuklasz niby fenomenalne osiągnięcie, stanowią klasyczny przykład przeczenia faktom – nawet dziesięciokilogramowe wychyły ciężaru twojego cielska nie znaczą nic, zależąc od masy ubrania, temperatury otoczenia, litrów już wyżłopanych płynów, ilości kursów do toalety, kalibracji wagi. Otwórz notatki ze szkoły podstawowej, poczytaj raz jeszcze na temat warzyw, owoców, kurczaczków, rybek, wody plus naturalnych węglowodanów – spożywanie tych skarbów ziemi, połączone z codziennym dwugodzinnym spacerem spowoduje, że po roku nabierzesz aparycji gwazdki filmowej, inspirując przy okazji dzieciaki oraz ucierając nosa ferajnie kobylastych sąsiadek, które obecnie entuzjastycznie dopingują ciebie do kroczenia sadłowatą ścieżynką ku przepaści, ponieważ same nie potrafią funkcjonować w stanie niespasienia. Jeśli nie umiesz odpędzić zmory łakomstwa, poproś o pomoc psychologa albo szukaj bratniej dłoni w grupie Anonimowych Tłuściochów. Żyjesz na garnuszku, z zadatków, karmiąc państwowymi pieniędzmi nawyk obżarstwa, uzurpując potem prawo do leczenia konsekwencji swojej niefrasobliwości znowuż za krwawicę podatników – wstydu z forsą oszczędź, ty lady! Sympatię pozyskasz jeno oficjalną, podług odgórnych rozporządzeń, ale nieformalnie w ludziach dobrej woli wzniecasz niesmak, złość, agresję. Do widzenia, lady! Życzę tęgich medytacji, krzepkich rezolucji i chudych lat!”.

Powyższa retoryka, zawierająca samą prawdę, brzmi rażąco brutalnie, skandalicznie tudzież partyzancko w ustach profesjonalisty z postrzeganym prestiżem nieuprzedzonego zbawcy. Misja doktorska polega niby na bezstronnej analizie oraz konsekutywnej rehabilitacji konkretnego problemu, bez przesadnego wścibiania nosa w cudze słabostki, potknięcia, manie itd. W Grzesiu rośnie jednak coraz większy opór przeciwko chronicznemu kojeniu proszkami objawów, będących banalnie prostymi do uniknięcia poprzez inicjację zmian w egzystencjalnej rutynie. Faszerowanie nieszczęśników, sponiewieranych nałogami, wszelakimi miksturami, zachęca do kontynuacji rozpusty – ktoś, jakoś, zawsze wygrzebie z bagienka męczarni po kolejnej dozie swawoli. Poza tym należy zastanowić się nad terminem „leczenie”: środki farmaceutyczne niekoniecznie „wyleczą” z beztroski, niedbalstwa lub obsesji, natomiast mocny ochrzan ma fantastyczne szanse na sprowokowanie myślenia, zdopingowanie do akcji, modyfikację postępowania. Obsztorcowanie pacjenta za oczywiste grzechy zostanie zapamiętane, chociażby w negatywnym kontekście („Znachor chyba oszalał! Ajatollah się znalazł! Prawi kazania wzorem księdza na ambonie, zamiast posłusznie uśmierzyć strzykanie w krzyżu! Do sądu z łapiduchem za impertynencję, za zniewagę, za dyskryminację, za mizoginizm, za terroryzm!”) – w tym sensie, odciskając pamięciowy ślad, okrucieństwo w formie bezpruderyjności działa pozytywnie, czyli rehabilitacyjnie.

Niestety, nad rozjuszonym słusznymi radami mózgiem świstają miecze paranoidalnej etyki, dzierżone w łapskach służbistów: oto natchnioniona utopijnymi hasłami banda lansuje mowę-trawę, kneblując usta rwące się do terapeutycznej tyrady! Rozmowa kontrolowana, panie! W miejsce bezpardonowego zbesztania każą utylizować pieszczotliwe napomknienia, oby tylko nie rozdrażnić frywolnych klientów, którzy mogą nasłać prawników do szpitala z posądzeniami o nienawiść – toż komunizm forsował łagodniejszą cenzurę!

Grube murzynki narzekające na rasizm polskiego doktora

Ilustracja: Szczepan Sadurski

Strona tytułowa magazynu Stowarzyszenia Polskiego w Kapsztadzie - Kapsztad.pl, październik-grudzień 2016, nr 38Spolegliwie więc, bez szemrania, naprawia palących astmatyków, połamanych pijaków, zainfekowanych brudasów, utuczonych nadciśnieniowców, krwawiących gangsterów, anemicznych narkomanów… Rzadko widuje autentyczne, samoistne patologie, o których niegdyś studiował w akademii medycznej – wówczas cieszy się jak mały chłopczyk, dziękując opatrzności za okazję wykorzystania rzetelnej wiedzy. Przerażająca większości przypadków pozostaje efektem niechlujności, nieodpowiedzialności, obojętności czy zwykłej głupoty. Ile wytrzyma w tym sztucznym konformiźmie, imitując ustalone centralnie formułki, gwałcąc bezustannie osobistą tęsknotę za doznaniem satysfakcji w wykonywanym zawodzie, nie pojmując już w ogóle swojej ważkości społecznej? System przepoczwarzył go w mechanika, łatającego dziury wydłubane ryzykownym stylem życia, remontującego na szybko obywateli spragnionych powrotu w wir obłędnego konsumeryzmu napędzanego ulotnymi podnietami. W imię popytu! W imię profitu! W imię wzrostu PKB!

Przynajmniej niech pozwolą Grzesiowi nakłonić „chorych” do profilaktyki – jego sposobami, na jego zasadach, w jego stylu, wobec białych i czarnych, niskich i wysokich, bogatych i biednych, blondynów i szatynów, łysych i kudłatych, takich i siakich. W szalonej rzeczywistości gonienia donikąd każdy potrzebuje nieprzebierającego w słowach, surowo karcącego, politycznie niepoprawnego lekarza – spochmurniałego anioła stróża.

Tekst opublikowany w magazynie Stowarzyszenia Polskiego w Kapsztadzie – Kapsztad.pl, wydanie październik-grudzień 2016, nr 38 (144).

—————————————————-

* Użyte nazwiska i imiona są fikcyjne, zaś jakiekolwiek podobieństwo do osób i zdarzeń jest przypadkowe i niezamierzone, aczkolwiek opisane sceny nie są wymyślone.

** Sisi w języku zuluskim oznacza kobietę niezamężną, zaś mama zamężną. Ponieważ większość czarnych obywatelek żyje samotnie, zatem automatycznie każda jest nazywana sisi, przynajmniej przez białych.

—————————————————-

Publikacja umieszczona w kategorii FILOZOFIA | Format PDF (0.6 MB) – pobierz tutaj Pobierz publikację Lekarz stylu życia w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: