Nowy rok (Część II)

Nowy rok - Część II

Potem znad horyzontu nadciągnął pan Cezary. Na etapie przedrozwodowym przeprowadzał raptem ataki zaczepne, dopadając Dorotę tu i ówdzie, po czym odpływał na odegłość zaręczającą niedostrzegalność. Zimno skanował rozwój wypadków, niczym obleśny sęp, szykując się do inwazji i definitywnego wypatroszenia ofiary – po prostu czekał, aż rozpustna żona wykopie męża z rodzinnego gniazda.

On, oczywiście, nie miał zielonego pojęcia o Cezarym, co nie było ewenemenem wśród rogaczy, notorycznie paradujących w imponujących rogach ku uciesze tłumów. Sensacyjne wiadomości o zdradzie dotarły zbyt późno, by konstytuować sprężynę przetargową na sali sądowej – Cezary zadbał o dyskretność, a na dobitkę władał orężem nie do zlekceważenia przez pospolitych konkurentów. Po pierwsze, był agentem firmy ubezpieczeniowej, więc krzewił politykę przechwytywania cudzego bez skupułów, czyli bez skłonności do zwrotu. Po drugie, wynagrodzenie w kręgach finansowych bezsprzecznie przewyższało pensję wykładowcy uniwersyteckiego, o czym świadczył Land Rover Freelander (prosto spod igły), za którego kierownicą zasiadał pachnący perfumami Hugo Boss, odziany w wyśmienity garnitur, błyskający spod mankietu zegarkiem TAG Heuer prokurent Cezary. Po trzecie, operował wszelkimi aplikacjami mobilnymi popularnymi na rynku, czyniąc z siebie komunikacyjnego guru, zalewającego kochankę potokami apoteoz przystrojonych ikonkami tudzież ekspresowo knującego schadzki w sprzyjających warunkach. Po czwarte, Cezary Szmidt brzmiało seksowniej niż Jan Pietraszka. Pokonany w przedbiegach Jan Pietraszka mógł tylko biernie obserwować zwycięską ucztę oponenta, raczącego się obfitymi łupami – Mr Szmidt przejął jego byłą kwaterę, eksploatował jego byłą żonę i odgrywał rolę papy wobec jego córki. Cezary i Dorota ani się nie pobrali, ani nie wyprawili hucznych zaręczyn, ani nie przebąkiwali publicznie, że koczują pospołu (tajemnica poliszynela, panie – on jeno wdepnął w odwiedziny na sekundkę), ergo wystrychnięli Jana na dudka, aby bezproblemowo ciągnął spłaty kredytu mieszkaniowego i uiszczał alimenty wedle rozporządzeń mądrej, bezstronnej Temidy. Stąd Cezary pomnażał majątek, spozierając z ubolewaniem na cepowatego Jana.

Cezary rozpostarł członki w apartamencie nie byle jakim: przestronnym, gustownie urządzonym, praktycznie rozplanowanym, totalnie osprzętowanym. Kilka suplementarnych gratek zapewniało gościowi luksusowy pobyt: parking podziemny, garderoba, pokaźny salon z aneksem kuchennym, spory balkon z panoramą zalesionych wzgórz za balustradą. O przytulność lokalu postarał się sam Jan, który czerpiąc energię ze swej ciesielskiej weny, wykorzystując najznakomitszy surowiec, w pocie czoła projektował, odmierzał, ciął, frezował, toczył, heblował, grawerował, kołkował, wprawiał, bejcował, lakierował. Większość mebli, boazeria i parkiety, dwa żyrandole, niektóre dekoracje czy przybory kuchenne stanowiły wizytówkę jego nieprzebranych zdolności – mieszanki smaku oraz dokładności, efektem których była elegancja połączona z solidnością wykończenia. Żonglował stylami, technikami i narzędziami, kreując cacka nie noszące żadnych śladów amatorszczyzny lub nowobogackiej kiczowatości, równoważąc użycie rozmaitych typów drewna innymi materiałami, unifikując swoje dzieła z pozostałymi elementami zwyczajnego domu w zbalansowaną aranżację. W ten świat, skomponowany z wirtuozerią przez Jana, wtargnął handlarz polisami Szmidt, który wcisnął dupsko w obitą rdzawobrązową skórą, dębową sofę, po czym wywalił kulasy na blat bukowej ławy. Leniwie włączył pilotem wentylator sufitowy (coby schłodzić knujący bezustannie łeb), przeciągnął się, westchnął rozkosznie, przygarnął niedbale wniebowziętą Dorotkę do siebie, zaś drugim pilotem odpalił plazmę. Wyziewy kanałów roziskrzyły zmysły awangardowej pary, nokautując zaokienny pejzaż soczystej jesieni, zapierającej dech paletą zlewających się odcieni oranżu, bordu, brunatu i szafranu – ta kolorystyczna zamieć gasiła ostatnie plamki zieleni, bezradnie walczące o pamiętną jeszcze letnią hegemonię.

Jesienny las

Telwizyjny amalgamat ornamentyki CGI z jednostajnym dudnieniem głośników w tle zaoferował impresje deklasujące bzdurną nostalgię.

Telewizyjny nałogowiec

Jan nie umiał konkretnie zareagować na bezczelność takiego formatu, na przykład strzelić facetowi w pysk, zwerbować oprychów by wykonali tą brudną robotę za niego, ewentualnie wszcząć proces przeciwko dwójce złodziei. Znalazł się w sytuacji nie figurującej w jego najśmielszych założeniach, rodem z opowieści kryminalnej. Gości pokroju Cezarego rajcuje bezkompromisowa konfrontacja w parze ze sprowokowaną antypatią ofiary: są tym bardziej zdopingowani, im bardziej nie fair grają, im bardziej dręczą, im bardziej strona pobita ich nie znosi. Żerują na ludzkich dobytku i krzywdzie – okradają oraz gnębią na modłę pasożytów, zaś cyckani dawcy są generalnie nienawykli do brutalnej kontry. Położenie Jana było więc fatalne: twarde konflikty go mierziły i osłabiały, podczas gdy Cezarego podniecały i doładowywały.

Tak umarł w nim szacunek do lojalności, uczciwości lub tożsamych przywarów jednostek prostodusznych. Zawsze przypuszczał, że „ktoś” względnie „coś” (państwo, urzędy, znajomi, policja) ochroni zsubordynowanych – niekoniecznie posiadających smykałki awanturnicze – obywateli przed wyzyskiem psychopatów. Pechowo, sprawiedliwość gdzieś wyparowała, a system chyłkiem lansował napastliwszych, kopiując koronną regułę selekcji w naturze zwaną prawem silniejszego. Znikąd ratunku – wszyscy głusi, ślepi i niemi, poniekąd tolerujący ordynarne zezwierzęcenie.

Zhańbiony w oczach innych, a zwłaszcza własnych, usiłował stłumić smutek aktywnością zawodową. Dał nura w odmęty pracoholizmu, polując na umowy ze szkołami, korepetycje, prezentacje na sympozjach, badania naukowe – jakiekolwiek ekstra fuchy dla chemika, którego odstręczała wizja zatrudnienia w branży farmaceutycznej, spożywczej bądź paliwowej. Wolał zarabiać mniej na uczelnianym wydziale, niż kosić fortunę w dowolnym koncernie poprzez uczestnictwo we wściekłej ekspansji syntetycznego jestestwa. Jako oponent puszczania z dymem surowców kopalnianych, maltretowania organizmu przetworzoną żywnością czy tępienia najdrobniejszych dolegliwości kilogramami pigułek, uosabiał w zasadzie anytytezę chemika, tymczasem nim z jakichś powodów został. W dzieciństwie hipnotyzowała go profesja taryfiarza, a w młodości nagminnie dłubał w drewnie, lecz wylądował na studiach nie mających nic wspólnego z taksówkami lub majsterkowaniem.

Selekcją kariery zdawały się zawiadywać nieodgadnione siły, ignorujące ludzkie predylekcje, oraz siły oczywiste, reprezentowane przez starych. Ojciec-pedagog, przesiedziawszy dekady pod tablicą, oraz matka-pielęgniarka, przebiegawszy setki kilometrów pod jarzeniówkami szpitalnymi, wyperswadowali durne obsesje syna i wyłuszczyli mu kwintesencję bytu – otóż światem trzęsły dwie potęgi: kasa i dupa. O ile do posłużenia się drugą nie władał stosownym genotypem, o tyle pierwszą mógł uciułać, zatem podpuścili go do rycia detali o substancjach organicznych i nieorganicznych, co gwaratowało ponoć różową przyszłość na placówce z widokiem na fale oceaniczne, to znaczy na platformie wiertniczej. Niestety, zaprzepaścił szanse na intratne kontrakty, krnąbrnie gnuśniejąc w Polsce wbrew przestrogom rodziców, którzy z kolei nie mieli sposobności na rewizję karkołomnych kroków jedynaka, bowiem żadne z nich nie dożyło wieku emerytalnego.

Tak czy siak, utknął w uniwerku, a ponieważ dysponował wrodzonymi zapędami szofersko-stolarskimi, czyli przewozowo-manipulacyjnymi, czyli logistyczno-konfiguracyjnymi, więc bardziej ciekawiła go organizacja pracy niż przelewanie odczynników z probówki do probówki. Zamiast dokonywania syntez, inicjowania rozpadów albo testowania ekstraktów, analizował rozlokowanie aparatury, sekwencję doświadczeń w laboratorium, ergonomię biurek i taboretów, wystrój pomieszczeń, rozkład dostaw preparatów itd. Innymi słowy, stymulowały go sprawy nie na poziomie molekularnym, a namacalnym, w których mógłby pogmerać. Leciał z każdym pionierskim pomysłem do zwierzchników, wykazujących systematycznie narastające wkurzenie na napalonego asystenta. Zadeklarował nawet, że sam – za darmo – zrobi i zamontuje wygodne krzesełka, nie wspominając o podstawkach na laptopy. Wszystkie jego inicjatywy dyskfalifikowano jako zbędne, szorstko ochrzaniając za przekraczanie przypisanych kompetencji tudzież za dekoncentrowanie kolegów.

Początkowo negatywizm wierchuszki go nie zniechęcał (prawdopodobnie dlatego, że z charakteru był dobroczynny – impulsywnie dążył do implementacji charytatywnych idei), toteż w ramach uefektywnienia swojego wpływu na instytucję wertował kolejne samouczki: „Wademekum partyzanckiego menadżera”; „Siedem metod na okręcenie szefa wokół palca”; „Transformacja od dołu, czyli asertywność pionków korporacyjnych w akcji”. Lektura nie pomogła wedle obietnic autorów i wydawców, a wręcz pogorszyła stosunki z resztą zespołu – usłyszał sarkastyczne oskarżenia o nachalność, o próby wywinięcia się od rzetelnej roboty (stąd ochrzczono go „mistrzem uniku”). Skutecznie zneutralizowany, skulił uszy po sobie, zwinął ogon pod tyłek, zaszył się w kącie, zmarkotniał. Po tamtych przygodach człapał na wydział zaledwie w celach zarobkowych.

Z nudów podjął wyzwanie napisania doktoratu, lecz irrealizmem było odnaleźć sympatię do a priori obojętnej mu dziedziny dzięki wspinaczce po drabinie tytułów akademickich. W ogóle nie istniał bodziec lub trik, który wzbudziłby w nim zapał do chemii. Czuł się jak kowal wśród hafciarzy – pasował do grona eksperymentatorów niczym pięść do nosa. Niestety, faceci z żoną, dzieciarnią, kredytami i spaczoną karierą na karku nie są w stanie zwinnie skorygować kursu z uwagi na wąską przestrzeń manewrową: skomlą o dochód, więc biernie brną w coraz gęstsze bagno, by w końcu ugrząźć na amen.

Wnioski wyciągnął – klasycznie – dopiero po oberwaniu życiowych batów.

Po pierwsze, edukacja w narzuconym okolicznościami temacie to trening adaptujący kujona do przetrwania w danym środowisku, a nie entuzjastyczne zgłębianie teorii z zamiarem jej utylizacji do tworzenia czegoś nowego. Fury danych przelatywały przez jego głowę niby przeciąg przez chałupę, nie lokalizując punktów zaczepienia w formie przyjaznych receptorów – tych mózgowych macek wypuszczanych przez pasję, łapczywie chłoniących napływający nektar wiedzy, aby przerobić go na miód powszechnej korzyści. Bez animuszu do eksploracji chemicznej niwy, nabrał tylko wprawy odtwarzania wyczytanych szczegółów – powtarzał ad nauseam, sumaryzował, poddawał regurgitacji, wypluwał w trakcie wykładów replikę już znanego. Przejął funkcję wędrownego archiwum (dawno już wypartego przez mobilne aplikacje i wyszukiwarkę Google), niezdarnie naśladując antyczny, szpulowy, przyciężki komputer osadzony na galaretowatych nogach – istny cyborg z powieści Lema, metalicznie sylabizujący ciekawostki wgrane mu uprzednio z perforowanych taśm. Wrył nomenklaturę i frazy, niezbędne do komunikacji z rzeszą jednakowo zaprogramowanych indywiduów, zaskarbiając sobie renomę chemika, lecz mógłby opanować terminologię astrologiczną czy geodezyjną z identycznie niezauważalnym pożytkiem dla populacji. Zagustowaniu w przedmiocie przeciwdziałał również nawał przepisów, protokołów, dyrektyw i pozostałej kupy rozregulowujących regularność regulacji, migiem wytępiających jakiekolwiek namiastki nowatorstwa – nie chodziło o to co lub po co robić, tylko jak robić.

Po drugie skojarzył, że przełożeni przejawiają tendencje do zaiste siermiężnej interpretacji sugerowanych udoskonaleń, myląc skwapliwość podwładnego z chełpliwością, rozkapryszeniem, kąśliwością, dyletanctwem, zakusami na promocję, niezdyscyplinowaniem, buntem, sabotażem, szantażem. Będąc dyplomatycznym ofermą, nie potrafił zasymulować wazeliniarstwa, wychodząc na podstępnego chytruska. Cóż, bona fide bezpretensjonalność podpadała, stanowiąc kalectwo w nieznoszącym autentyczności, wypchanym multimedialnym farszem świecie.

Pracoholizm guzik zmienił: awersja do chemii trwała, a melacholia dalej drążyła. Jednak pojawiły się też wcale pulchniutkie plusy – saldo konta bankowego wyglądało pogodniej, a rozwód zwielokrotnił rezerwy czasu, czyli koniunktura sprzyjała ukonkretnieniu sztubackich marzeń, pogrzebanych pod lawiną zaprzeszłych „dobrych” porad, czystych nakazów oraz innych form tresury gimnastykującej aprobatę funkcjonowania na matrycy status quo. Pełen świeżej ikry zakasał rękawy, zaprzągając do pracy swój najprawdziwszy talent – stolarstwo. W przedmiejskim garażu znajomego tapicera Tadzia, po nocach, w dni świąteczne, w weekendy i w okresach urlopowych, niestrudzenie wyłuskiwał z drzewa przedmioty strzepnięte ze skrzydeł swej fantazji. Zaniedbując posiłki, chromoląc mass media, zapominając o labie – tworzył. Szczodra krynica pasji poiła spragnione realizacji pomysły, uwiędłe w gorączce wyścigu szczurów.

Nie bujał w obłokach do imentu – oprócz czerpania frajdy, chciał czerpać z tej niepohamowanej namiętności profity pieniężne. Przekształcenie hobby w intratną działalność wydawało się prozaicznym zabiegiem, ze względu na nietuzinkowe atrybuty wykonanych produktów – nie były to przecież sklonowane w tysiącach artykuły, których ćma obłaziła półki sklepowe niczym szarańcza. Jego początkowa euforia zdechła po szeregu nieudanych transakcjach, a de facto absencji chociażby jaskółki pojedynczej transakcji. Wystartował podług modelu rozpowszechnionego wśród wchodzących biznesmenów, zatem od Allegro. Przełamawszy uprzedzenia do bazarowej witryny, opanował kompleksowy mechanizm obsługi prywatnego stoiska online, po czym wystawił na sprzedaż parę swoich arcydzieł, między innymi: miseczkę wytoczoną z czeczoty dębowej (faliste brzegi naczynia wieńczyła nieobrobiona kora); masywny stół utwierdzony na podkładach kolejowych (lekko nieforemne, żelazne okucia oraz wstawki nadawały temu oryginalnemu meblowi rycerskiego tonu – pewnej zamkowej pyszności); trójwymiarowe puzzle „Piramida” o ponad pięćdziesięciu częściach (jego niebywała koncepcja – poszczególne elementy były szczepione co do milimetra połączeniami japońskimi o przeróżnych konfiguracjach, zaś konstrukcję można było składać i rozkładać dla rozrywki, niemniej jednak zmontowana piramida, z uwagi na idealnie gładkie ściany i perfekcyjne dopasowanie zawiłych słojów włoskiego orzechu, stanowiła sama w sobie piękną dekorację). Tuzin podobnie wymuskanych szykowności nie zwabił żadnego klienta przez miesiąc, co przeczyło zwykłym matematycznym prognozom. Może zażądał za wiele? Jak wyrachować koszta błyskotliwości, materiału, biegłości, pedantyczności, zużycia sprzętu, setek godzin? Niechętnie uszczuplił stawki o dwadzieścia procent – bez powodzenia. Wpadło do skrzynki parę e-maili od chyba żartownisi, proponujących uiścić taką sumę za to czy owo, iż koń zarżałby ironicznie, bowiem za chińszczyznę na kiermaszach płacono lepiej, nie wspominając o gratach z dykty o brandzie IKEA. Dodatkowe zdjęcia i drobiazgowe opisy nie skusiły nikogo, z wyjątkiem przypadkowego pasjonata indagującego à propos techniki. Nie umiejąc rozhuśtać obrotu wirtualnie, przeniósł się na targ, co było manewrem nader idotycznym z uwagi na potworną drożyznę na jego stoisku, która odstraszała petentów polujących na jarmarczne okazje.

Biadolił nad godnymi pożałowania tendencjami rynkowymi, ale zaczął wreszcie uprzytamniać sobie etiologię komercyjnego fiaska. Otóż starł się upłynnić swój artyzm, a nie rzemieślnicze zręczności – dlatego nigdy nie otworzył nawet skromnego punktu sprzedaży, nie ogłosił w sieci usług stolarskich „na zlecenie”, nie klepał hurtowo taniochy w dziesiątkach egzemplarzy (analogiczne aktywności kompletnie go nie interesowały). Speniężaniem sztuki zawiadują odrębne prawidła, zaś artyści wyrabiają styl i renomę latami, z pewnością nie w garażach i nie na odpustach. Bez przyzwoitego warsztatu, powabnej strony internetowej, wymiany doświadczeń w kręgach napaleńców, obecności na wystawach, szlifowania kunsztu pod bacznym okiem mentorów, układów z pośrednikami – bez tego arsenału wtajemniczeń, rynsztunku i koneksji uosabiał chałturnika-domokrążcę, wyglądającego nagłej publicznej egzaltacji amatorskimi artefaktami. Poza tym miał tyle handlowego rozmachu, co miś koala dzikarskości, w związku z czym sytuacja obligowała opatrzność do zesłania z nieba nadzianego promotora. Podsumowując, minął się z powołaniem, a na odrobienie dwudziestoletnich zaległości, wyżartych przez laboratoryjne kwasy, potrzebował reinkarnacji – on, męczennik, ukrzyżowany na tablicy Mendelejewa za grzechy rodziców…

Beznadziejna nicość ziejąca z przyszłości pchnęła go do uogólnień, kiedy przypinał osobiste słabości do wszystkich, by w konsekwencji widzieć we wszystkich przyczynę swoich klęsk. Oskarżanie innych o marazm to szablonowe zajęcie nieprzebojowego intelektualisty, wywyższającego się przed lustrem ponad wymiętolone masy, często piszącego patetyczne wyznania na odwiedzanym przez nikogo blogu – tam wygłasza oracje, odbite echem od wyludnionych serwerów, przybierając maskę mędrca, kuluarowego zbawiciela pogubionych, bajkowego bohatera znającego genezę zgryzot milionów maluczkich.

Niepoczytny bloger

Odsłona 84 - Nowy rok - Część I Czytaj część I | Czytaj dalej: część III Odsłona 86 - Nowy rok - Część III

Publikacja umieszczona w kategorii FIKCJA | Format PDF (2.6 MB) – 5 części Pobierz 5 części publikacji Nowy rok w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: