Nowy rok (Część III)

Nowy rok - Część III

Odmęt przygnębienia pochłonął zmiotki złudzeń, wessał w toń drętwoty, ściągał bezwzględnie ku dnu nieznanemu. Presja monotonii wręcz ogłupiała – od niej uciekał, a ona go z powrotem dopadła, jawiąc się spotęgowaną, jak każda przykrość nachodząca wbrew woli. Bezbronny wobec jakby samospełniającej się gehenny, odczuwając dotkliwie realne implikacje depresyjnej spirali (bezsenność, drżenie mięśni, zgrzytanie zębów, szum w uszach, bóle głowy), skapitulował i podreptał do psychiatry, który zaordynował antydepresant plus pochodną benzodiazepiny już w toku wstępnej konsultacji. Drugi z przepisanych leków zadziałał z mety, ponieważ wykazywał działanie uspokajające, nasenne, anksjolityczne, miorelaksacyjne tudzież przeciwdrgawkowe – bomba odprężeniowo-wzmacniająco-halucynogenna skoncentrowana w pigułce, przeobrażająca dziadka w nastoletniego huncwota. Nie dziwota, że nabrał elastyczności baletmistrza, krzepy kulturysty i optymizmu pacyfisty. Zapisał się na pływalnię, spacerował kilometrami, wznowił stolarskie hobby, polubił przełożonych, generalnie ział satysfakcją.

Błogostan trwał dopóty, dopóki tkanki żywe nie stawiły oporu w postaci tolerancji i przestały reagować na medykament. Te znane zjawisko zmusza do podwyższenia przyjmowanej dawki celem utrzymania zbliżonych efektów – podszept diabła zza aptekarskiej lady, prowadzący do murowanego uzależnienia. Zdając sobie sprawę z czyhającego niebezpieczeństwa nie zwiększył dozy, więc spadł z wyżyn Olimpu, gdzie doraźnie popijał ambrozję z bogami, w pokłady gęstej waty, naprodukowanej w międzyczasie przez pierwszy z przepisanych leków – antydepresant.

W tej nowej – gąbczastej – rzeczywistości wszelkie doznania i reakcje uległy rozciągnięciu i rozmiękczeniu. Wartości szczytowe jego amplitudy emotywnej, a co za tym idzie eksterioryzacja nastrojów, zostały utemperowane przez inhibitory wychwytu zwrotnego serotoniny: zamiast rubasznie rechotać – anemicznie chichotał; zamiast wpadać w furię – prawił dżentelmeńskie maksymy uwieńczone morałami; zamiast osłupieć w szoku – wytwornie unosił brwi w zdumieniu; zamiast lamentować – przybierał wyraz twarzy kontemplacyjny z odcieniem frasunku. Symultanicznie, zmniejszona ostrość postrzegania spaczyła odbiór bodźców zewnętrznych, wywołując ich konwersję w audiowizualny bełkot o niemalże jednostajnym natężeniu, jakby założył okulary z niedobraną ogniskową na nos i przykrył uszy muszlami. Niezależnie od ładunku uczuciowego zawartego w transmisji (panika, komiczność, rzewność, gniew, sielankowość, namaszczenie), on rejestrował matowoszarość z cichobuczącym, niemodulowanym podkładem dźwiękowym. Zamortyzowana egzystencja w watowanej puszce spowodowała, że zmisiał, ześlimaczał, zwiotczał, rozpaprał się. Jan stał się wszystkoznoszącym i wszystkoolewającym nie-Janem, który wciąż był świadomy obecności swoich faktycznych emocji, ale stracił kontrolę nad ich demonstracją, stanowiąc tym samym wzorowy przykład immanencji.

Anydepresanty

Dyndał na łańcuszkach substancji chemicznych jak bezwładna kukiełka, zaś odlegli marionetkarze w białych fartuchach sterowali jego podrygami. Nie wyzuto go jednak z możliwości logicznej ewaluacji swego położenia lub podejmowania decyzji na poziomie umysłowym – rozumiał, że był obdarty z komenderowania fizycznym odzwierciedlaniem stanów psychicznych, czyli jego zachowanie nie kształtowało się pod batutą duszy, a pod pręgieżem obcych organizmowi metabolitów. Wiedział również o swej repulsji do sztuczności bądź obłudy – repulsji zakneblowanej antydepresyjnym kagańcem, lecz nieustannie warczącej, szczerzącej kły, wciąż wyrywnej.

Dokonawszy tych chłodnych analiz, postanowił odstawić tabletki po niespełna roku zażywania. Wpierw zredukował porcyjki do połowy, po tygodniu do ćwierci, po kolejnym tygodniu do zera i wówczas wkroczył na nieznaną mu arenę pokuty zwanej odwykiem. O ile ulotki (kolportowane w pudełeczkach legalnych prochów) zawierają krocie informacji na temat objawów przedawkowania, ubocznych czy alergicznych, o tyle owiewają sekretem kwestię zasadniczą: jaka jest cena odzwyczajenia się od łykanego cholerstwa? Przemilczanie bezspornej detoksykacyjnej kaźni, przez notabene prominentne firmy farmaceutyczne, przypomina metodologię zbytu w biznesie tytoniowym: alarmować o następstwach palenia, ale ani mru-mru o następstwach rzucenia palenia, by kandydaci na fajczarzy mniemali, iż mogą łatwo zrezygnować z petów kiedykolwiek, zatem nie zaszkodzi im zaryzykować jeno potencjalnej utraty zdrowia w świetle przyjemnego pobudzenia i gwarantowanego szpanu. Ze świeczką też szukać lekarza, zohydzającego taszczenie gnatów o kulach skręconych z recept oraz przestrzegającego grobowym głosem o zastawionych na chojraczków zasadzkach abstynencyjnych – o nie! Ździebko przyklapnięty koleś zawija do przychodni i na wstępie zasiada do sprawdzianu z zaawansowania osowiałości (przeprowadzanego w poczekalni, jeszcze przed konsultacją medyczną). Test przedkłada mu niepospolite wręcz zagwozdki: „Czy masz kłopoty ze spaniem?”; „Czy pałasz niechęcią do swojej monotonnej pracy?”; „Czy drażnią cię idioci?”; „Czy widzisz swoją przyszłość w różowych kolorach?”; „Czy twoja nędzarska pensja pozwala na delikatesowe menu?”. Stawia fajki przy jednej z opcji: „Zdecydowanie TAK”; „Często”; „Od wielkiego dzwonu”; „Raczej NIE”; „Zdecydowanie NIE”; „Chyba TAK”; „Chyba NIE”; „Chyba nie wiem”. Rzadko kto wykaraska się z tego magla bez szwanku, więc rachu-ciachu pada diagnoza: „Smutnawy! W depresji! Potrzeba antidotum – czegoś na przedmuchanie zaczadziałych dendrytów, rozruszania zardzewiałych synaps, naoliwienia zaśniedziałego gleju! Oto odtrutka – koktajl benzodiazepinkowo-tymoleptyczny! No – do dna! Poszły konie bo betonie!”.

Deklaracje producentów w formie „Lek nie wywołuje tolerancji” wziął za „Lek nie uzależnia”. Przesłyszał się – pomieszał reklamowe gruchanie z autorytatywną promesą. Ot, żonglerka frazeologiczna panie! Hop siup zmiana dup! Po odblokowaniu mózgu doznał rozdzierającego wzwodu półkul, wyrażonego szyciem jakby prądu pod czaszką – świdrujących, elektrycznych spięć, napinających mięśnie i rozmrawiających skórę. W czasie tych wyładowań podskakiwał ze żwawością ostrzeliwanego kangura, zdezorientowany tudzież przerażony. Wacianą otulinę zastąpiło zgniatające czerep imadło, w które walił miarowo młot, śląc wstrząsające wibracje do każdego zakątka ciała i wzbudzając jazgotliwą kakofonię w uszach. Gdy udało mu się zasnąć, śnił o potwornościach: gnijących zwłokach, plugawych maszkarach, zaśmiardłych łachmanach, goniących go bandytach… Wrażliwość zmysłów dosięgła zenitów – uległ przepoczwarzeniu w czułkę, zwijającą się bojaźliwie w kłębek pod najlżejszym szmerem, muśnięciem czy migotem. Otoczenie nagle nasrożyło się: pogwar ludzki był gromkim wrzaskiem, nierozmyślne dotknięcie – intencjonalnym przyfasoleniem, sympatyczne pozdrowienie – tupeciarską hipokryzją, światło pokojowej żarówki – rażącym blaskiem stadionowego jupitera. Nieoczekiwanie, począł operować groteskowo wykoślawionymi opiniami o wydarzeniach czy bliźnich. W celu opisania czegoś lub kogoś, używał gamy sfarmułowań ekstremalnego kalibru, zazwyczaj o zabarwieniu negatywnym: głąbowaty debil, paranoja, śmierdząca świnia, wypierdek mamuta, rzygowiny, zbydlęciały zbok etc. Błagał boga, by ten otumaniający, rozdygotany stan dobiegł końca – by wypełznąć z ohydnej jamy na powierzchnię tego poprzedniego stanu, od którego izolowały go prochy, a który wcale aż tak okropnym już się nie wydawał. Rozpatrywał nawet możliwość jakiejś terapii i wówczas…

Przecinanie pędów ludzkich możliwościI wówczas otrzeźwiał, jakby gromem rąbnięty! Koplejna terapia?! Terapia odterapiająca terapeutyczne żniwa ostatniej terapii?! Terapia regresyjna, nawracająca do przeterapeutycznej kondycji?! Doszło nagle do niego sedno absurdu dotychczasowego życia, przez które przemierzał wstecz, zawsze demontując coś wcześniej zmontowanego: rozwód – by zlikwidować chorobliwy związek; stolarka – by wyrwać się z paszczy chemii; dziobanie poradników – by ćwiczyć zmizerniałą determinację, niezbędną do odbudowy tego czy owego; gimnastyka – by wyplątać się z sideł sflaczenia; dieta – by docucić organizm naszpikowany cukrem, kofeiną i tłuszczem; sesje psychiatryczne – by odrestaurować układ nerwowy, sfatygowany wskutek wielu przegranych kampanii renowacyjnych. Wiecznie coś odkręcał, regenerował, odbarczał, wyprostowywał, odmotywał, wygumkowywał, odkurzał, reanimował, niwelował. Cierpiał dolę nowożytnego Syzyfa – co odgruzował żywot troszeczkę, wywalając parę łopat zgliszczy przez jedno okno, dziesięć razy tyle wlatywało z rumorem przez drugie. Dlatego wił się spłakany przy najnowszym kompendium swych rezolucji noworocznych – liście kolejnych manewrów „odplątujących”. Rozpaczał nad fikcją własnego postępu: forsował bijący w zęby huragan przeciwności myśląc, że brnie w przód, gdy był spychany bezlitośnie w tył… Nie miał już krztyny sił na następną batalię, dokumentnie wycieńczony niechcianymi bojami, zwyciężony przez nieokreślonych wrogów…

Lecz nagle… eureka! Przecież nie musiał reaktywować działań wojennych z góry skazanych na klęskę, by przedłużać udrękę powolnego konania! Nigdy nikomu nic złego nie uczynił, przynajmniej intencjonalnie, zaś starał się ze wszech miar przypodobać, ustąpić, pojednać, odwdzięczyć. Za co więc pokutował? Powity przedwcześnie lub za późno, w niekongruentnej z jego genotypem rzeczywistości, przeszkadzał – padół ziemski nie był gościnnym dla mutantów. Po cóż hodować siebie samego jako zbędną – szpecącą wypomadowane lico stanu rzeczy – narośl? Po cóż tyrać znojnie dzień po dniu, wydając każdy zarobiony grosz na kogoś innego oraz po to, by móc oddychać, żreć, bekać, rechotać, chrapać i… dalej tyrać? Po cóż parodiować swoją przydatność, przykucnąwszy na społecznym grzbiecie w formie obleśnego, krępującego ruchy garba?

Raj pozagrobowyNie, nie, nie! On, Jan Pietraszka, popuścił krępujące go wodze i pozwolił na wyswobodzenie zdławionego w sobie od zarania, przepięknego stwora rodem z obcego uniwersum – spontaniczne rozkwitł w kwiata nie figurującego w botanicznej klasyfikacji, niezdolnego do wegetacji na planecie, gdzie się ujawnił. Uprzytamniając sobie rychłą agonię w nieprzyjaznym dlań klimacie, póki mógł podziwiał charyzmatyczną architektonikę swych biologicznych komponentów i wsłuchiwał się w poszum swych zoptymalizowanych procesów fizjologicznych. Szczęśliwy jak bobasek, brodził po łąkach myślowych wyścielonych dmuchawcami, a co zerwał jednego i dmuchnął w puszystą kulkę, setki migotliwych dedukcji wirowało radośnie w powietrzu – dedukcji zachwycających, idealnych, nieskażonych pyłkiem egoizmu czy chciwości. Srebrzysty rój tańczących pomysłów, zrodzonych ku czystemu dobru wszystkich – oto jego świat utracony w gwiezdnych przestworzach, jego normalność zwana przez homo sapiens iluzyjnością.

Nie pragnął bytu innego poza właśnie ten niby chimeryczny – tam należał, tam promieniał, tam pasował. Ale w obecnej realności wciąż wyszydzano podobne banialuki, więc zamiast znosić druzgoczące upokorzenie postanowił zrobić krok honorowy, czyli odejść. Wszak stracił wszystko: żonę, dziecko, dom, pieniądze, karierę, zainteresowania, zdrowie, siły, rezon, poważanie, morale, cel, nawet głupi samochód. Uwolni ludzkość, zaś głównie siebie, od wstydu – zniknie, jak przystało na zawieruszonego w czasoprzestrzeni kosmitę, albowiem nie miał tutaj nic do roboty.

Po zinternalizowaniu jakże nieuniknionej konkluzji, poczuł odpływ koszmarnych symptomów rozpętanych odstawieniem leków. Uspokojony, zmobilizowany i nader beztroski rozpoczął przygotowania do samounicestwienia. Ostatnie dwa tygodnie roku wykorzystał na dopracowanie procedury egzekucji oraz uprzątnięcie otoczenia z zrzynek osobistego żywota, aż nadeszła pora sądna – trzydziesty pierwszy grudnia. Dokładnie o północy spełni swe najgorętsze noworoczne życzenie – odpłynie ku wytęsknionej nirwanie, przy akompaniamencie rośpiewanej z wdzięczności – wyzwolonej z doczesnego kieratu – duszy!

Dzień spędził hucznie, nie odmawiając sobie niczego: obfite śniadanko, przechadzka po starówce, obiad w restauracji, spacer brzegiem morza, medytacja na ławeczce… W mieszkaniu wypił filiżankę kawy, a następnie spoczął na wznak i przymknął powieki… Rozluźniony, przywoływał najspanialsze ze wspomnień, marzył o odmiennych końcach rozwianych nadziei, snuł fantazje o pozagrobowych krainach… Szykował się do wojażu na kresy nieodgadnione, które już witał jowialnie, już całował ze wzruszeniem. Żadna niewiadoma nie była dlań straszną po doświadczeniu piekła ziemskiego, rzygającego niesprawiedliwością, złością, bufonadą, przemocą, złodziejstwem, krętactwem, pazernością, a nade wszystko przemożną żądzą kontroli. Przenikał zatem odważnie obszary pośmiertnej enigmy, namaszczając wyobraźnię halucynogennym balsamem: to lewitował w kosmosie w postaci obłoku atomów prześwietnej jakości, gotowych do reintegracji w molekuły niepokalanego, futurystycznego porządku; to wyścielał serca całunem wyrzutów sumienia, utkanym na krosnach obiektywizmu z nitek refleksji; to był zjawiskiem pozbawionym jaźni – wszechobecną energią prawd absolutnych, rozkiełzującą twórczość pożyteczną per se; to znowuż – tradycyjniej – kursował jako aniołek-łącznik pomiędzy bogiem a grzesznikami. Zapadał się w musujący wir fantasmagorii, aczkolwiek bez percepcji cielesnej – był miękko wsysany w próżnię musującą metafizyczne, ku czarnej dziurze wiodącej ku edeńskim galaktykom…. Hipnotyzująca czeluść… Upajająca cisza… Otulająca ciemność… Boska kołysanka…

Dzwonek u drzwi.

———————————————————————

Dzwonek u drzwi? Próbował dojść do ładu z porozsypywanymi myślami… Przecież był domofon. Świadek Jehowy? W Sylwestra? Wykluczone – nie nawracali podczas zakrapianych celebracji, gdy pogodny naród nie szuka otuchy w religijnych obietnicach. Poza tym jak się świadek prześlizgnął do klatki schodowej?

A może niewinna pomyłka? Ot, pijany lokator zawitał pod zły numer z życzeniami „wszystkiego najlepszego”.

Odczekał taktycznie minutę – śliny nie przełknął, by nie zrobić przypadkowego hałasu. Strzygł uszami niczym sarna w zagajniku – nic, żadnych szmerów czy pogwarów za drzwiami… Coż, prawdopodobnie terkotało mu jeno w głowie – omamy słuchowe. Zresztą kto by do niego przyszedł? Parsknął nerwowym śmiechem – jak to „kto”? Oczywiście, zakapturzona śmierć z kosą niedbale przerzuconą przez ramię. Westchnął, przymknął powieki…

Znowu dzwonek!

Tym razem poderwał się z chyżością żołdaka po pobudce, jako że niewątpliwie w maluteńkim korytarzu mieszkania zagrał dzwonek – elektroniczny gadżet z zamierzchłej ery, naśladujący stopniowo niknące ćwierkanie. Po latach eksploatacji urządzenie uległo roztrojeniu i teraz odgłos podobny był rozpaczliwemu rzężeniu rozdeptywanego ptaka – brzmienia nie mógłby pomylić z niczym innym. Ktoś jednak przylazł zawracać gitarę w najmniej odpowiednim momencie. Niezapowiedziane wizyty umarły z chwilą wynalezienia telefonu komórkowego, słowem nikt już nie wpadał bez uprzedniego wysłania przynajmniej kilku ostrzegających tekstów. Ponadto gość użyłby domofonu. A nuż sąsiadowi z dołu przecieka sufit, więc przyleciał alarmować? Niewykluczone też, że rozrywkowe towarzycho spod piątki szykuje hałaśliwą imprezę – proszą o wybaczenie tudzież nie wzywanie organów porządkowych. Kombinował panicznie, co uczynić… Cokolwiek byłoby przyczyną najścia, powinien zachować pozory normalności, bo wtargną do chałupy siłą, jeżeli rzeczywiście pękła jakaś rura.

Odsłona 85 - Nowy rok - Część II Czytaj część II | Czytaj dalej: część IV Odsłona 87 - Nowy rok - Część IV

Publikacja umieszczona w kategorii FIKCJA | Format PDF (2.6 MB) – 5 części Pobierz 5 części publikacji Nowy rok w formacie PDF

Informacje Grzesio Polak
Rodzina, szkoła, studia, otoczenie, doświadczenia, samouczki itd. - nic nie pomogło i Grzesio pozostał niekompatybilny ze zorganizowanym systemowo światem, czyli nigdy nie dorósł. Krnąbrny genotyp, wbrew wszelkim zewnętrznym wpływom, zapobiegł manifestacji procesów dojrzewania, skazując nieboraka na łasce osobistych, infantylnych wyborów oraz politycznie niepoprawnych konkluzji. Tak więc Grzesio kroczy po padole ziemskim, zmagając się ze swoją naturą, tudzież z naturą szerzej rozumianą (życiem generalnie; stanem rzeczy; siłami uniwersum), a walka jest to nierówna! Miłego czytania!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: